Bez narodowych czempionów trudno o dobrobyt

29.01.2014
Bez wielkich, konkurencyjnych globalnie firm trudno o dobrobyt - wynika z najnowszego raportu OECD „Entrepreneurship at a Glance 2013”. To kamyk do ogródka Jana Krzysztofa Bieleckiego. Trzy lata temu zaproponował budowanie takich polskich przedsiębiorstw. Dziś również będzie omawiał ten temat.

(infografika Darek Gąszczyk/CC BY-NC-SA by PeterThoeny)


Jak podaje OECD w krajach takich jak Grecja, Włochy, Portugalia, Hiszpania ponad 40 proc. zatrudnionych jest w firmach, gdzie pracuje mniej niż 10 osób. W Niemczech, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii odsetek ten jest ponad dwukrotnie niższy (poniżej 20 proc.). 58 proc. Greków pracuje w firmach zatrudniających poniżej 10 osób, ale tylko 11 proc. Amerykanów i 17 proc. Brytyjczyków. Zaledwie 14 proc. Greków pracuje w firmach zatrudniających więcej, niż 250 osób, ale aż 50 proc. Amerykanów i 47 proc. Brytyjczyków.

Kraje Europy Wschodniej są pomiędzy tymi skrajnościami, aczkolwiek pod względem struktury przedsiębiorstw bliżej im do Europy Południowej, niż do krajów anglosaskich. Na przykład 36 proc. Polaków pracuje w firmach zatrudniających mniej 10 osób, ale tylko 19 proc. Niemców i 18 proc. Szwajcarów.

Łatwo zauważyć, że te kraje, w których jest największy odsetek pracujących w małych firmach a najmniejszy w dużych (Grecja, Włochy, Portugalia, Hiszpania) to kraje, które mają największe problemy gospodarcze i które borykają się z bardzo wysokim bezrobociem.

Związek nie jest przypadkowy, bo firmy zatrudniające ponad 250 osób dają przeciętnie 40 proc. wartości dodanej w gospodarce (od ok. 25 proc. w Grecji do ponad 50 proc. w Wielkiej Brytanii), choć stanowią tylko 2 proc. wszystkich podmiotów gospodarczych. Z kolei mikrofirmy odpowiadają tylko za ok. 20 proc. wartości dodanej (od 4 proc. w Japonii do 40 proc. w Grecji). W Polsce ta różnica jest również wyraźna: 16 proc. wartości dodanej dla mikrofirm i 48 proc. dla megakorporacji.

Większe firmy są po prostu bardziej produktywne, co jest dowodem na korzyści ze skali działalności. W przypadku Polski różnica między największymi i najmniejszymi firmami jest pod tym względem czterokrotna. W danych OECD zwraca też uwagę bardzo niska produktywność polskich mikrofirm – 11,6 tys. dolarów na każdego zatrudnionego, podczas gdy na przykład na Słowacji jest to prawie dwa razy więcej (19 tys. dol.) a w Niemczech nawet cztery razy – 41,6 tys. dol.  Co ciekawe, produktywność największych polskich firm (tych zatrudniających powyżej 250 osób) niewiele odstaje od niemieckiej: Polska – 41,1 tys. dol., Niemcy – 50,21 tys. dol.

Największe firmy są ważne dla gospodarki także dlatego, że przeciętnie aż połowa z nich eksportuje, podczas gdy wśród wszystkich firm ten odsetek nie przekracza 10 proc (a wśród mikroprzedsiębiorstw jest on poniżej 5 proc.).

(infografika Darek Gąszczyk)

Jak pisze prof. Peter Nolan z University of Cambridge w książce „China and the Global Economy: National Champions, Industrial Policy and the Big Business Revolution”(Chiny i globalna gospodarka: narodowi czempioni, polityka przemysłowa i rewolucja wielkiego biznesu) budowanie narodowych czempionów jest kluczową częścią chińskiej strategii transformacji ustrojowej. W 1997 r. na 15 Kongresie Komunistycznej Partii Chin ogłoszono politykę „kierowania wielkimi firmami i nie przeszkadzania małym”.

