Białoruskie władze udają, że nie ma bezrobocia

23.03.2017
Oficjalny poziom bezrobocia na koniec 2016 roku wyniósł 0,8 proc. ludności w wieku produkcyjnym i był mniejszy niż rok wcześniej. Protesty społeczne przeciwko podatkowi dla bezrobotnych pokazują jednak, że problem może dotyczyć większej grupy niż 35 tys. oficjalnie zarejestrowanych osób bez pracy.

"Nie jesteśmy darmozjadami!" - Białorusini protestują przeciw opodatkowaniu bezrobotnych (marzec 2017 r./fot. PAP)


2 kwietnia 2015 r. Alaksandr Łukaszenka podpisał dekret „O przeciwdziałaniu socjalnej zależności”. Przewidywał on nałożenie specjalnego podatku na osoby, które w ciągu roku przepracowały legalnie mniej niż 183 dni. Wysokość podatku to około 970 zł.

Idea nowego prawa nawiązywała do rozmaitych rozwiązań prawnych stosowanych w czasach ZSRR, za pomocą których państwo walczyło z tzw. darmozjadami (ros. tuniejadcami), czyli osobami unikającymi zatrudnienia.

Na początku 2015 roku prezydent Łukaszenka przypomniał, że w kraju mieszka półmilionowa rzesza obywateli, która nigdzie oficjalnie nie pracuje i nie płaci podatków, z których są finansowane wszelakie usługi publiczne. W rzeczywistości dekret miał na celu nie tyle zachęcić Białorusinów do szukania pracy, co zmusić osoby pracujące na czarno lub za granicą – głównie w Rosji – do dołożenia się do budżetu. Białoruski ekonomista Leu Marholin uważa, że wprowadzanie dekretu miało podłoże bardziej psychologiczne niż ekonomiczne. I zdaniem ekonomisty nowe prawo miało być w zamyśle kolejnym narzędziem nacisku na jednostki, które wymykają się państwowej kontroli. Rząd wprowadzając niezwykle niepopularne i trudne do zrealizowania prawo oceniał bowiem, że dodatkowo uzyska jedynie ok. 25 mln euro.

Już w pierwszym roku funkcjonowania prawa okazało się, że dekret zamiast stymulować Białorusinów do legalnego zatrudnienia zachęcił ich do rejestrowania się w urzędach pracy – bycie oficjalnie bezrobotnym pozwalało choć przez jakiś czas uniknąć płacenia podatku. W 2015 r. poziom oficjalnego bezrobocia zwiększył się z 0,5 do 1 proc. Zdaniem Uładzimira Waletki, ekonomisty CASE Belarus, za pojawienie się 90 proc. nowych bezrobotnych (ok. 20 tys. osób) odpowiadało właśnie wprowadzenie dekretu o darmozjadach. Państwo zamiast otrzymywać wpływy z podatku, musiało im wypłacać niewielkie, ale jednak obciążające budżet zasiłki.

To był bardzo zły moment na wprowadzanie dekretu dla bezrobotnych. Według danych Banku Światowego właśnie wtedy Białoruś weszła w fazę recesji, a spadek PKB wyniósł -3,9 proc. Jedną z głównych przyczyn takiego stanu był 26-proc. spadek eksportu do Rosji. Rosja borykająca się z niskimi cenami na ropę i zachodnimi sankcjami pociągnęła Białoruś ze sobą. W kolejnym roku sytuacja nie wiele się poprawiła – według ocen Euroazjatyckiego Banku Rozwoju spadek PKB wyniósł -2,6 proc. W bieżącym roku Białoruś, według MFW, może liczyć co najwyżej na stagnację gospodarczą.

Statystyki białoruskiego ministerstwa pracy i samego Łukaszenki dalece się rozmijają. Według sondażu Białoruskiego Komitetu Statystycznego (Belstat) poziom rzeczywistego bezrobocia jest znacznie wyższy i wynosi 5,8 proc. Ekonomista Leu Marholin uważa, że Biełstat jako instytucja państwowa i tak zaniża ten wskaźnik. I jeśliby bezrobocie liczyć wg zachodnich standardów przekroczyłoby ono 10 proc. Ekspert tłumacząc niski poziom oficjalnego bezrobocia podkreśla, że Białorusini mają wyjątkową awersję do korzystania z usług urzędu pracy. Po zarejestrowaniu się, w zamian za niewysoki zasiłek (ok. 80 zł miesięcznie), są zmuszani do uczestniczenia w mało prestiżowych robotach publicznych (np. sprzątaniu ulic), lub też otrzymują propozycje pracy znacznie poniżej kwalifikacji i poziomu wykształcenia, np. w państwowych gospodarstwach rolnych. Gdy zarejestrowany bezrobotny odmówi przyjęcia tego typu stanowiska, jest usuwani ze statystyk. Zdaniem Marholina, w 2016 roku z 5,5 mln zdolnych do pracy było zatrudnionych 4,5 mln. O tym, co robią pozostali statystyki nie wspominają. Marholin uważa, że część jeździ na zarobek do Rosji, pracuje w szarej strefie lub utrzymuje się z uprawy działek.

