Chiny martwią się o swoich migrantów i liczą koszty

25.03.2013
Chiny przestają udawać, że nie mają problemu masowo migrujących za pracą po kraju  rodaków. Sezonowi emigranci są ostatnio bardzo hołubieni przez władze, przywódcom zdarza się nawet odwiedzać ich w miejscu pracy, co wzbudza nie lada sensację. 401 rolników-migrantów zostało nawet delegatami na sesję chińskiego parlamentu.

Migrant na dworcu w Szanghaju (CC BY-NC-SA China Supertrends)


Liczba migrantów z terenów wiejskich wzrosła w 2012 roku o 3,9 proc. – do blisko 263 mln. Są to, ostatnie oficjalne dane opublikowane przez tutejsze Krajowe Biuro Statystyki.

Dane nieoficjalne mówią, że migrantów jest o wiele więcej – nawet 350 mln. Chińskie media podają, że np. niektóre podpekińskie wsie liczące dekadę temu kilka tysięcy mieszkańców obecnie zamieszkuje, ponad 100 tys. ludzi i stały się one częścią stołecznej aglomeracji. Nastręcza to masę problemów z bezpieczeństwem włącznie, bowiem rotacja ludzi w tych miejscach jest ogromna i służą one wyłącznie, jako sypialnie tym, którzy rankiem wyjeżdżają do pracy w Pekinie a wracają późną nocą.

Niż demograficzny w Chinach sprawia, że dzieci towarzyszące migrującym pracownikom, mają teraz większą szansę znalezienia szkoły. Do tego, namnożyło się wiele prywatnych placówek oświatowych, które odpłatnie przyjmą każdego chętnego (inna sprawa to poziom nauczania w tych szkołach).

Szacunki mówią, że w Chinach ponad 12,6 mln dzieci w wieku szkolnym mieszka razem z rodzicami, którzy wyemigrowali za pracą. Dzieci tych przybywa średnio około 1 mln rocznie. Liczbę dzieci pozostawionych w domach przez migrantów oblicza się na 22 mln.

Tutejsze ministerstwo finansów podało, że w formie różnych dotacji władze, przeciętnie, na każdego migranta przeznaczają 600 mln juanów rocznie. Ogółem, wydatki tego typu pochłaniają już w skali roku ok 100 mld juanów (16 mld dol.), a program wsparcia ma być kontynuowany do 2026 r.

Dodajmy, że chiński cud gospodarczy nie byłby możliwy bez pracy robotników sezonowych, na których zapotrzebowanie w rejonach zurbanizowanych i uprzemysłowionych jest wciąż duże. Rząd postanowił reformować, choć ostrożnie, system meldunkowy i poluzować wymogi uzyskiwania pozwolenia na pobyt stały, zwłaszcza w miastach małych i średnich, co tutaj oznacza miasta liczące od 1 do 3 mln ludności.

Bez rejestracji meldunkowej nadal ograniczone jest dla migrantów prawo do edukacji dzieci, subsydiowanych mieszkań, zabezpieczeń społecznych a nawet, jak w Pekinie, zarejestrowania samochodu. Jednak do przyznania w Chinach pełnego prawa do swobodnej migracji jeszcze długa droga, choć dyskusja na ten temat ożywa, co jakiś czas. Władze obawiają się, że koszty finansowe i społeczne takiej operacji przewyższyłyby ewentualne korzyści, więc na razie system zwany „hukou” działa po staremu.

Wyliczono, że koszt przekształcenia każdego migranta w mieszkańca miasta wyniósłby od 100 do 200 tys. juanów – czyli od blisko 16 do 32 tys. dol. Na to Chin na razie nie stać, jeśli przemnoży się te kwoty przez liczbę ludności migrującej corocznie za pracą.

Obecne działania władz sprowadzają się, jak mówi ekonomista Tang Min, do wybiórczych ułatwień w dostępie do usług publicznych oraz wspierania sezonowych pracowników w bojach z nieuczciwymi pracodawcami, bo to problemy najważniejsze. Ekonomista sugeruje wyznaczenie w każdej prowincji jednego miasta, w którym byłby realizowany pilotażowy program polegający na tym, że każdy chętny na własną rękę decydowałby, czy chce dostać meldunek w mieście, czy nie? Niewykluczone, bowiem, że nie wszyscy przybysze zamierzają przenosić się na stałe do miast, gdzie wprawdzie łatwiej o pracę, ale są znacznie wyższe koszty utrzymania, zatrute środowisko itd.

