• Prof. Jerzy Osiatyński, PAN, minister finansów w rządzie Hanny Suchockiej

Chcemy zwiększyć dochody, podnieśmy podatki

04.02.2010
Jak długo firmy i osoby prywatne razem wzięte więcej oszczędzają niż inwestują, tak długo ta luka musi być wypełniana inwestycjami dokonywanymi przez państwo i finansowanymi z deficytu budżetowego. Ta teza może być sporna, ale już znacznie mniej ta, że ograniczanie deficytu, zanim przyjdzie ożywienie gospodarcze, nie jest bardzo rozumne. Na co zwraca uwagę MFW i Bank Światowy; jak jest kryzys i recesja, to się nie redukuje wydatków.

Copyright by PAP/Maciej Belina-Brzozowski/


Gdy Pan patrzy na uchwalony na ten rok budżet, to…

…to są tam rzeczy, które mnie niepokoją. Jednak w sprawach fundamentalnych podzielam ostrożność ministra finansów Jacka Rostowskiego. Zgadzam się z jego założeniami mikroekonomicznymi; stopa inflacji – 2,5 proc., stopa wzrostu gospodarczego – 1,5 proc.

Dzisiaj wielu ekonomistów uważa, że dynamika PKB w 2010 r. będzie wyższa niż założona w budżecie i wyniesie 2,5 – 3,5 proc. Także sądzi się, że inflacja będzie wyższa: 3,5 – 5 proc. Zaś przyjęcie konserwatywnych założeń w tych obu kluczowych kwestiach interpretuje się jako swego rodzaju polisę ubezpieczeniową ministra finansów. Jeśli rzeczywistość okaże się lepsza, wówczas deficyt sektora finansów publicznych będzie niższy.

Jednak moim zdaniem założenia szefa resortu finansów są wiarygodne.

Nie wyjdziemy poza 1,5 procent?

Nie wydaje mi się to aż tak prawdopodobne. Kiedy zbadać źródła wzrostu naszego PKB w 2009 r., to ów wzrost okazuje się dość – że tak powiem – perwersyjny. Zawdzięczamy go bowiem wyłącznie zmianie salda obrotów handlu zagranicznego, podczas gdy popyt wewnętrzny spadał. Przy czym w 2009 r. spadł także eksport i import. Jednak eksport tylko o kilka procent, zaś import mniej więcej o jedną czwartą. Stało się tak głównie w wyniku silnej deprecjacji złotego. Z tego powodu polskie towary znajdowały chętnych za granicą, natomiast zagraniczne straciły na atrakcyjności w Polsce. Spadły również zapasy, które są importowane, a rodacy wakacje spędzali w kraju, bo zagraniczne stały się zbyt drogie. To były prawdziwe czynniki wzrostu PKB, nie przysłużyła mu się konsumpcja wewnętrzna, która także w całym ubiegłym roku spadała.

Wygląda na to, że w 2010 r. ze strony handlu zagranicznego takie wsparcie dla PKB nie nastąpi – złoty się umacnia, więc spada atrakcyjność naszego eksportu, a rośnie importu. Ten czynnik, zapewniający dodatnie stopy wzrostu w 2009 r., w 2010 r. na pewno osłabnie, podczas gdy motorem wzrostu będzie pewne pobudzenie popytu wewnętrznego. Ostateczny wynik obu tych sprzecznych tendencji nie jest jasny. Dlatego przyjęta na ten rok prognoza wzrostu 1,5 proc. wydaje mi się dosyć zrozumiała.

Jeśli chodzi o inflację, to ośrodki prognostyczne w Unii Europejskiej nadal bardziej się boją deflacji. Przy tak niepełnym wykorzystaniu aparatu produkcyjnego nacisk popytu na ceny będzie nieznaczny. Dlatego w Polsce, nawet jeśli uwzględnimy podwyżki cen kontrolowanych, np. na tytoń czy inne produkty, także nie ma obawy gwałtownego wybuchu inflacji. Minister Rostowski słusznie prognozuje.

A co Pana niepokoi w ustawie budżetowej?

Najpierw powiem, co mi się nie podoba. Na gruncie teorii finansów publicznych mówimy o podstawowych zasadach budżetowych. Jedną z nich jest zasada jedności formalnej, która wymaga, aby rząd przedstawiał zbiorczy plan finansowy sektora finansów publicznych, a w szczególności budżetu państwa, w jednym akcie prawnym i nie wydzielał różnych „podbudżetów”. Ta zasada w tym roku została złamana. Gdy do ubiegłego roku mieliśmy jedną kasę państwa, to w tym mamy dwie – budżet państwa i budżecik środków europejskich, to jest roczny plan dochodów i podlegających refundacji wydatków przeznaczonych na realizację programów finansowanych z udziałem środków europejskich. Pierwszy z nich pokazuje deficyt 52,4 mld zł, a drugi 14,4 mld zł. W sumie to prawie 67 mld zł.