Zdaniem ekonomisty, 10 – proc. poziom bezrobocia, normalnie spotykany w krajach Zachodu, jest na Białorusi o wiele bardziej dotkliwy. Nie funkcjonuje tam bowiem system zasiłków dla ludzi, którzy stracili pracę. Przy średniej pensji (na prowincji w przeliczeniu to ok. 600 zł) utrata pracy przez jednego członka rodziny oznacza wpadnięcie w biedę. Tymczasem państwo utrzymując, że brak pracy dotyczy 1 proc. obywateli świadomie nie uznaje tego za ważny problem społeczny, którym należy się zająć systemowo.

Studiowanie białoruskich statystyk dotyczących tworzenia nowych miejsc pracy wywołuje podobne kontrowersje. Według ministerstwa pracy, na Białorusi w 2016 r. stworzono 54 tys. nowych miejsc pracy. Według danych Biełstatu liczba ludzi pracujących zmniejszyła się o 81 tys. Jak podkreśla Jekatrina Bornukowa, ekonomistka centrum BEROS na łamach portalu Naviny.by, białoruskie firmy państwowe dostają polecenie tworzenia miejsc pracy i w tym celu likwidują jedne zastępując je nowymi. Szacuje, że w firmach państwowych przerosty zatrudnienia wynoszą ok. 10 proc. Według ministerstwa pracy ta liczba wynosi 5 proc. A Euroazjatycki Bank Rozwoju doliczył się w 2016 roku aż 20 procent niepotrzebnych pracowników.

W tym roku białoruskie władze postawiły sobie jeszcze ambitniejszy cel stworzenia 70 tys. nowych miejsc pracy, więc zapewne żonglerka statystykami się nie skończy.

Zatrudnienia nie poprawią na pewno duże inwestycje zagraniczne. Z prostej przyczyny – prawie ich nie ma. W latach 2015-2016 nie doszło do ani jednej dużej prywatyzacji. Ogólny poziom inwestycji zagranicznych według danych Biełstatu zmniejszył się w minionym roku aż o 24,2 proc. Jak zauważa na łamach Naviny.by Andrej Kisieliou, specjalista ds. zarządzania inwestycjami, zagraniczne inwestycje spadają na Białorusi już od 2012 r. Ma to związek z kryzysem w Rosji, która jest głównym źródłem kapitału – stamtąd pochodzi 50 proc. zagranicznych środków.

Z przerostami zatrudnienia wiążą się niedostrzegane przez oficjalne statystyki nagminne przypadki skracania roboczego tygodnia lub wysyłania na przymusowe urlopy. To stosowana powszechnie w dużych przedsiębiorstwach państwowych metoda zmniejszania kosztów pracy przy unikaniu zwolnień. Ekonomista CASE Uładzimir Waletko podkreślił w wywiadzie dla portalu EJ.by, że takie niepełne zatrudnienie psuje rynek pracy – utrzymuje pracujących w niepewności, nie dając im bodźców do szukania nowej pracy i nabywania nowych umiejętności.

Jakby białoruskie władze nie przedstawiały swoich statystyk zatrudnienia jedno jest pewne – po raz pierwszy od kilkunastu lat na ulice aż 12 białoruskich miast wyszli ludzie z żądaniami zapewnienia pracy i godnej pensji. Pod wpływem protestów Łukaszenka zawiesił działanie dekretu na rok, co jak na razie niezbyt uspokoiło sytuację, bo 50 tys. osób zdążyło już zapłacić podatek.

Nic nie wskazuje na to, że sytuacja na rynku pracy się poprawi. Białoruś od roku toczy wojnę gazowo-naftową z Rosją – Kreml nie zgadza się na obniżkę cen gazu, a to czyni białoruskie firmy mniej konkurencyjne na wspólnym rynku euroazjatyckim. Ponadto karząc Białoruś za niedopłatę za gaz Rosja ograniczyła o 20 proc. roczne dostawy ropy, co dobija przemysł rafineryjny będący jednym z głównych płatników do białoruskiego budżetu.

Białoruski prezydent nie traci jednak optymizmu. Omawiając niedawno problem podatku dla bezrobotnych polecił swoim urzędnikom znaleźć pracę wszystkim „darmozjadom” do 1 maja 2017 roku.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test