Ministerstwo Zasobów Ludzkich i Bezpieczeństwa Socjalnego ruszyło z inspekcją mającą sprawdzić, czy migrantom płaci się na czas (złośliwe opóźnianie wypłat wynagrodzeń jest bowiem częstą praktyką), czy w ogóle płaci, zwłaszcza za nadgodziny, czy ludzie ci są ubezpieczeni, jak wygląda ich zakwaterowanie itp. Wzięto głównie pod lupę budownictwo, gdyż właśnie w tym sektorze jest zatrudnionych najwięcej migrantów – często na czarno.

Do rzadkości nie należy, iż wykonawca po zakończeniu inwestycji, po prostu, znika, pozostawiając wynajętych pracowników bez wynagrodzenia i przenosi się tysiące kilometrów na kolejną budowę, szukając w okolicy następnych naiwnych.

Kampania wsparcia migrujących robotników ruszyła jeszcze przed tegoroczną sesją chińskiego parlamentu (OZPL) i miała częściowo propagandowy charakter, ale ujawniła to, co i tak tu powszechnie wiadomo, a mianowicie to, że ludzie ci należą do pariasów współczesnych Chin. Sami też świadomie godzą się na zatrudnienie w szarej strefie kuszeni obietnicą trochę wyższego wynagrodzenia.

Zgodnie z tutejszym prawem, pracodawca chcący legalnie zatrudnić pracownika kontraktowego, zobowiązany jest płacić za niego 5 rodzajów różnego rodzaju ubezpieczeń, przeszkolić go, podwójnie płacić za nadgodziny, których liczba jest limitowana, itd. Retorycznym jest pytanie, czy wszystkie firmy, zwłaszcza budowlane, przestrzegają tych przepisów?

Z badań przeprowadzonych przez Ośrodek Studiów nad Pracą – China Beijing Normal University wynika, że tylko 33 proc. robotników budowlanych ma umowy o pracę z pracodawcami, a 78 proc. z tych, którzy je mają nie posiada ich kopii. Bez nich oraz dokumentacji medycznej nie ma mowy o wypłacie jakiegokolwiek odszkodowania za wypadek przy pracy. Wielu poszkodowanych godzi się, więc na niewielką rekompensatę pieniężną i często okaleczeni na całe życie wracają do rodzinnych wsi.

Chińskie media opisują czasem los tych ludzi, w większości prostych i niewykształconych, którzy nie mają żadnych szans, środków ani ochoty walczyć o swoje, do tego w sytuacji, gdy zgodzili się na zatrudnienie na czarno i nie mogą udowodnić stosunku pracy.

Mówi o tym Zhang Jun, działacz praw pracy w Yantai w prowincji Shandong. Zauważa, że wielu poszkodowanych nawet nie śmie prosić pracodawcę o umowę, bo i tak zatrudniani są najczęściej po znajomości.

Ye Jingyi, profesor prawa pracy na Uniwersytecie Pekińskim twierdzi, że władze powinny zacząć egzekwować prawo, które formalnie w Chinach obowiązuje od dawna, zwłaszcza, jeśli chodzi o podpisywanie umów o pracę. Tych pracodawców, którzy tego nie robią powinno się surowo karać – dodaje.

Chińscy socjologowie pocieszają jednak, że młodsze pokolenie robotników tymczasowych – ludzie urodzeni w latach 1980-1990 – jest już lepiej wyedukowane, mniej bojaźliwe, potrafi korzystać z informacji w Internecie – słowem – umie upomnieć się o swoje.

Ta nowa generacja chińskich migrantów – jak twierdzi Wang Yuancheng dyrektor Szkoły dla Pracowników Migrujących w Tai’an –  jest świadoma swych praw. Do tego, chcą oni bardziej, aniżeli pokolenie starsze, zostać w mieście na stałe, założyć w nim rodziny, a nie tylko zarobić i wrócić do rodzinnej wioski.

Badania pokazują, że 60 proc. sezonowych robotników, mimo trudności i przeszkód ocenia swe perspektywy w najbliższych 10 latach pozytywnie. Skarżą się jednak, że choć materialnie ich poziom życia poprawia się, to wciąż, co pokazują badania, czują się osamotnieni, izolowani od reszty społeczeństwa i pogardzani.

Hu Ping, profesor psychologii na Uniwersytecie Ludowym w Pekinie zwraca uwagę, że za stopniową poprawą sytuacji materialnej tej grupy ludzi nie idzie poprawa ich statusu społecznego. Wciąż większość z nich uważa się za bezwartościowych i nie chciałaby, żeby ten sam los spotkał ich dzieci.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test