Nie podoba mi się również, że coraz więcej ważnych spraw nie jest ujawnianych w uzasadnieniu do ustawy budżetowej. Nie dowiemy się z niego np., jaki jest szczegółowy rozkład wydatków sztywnych, ile w wydatkach na świadczenia na rzecz osób fizycznych przeznacza się na świadczenia emerytalne dla sędziów, prokuratorów, służb mundurowych, a ile na świadczenia rodzinne i zasiłki alimentacyjne. Z upływem lat z uzasadnienia wypada wiele istotnych informacji, które są ważne dla zachowania przejrzystości i jawności finansów publicznych, bodaj najważniejszej zasady budżetowej.

Niepokoi mnie natomiast deficyt sektora finansów publicznych, czyli ekwiwalent potrzeb pożyczkowych netto. W 2009 r. planowany był na 45 mld zł i prawdopodobnie wyniósł około 50 mld zł. Ale w 2010 r. rząd przyjął ten deficyt na poziomie 80 mld zł, podczas gdy większość ekspertów, z którymi się zgadzam, uważa, że będzie on znacznie wyższy. Wyniesie dziewięćdziesiąt kilka, a może nawet przeszło 100 mld zł.

Dlaczego ekonomiści uważają, że prognoza rządu jest niedoszacowana?

Dlatego, że widzimy, jakie są potrzeby finansowe sektora ubezpieczeń społecznych, ochrony zdrowia czy jednostek samorządów terytorialnych. Z dochodów państwa z PIT samorządy zabierają ponad 49 proc. a 22-24 proc. z wpływów z CIT. Z tego wniosek, że jak spadają wpływy z tych podatków, to spadają wpływy do jednostek samorządu terytorialnego. Ale ich zadania rosną, a wydatki na nie nie spadają. W związku z tym będą musiały emitować obligacje lub zaciągać kredyty, albo przestaną płacić dostawcom, przez co zwiększą zadłużenie przeterminowane.

Sądzę, że już  w ubiegłym roku zadłużenie jednostek samorządowych mogło się zwiększyć o 8 – 9 mld zł. I wydaje się, że o tyle samo może zwiększyć się w tym roku. Jeśli do tego dołożymy wzrost zadłużenia sektora ubezpieczeń społecznych, funduszu zdrowia i innych, to okaże się, że planowany deficyt sektora finansów publicznych jest mocno niedoszacowany. W sumie może wynieść nawet dwa razy tyle, co w 2009 r. Jeśli rząd chce pożyczyć na rynku dwa razy więcej niż w ubiegłym roku, to także więcej będzie musiał zapłacić nabywcom obligacji i papierów skarbowych. Dla inwestorów to dobra wiadomość, gorsza dla rządu, bo będzie coraz więcej wydawał na obsługę długu publicznego.

Powstaje pytanie, co możemy zrobić, żeby nie mieć tak znacznego przyrostu długu.

W tym punkcie moje poglądy trochę się różnią od poglądów moich kolegów, ekonomistów głównego nurtu. Uważam, że większość wydatków, które dawały znaczące oszczędności w krótkim terminie, już została ścięta. Przyjrzyjmy się więc wydatkom sztywnym, stanowiącym około 75 proc. całości wydatków. Pierwsza ich część do dopłaty do ZUS i KRUS. Politycznie jest to gorący kartofel, bo albo trzeba podnieść składkę emerytalną, albo zmniejszyć relację przeciętnej emerytury do przeciętnej płacy, albo zrobić kombinację tych dwóch rzeczy. I oczywiście należy wydłużyć wiek emerytalny. Żadne z tych rozwiązań nie ma społecznej akceptacji. Dlatego zmiany będą wprowadzane bardzo powoli, a to oznacza, że na znaczące oszczędności z tego tytułu trzeba będzie poczekać kilka lat.

Kolejne wydatki sztywne to subwencje i dotacje dla jednostek samorządu terytorialnego. Można by tu znaleźć oszczędności, jednak najpierw trzeba by zmienić budżety tych jednostek na zadaniowe, a to jest proces, w dodatku nie wiemy, ile dzięki niemu zaoszczędzimy. No i trzeba osiągnąć w tej sprawie kompromis z samorządami, co nie będzie ani proste, ani szybkie.

Trzecią grupą wydatków sztywnych jest obsługa długu publicznego, tu jednak wielkiego pola redukcji wydatków nie ma.