Wicepremier Chin Wu Bangguo ujął to następująco (wypowiedź z 1998 r.): „Międzynarodowa konfrontacja ekonomiczna pokazuje, że jeżeli kraj ma kilka wielkich firm albo grup kapitałowych będzie w stanie utrzymać określony udział w rynku i miejsce w światowym porządku gospodarczym. Ameryka na przykład polega m.in. na General Motors i Du Pont. Japonia opiera politykę na sześciu wielkich grupach przedsiębiorstw, Korea na dziesięciu. W ten sam sposób miejsce Chin w gospodarce światowej będzie w bardzo dużym stopniu uzależnione od pozycji naszych największych narodowych przedsiębiorstw.”

Działania w tym celu podjęto w Chinach znacznie jednak wcześniej. Już w 1986 r. grupa wpływowych chińskich polityków i ekonomistów  (w tym Ma Hong, szef renomowanego Państwowe Centrum Badań nad Rozwojem Gospodarczym  – Development Research Center of State Council) rozpoczęli pracę nad stworzeniem polityki wypromowania narodowych czempionów bazując na państwowych gigantach przemysłowych. Następnie, za dwoma podejściami  – w 1991 r. i 1997 r. – wybrano 120 firm do tzw. „drużyny narodowej”. Pochodziły one głównie z sektorów uważanych za „strategiczne”, takich jak m.in. produkcja energii elektrycznej (8 firm), wydobycie węgla (3), produkcja samochodów (6), produkcja żelaza i stali (8), branża chemiczna (7), farmceutyczna (5), lotniczo-kosmiczna (6). Ich cechą wspólną były duże korzyści ze skali prowadzonej działalności.

Te 120 firm było liderami w swoich przemysłach. Na przykład sześć grup przedsiębiorstw zajmujących się produkcją i dostawą energii elektrycznej produkowało ponad połowę elektryczności w Chinach. Osiem grup metalurgicznych wytwarzało 40 proc. krajowego żelaza i stali a producenci aut produkowali 57 proc. wszystkich samochodów w Chinach. W 1995 r. zatrudniały one 7 mln ludzi (60 tys. pracowników na grupę), co stanowiło jedną czwartą wszystkich pracujących w największych firmach. „Drużyna narodowa” odpowiadała za 50 proc. zysków w sektorze państwowymi płaciła 25 proc. podatków. Pod koniec 1995 r. ze 120 grup kapitałowych mniej niż dziesięć przynosiło straty.

Jak twierdzi prof. Nolan chińska strategia wzorowana jest na polityce prowadzonej wcześniej przez dzisiejsze kraje rozwinięte. Na przykład w USA w latach 90. XIX w. doszło do fali fuzji wśród 71 największych przedsiębiorstw. Zdaniem prof. Nolana było to przygotowanie do kolejnej fazy rozwoju: po kilkudziesięciu latach budowy własnego przemysłu pod ochroną najwyższej na świecie taryfy celnej USA miał stać się propagatorem wolnego handlu. Fala fuzji miała ich przygotować do globalnej konkurencji z gigantami z innych krajów.

Ta polityka okazała się być nad wyraz skuteczna. W 1947 r. 200 największych firm w USA odpowiadało za 30 proc. całkowitej wartości dodanej w przemyśle. Do 1987 r. odsetek ten wzrósł do 43 proc. W 1960 r. w USA tylko cztery firmy poniosły 22 proc. wydatków na badania i rozwój w całym kraju. A 384 przedsiębiorstwa, każde zatrudniające ponad 5 tys. osób odpowiadało za 85 proc. tych wydatków.

Tę samą zależność można zauważyć praktycznie we wszystkich rozwiniętych krajach. Jak podaje  the Research Institute of the Finnish Economy (ETLA) Nokia odpowiadała za jedną czwartą wzrostu gospodarczego Finlandii w latach 1998-2007. Ten jeden koncern poniósł też w tym okresie 30 proc. wydatków na badania i rozwój całego kraju i odpowiadał za jedną piątą eksportu. W niektórych latach płacił prawie jedną czwartą wszystkich podatków od firm. W 2011 r. Nokia złożyła 27 proc. wszystkich wniosków o patent w Finlandii. W tym samym roku jeden niemiecki koncern – Siemens – złożył sześć razy więcej wniosków o przyznanie ogólnoeuropejskiego patentu, niż cała Hiszpania.