Jeśli gros wydatków jest sztywnych, a rząd nie chce powiększać długu publicznego, to powinien zadbać o zwiększenie wpływów. Ma Pan pomysł, w jaki sposób?

Najpierw trzeba się przyjrzeć, dlaczego wpływy z VAT kurczą się nieproporcjonalnie do zmian produkcji i sprzedaży i dlaczego mamy spadek efektywnej stopy opodatkowania w podatkach bezpośrednich. Tu się dzieją rzeczy niezrozumiałe i – zdaniem specjalistów – są znaczne rezerwy. Jeżeli to nie wystarczy, to najzwyczajniej w świecie pozostałą lukę trzeba pokryć zwiększonymi podatkami.

Pana koledzy – ekonomiści, byli ministrowie finansów – jednym tchem wymieniają jednak negatywne skutki wzrostu podatków: spadek dochodów do budżetu i spadek wzrostu gospodarczego. Wielu przekonuje, że najlepszy, bo sprawiedliwy, jest podatek liniowy.

O tym, co jest sprawiedliwe, a co niesprawiedliwe, możemy dyskutować na gruncie etyki czy wiary, ale nie jest to centralny temat ekonomii jako nauki. Ale jeśli już musimy się tym zajmować, to pogląd jakoby podatek liniowy był najsprawiedliwszy, natychmiast się przewraca, jeśli tylko zapytamy, dlaczego miałby on być bardziej sprawiedliwy niż na przykład podatek pogłówny, czyli kwotowy. Dlaczego nikt nie proponuje, by taki wprowadzić?

W moim przekonaniu podatek progresywny jest o wiele rozumniejszy, gdyż łagodzi rozwarstwienie dochodów i związane z tym poczucie ekonomicznego i społecznego wykluczenia. A jeśli chcemy zwiększyć wpływy do budżetu, stawki tego podatku musimy podnieść. Nie wierzmy w populistyczne banialuki. Nie znam silnych korelacji między wyższą stopą podatkową a spowolnieniem wzrostu gospodarczego. Nie ma na to żadnych dowodów empirycznych.

Zastanówmy się, co to jest podatek? Otóż jest to cena płacona za państwo. Jeśli chcemy, by państwo zapewniało nam przedszkola, równy dostęp do szkół, jakiś standardowy poziom usług zdrowotnych czy bezpieczeństwa publicznego, to musimy za to zapłacić.

Nie prościej byłoby zmienić  konstytucję i zezwolić na wyższą relację długu publicznego do PKB? W końcu kraje ze strefy euro mają większy problem z zadłużeniem i nie drą szat z tego powodu. Kanclerz Angela Merkel powiedziała, że w Niemczech zejście z deficytem poniżej 75 proc. PKB przed 2015 r. jest mało realne.

I ja się zgadzam z Angelą Merkel, że obniżanie szybciej deficytu nie jest ani realne, ani rozumne. W Europie wzrost ciągle będzie niewielki i gospodarka nadal cierpieć na niedostatek rynków zbytu. Ale niezależnie od tej fazy cyklu koniunktury mamy tu problem strukturalny. Można powiedzieć, że jak długo firmy i osoby prywatne razem wzięte więcej oszczędzają niż inwestują, tak długo ta luka musi być wypełniana inwestycjami dokonywanymi przez państwo i finansowanymi z deficytu budżetowego. Ta ostatnia teza może być sporna. Ale już znacznie mniej sporna jest teza, że ograniczanie deficytu zanim przyjdzie ożywienie gospodarcze nie jest bardzo rozumne, na co zwraca uwagę MFW czy Bank Światowy. Jak jest kryzys i recesja, to się nie redukuje wydatków. Przyjdzie czas, by to robić, gdy powróci dobra koniunktura.

Z tego punktu widzenia muszę powiedzieć, że to, co robi Komisja Europejska, może budzić wątpliwości i niepokój. Jak był kryzys, to KE nie miała podpowiedzi, jak powinno się z nim walczyć. Za to teraz się obudziła i rozpoczyna procedurę nadmiernego deficytu wobec kilkunastu krajów. Nakazuje się im natychmiastowe jego ograniczenie. W okresie dekoniunktury jest to zadanie nierealne. Moim zdaniem Komisja się ośmiesza takimi decyzjami.

W 2009 r. nasz deficyt zwiększył się z planowanych niespełna 18 mld zł do około 25 mld zł, ale na szczęście rząd nie usiłował radykalnie ciąć wydatków, bo zafundowałby nam głęboką recesję, dusząc popyt wewnętrzny. Saldo obrotów handlowych, od którego rozpoczęliśmy rozmowę, nie dałoby rady tego skompensować.

Rozmawiała: Beata Tomaszkiewicz

 

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test