Dlaczego wydatki na badania i rozwój w wielkich korporacjach są takie ważne dla dobrobytu państw? Otóż jak zauważył Joe Studwell w książce „How Asia Works” (Jak działa Azja) jedną z podstawowych różnic między modelem sterowania gospodarką przez państwo w Związku Radzieckim a w krajach takich jak Japonia, Korea Południowa i Tajwan było to, że w Związku Radzieckim koncentrowano badania i rozwój w państwowych instytutach. W krajach takich jak Korea Południowa odbywały się one w wydziałach badań i rozwoju narodowych czempionów. W ten sposób upewniano się, że innowacje będą miały praktyczne zastosowanie w biznesie i przełożą się na konkretne zyski.

O tym, że bez polityki przemysłowej nastawionej na promowanie narodowych czempionów trudno jest się bogacić świadczy porównanie Izraela i Korei Południowej. W 1990 r. Izrael był bogatszy od Korei mniej więcej o tyle, o ile dzisiaj Francja jest zamożniejsza od Polski. Dzisiaj oba kraje są równie bogate (Izrael – 31,9 tys. dolarów na głowę, Korea Płd – 30,8 tys. dolarów). I to pomimo tego, że oba państwa są światowymi liderami w wydatkach na badania i rozwój (w 2011 r. Izrael był pod tym względem na pierwszym miejscu na świecie – 4,2 proc. PKB, a Korea Południowa na drugim 3,74 proc. PKB).

(infografika DG)

Izrael szczyci się też największym na świecie odsetkiem start-upów, czyli nowopowstałych firm z sektora nowych technologii. Jak piszą Dan SenorSaul Singer w książce „Naród start-upów” na Nasdaq (amerykańskiej giełdzie firm z branży nowych technologii) jest więcej firm z Izraela niż firm z całej Europy (na przykład w 2009 r. były tam 63 firmy z Izraela, pięć z Wielkiej Brytanii i dwie z Niemiec). Mimo tego Izrael rozwijał się wyraźnie wolniej niż Korea Południowa, której obywatele nie „tryskają” aż tak przedsiębiorczością, za to mieszkają w kraju, którego władze od kilkudziesięciu lat prowadzą politykę nastawioną na promowanie narodowych czempionów. W 2012 r. 30 największych czeboli odpowiadało za 82 proc. eksportu Korei, choć jeszcze w 2002 r. było to tylko 53 proc. Czebole zatrudniają też 82 proc. wszystkich absolwentów w Korei.

To tzw. paradoks przedsiębiorczości, na którego zwrócił uwagę prof. Ha-Joon Chang w książce „23 Things They Don’t Tell You About Capitalism” (23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie). Zauważa on, że w krajach biedniejszych jest więcej ludzi przedsiębiorczych, niż w bogatych. W krajach rozwiniętych większość ludzi pracuje w wąskowyspecjalizowanych zawodach i o byciu przedsiębiorcą nie ma zielonego pojęcia (na przykład w Bangladeszu samozatrudnionych jest 75,4 proc. pracowników a w USA 7,5 proc.). „Jeżeli efektywna przedsiębiorczość była kiedyś indywidualną sprawą, to przestała nią być przynajmniej 100 lat temu. Wspólna umiejętność tworzenia i efektywnego zarządzania organizacjami i instytucjami jest znacznie ważniejsza dla zamożności kraju, niż talenty indywidualnych osób”  – zauważa koreański akademik. I biorąc pod uwagę ostatni raport OCED trudno się z nim nie zgodzić.

Wszystko wskazuje na to, że potrzebę budowy narodowych czempionów dostrzegają krajowi politycy. Powołali ostatnio do życia Polskie Inwestycje Rozwojowe spółkę, która ma inwestować w budowę m.in. infrastruktury drogowej, kolejowej i portowej oraz elektrowni węglowych, gazowych, magazynów gazu. Pierwszym projektem współfinansowanym przez PiR jest wydobycie ropy naftowej z dna Bałtyku przez Lotos Petrobaltic (koszt projektu 1,6 mld zł, z czego PiR dołoży 563 mln zł). Oczywiście nie należy zaniedbywać wydobycia surowców, ale ciągle czekamy na przykład na polskiego Samsunga, bo wiedza jak produkować zaawansowaną elektronikę, w przeciwieństwie do surowców, nigdy się nie wyczerpuje i ma większe szanse stworzyć trwałe podstawy dla dobrobytu Polski.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły