Chiny piątej generacji

16.11.2011
Gdy system rotacyjnych zmian we władzach Chin dojrzał zapisano w nim, że każda z „generacji” może pozostawać na stanowisku maksimum dwie pięcioletnie kadencje. Od lat wiadomo, że już za rok miejsce  prezydenta Hu Jintao zajmie Xi Jinping, a w marcu 2013 r.  na stanowisku premiera Wena Jiabao zastąpi Li Keqiang. Co przyniesie światu piąta generacja?

Deng Xiaoping, wieloletni przywódca Chin, na bilbordzie w Szanghaju. (CC By-NC-SA Bert van Dijk)


Kiedy niedawno dziennikarz dobrze znający Chiny Richard McGregor próbował dokonać wnikliwej wiwisekcji rządzącej Chińskiej Partii Komunistycznej (KPCh) musiał się poddać. Napisał interesującą książkę, ale chińskich tajemnic nie odkrył. Władza w Chinach nadal pozostaje „enigmą zawiniętą w tajemnicę i pogrążoną w skrytości”, jak powiadał Churchill o ZSRR.

Wizjoner Deng

Zgoda panuje wokół tego, że KPCh na drodze prowadzonych reform przeobraziła się z partii rewolucyjnej w partię władzy. Dzisiaj jest zbiorowym cesarzem.

Wizjonerem transformacji był Deng Xiaoping. Ciężko osobiście doświadczony podczas niesławnej „rewolucji kulturalnej” (1966-76), gdy ponownie doszedł do władzy i zaordynował Chinom reformy (gaige) i „otwarcie na świat” (kaifang) zrobił wszystko, by uchronić je przed powrotem kultu jednostki i jedynowładztwem.

Ma rację Henry Kissinger, który z Dengiem wielokrotnie rozmawiał – w wydanej maju tego roku pracy „O Chinach” porównał styl rządzenia Denga i Mao Zedonga:

„Mao rządził jak tradycyjny cesarz, majestatyczny i wzbudzający strach. Uosabiał mit o imperatorze będącym pośrednikiem między niebem a ziemią, bliższym siłom boskim niż ziemskim. Deng rządził w duchu odmiennej chińskiej tradycji; był przywódcą omnipotentnym i wszędobylskim, a jednak niewidocznym. Rządził nie tak jak cesarz, lecz najważniejszy mandaryn…wyzwalając kreatywność Chińczyków i dając im realizować swoje własne wizje przyszłości”.

Zapoczątkowane w grudniu 1978 r. reformy Denga wywróciły rzeczywistość. Przywódca ten odrzucił autarkię i izolację, a w zamian uruchomił uśpionego w narodowości Han (rdzenni Chińczycy) ducha przedsiębiorczości. Odrzucił też wszelką ideologię stawiając na pragmatyzm, zgodnie z własną maksymą: „nieważne czy kot jest biały, czy czarny, ważne żeby łowił myszy”.

Umiejętnie i sprytnie zasłaniał się przy tym przed ortodoksami maoizmu przypisywaną Mao formułą, zgodnie z którą „praktyka jest jedynym kryterium prawdy”. Gdy, pod wrażeniem wyjazdu do Singapuru i tego, co tam zobaczył, zawołał jeszcze: „Bogaćcie się!”, więcej już nie musiał wołać. Chińczycy ruszyli. Efekty widzimy.

Rotacja na wysokim szczeblu

Co jednak zrobić z władzą w czasach, gdy postawiono na tkwiący w Chińczykach indywidualizm, zaprzeczający dominującym o nich stereotypom? Wizjoner Deng wygłaszał tyrady na temat nieefektywności władz, na „ustawianie się z wiatrem”, bierność, brak odpowiedzialności oraz wewnętrznej krytyki i dyskusji w szeregach KPCh. Apelował o „wyzwolenie umysłów”. Strategicznym zadaniem nowych władz miało być przeciwstawienie się tej bolesnej spuściźnie.

To dlatego Deng w sierpniu 1980 r. zaproponował wypracowanie systemu sukcesji w kierownictwie KPCh. Chcąc zachować ciągłość władzy i jej stabilność, wymusił jej rotację oraz kierowanie za każdym razem „na pierwszą linię” młodszych i lepiej wykształconych następców. Tym samym pierwszą generację rewolucyjnych przywódców, z nim i Mao na czele, zastąpiła – z jego osobistej poręki – druga generacja przywódców: reformatorzy komunizmu Hu Yaobang, jako szef partii i Zhao Ziyang jako premier.

Obaj, niestety, źle skończyli. Hu Yaobang opowiedział się za demonstrującymi studentami, domagającymi się więcej demokracji i liberalizacji w państwie, za co w styczniu 1987 r. stracił partyjne stanowiska. Kiedy w połowie kwietnia 1989 r. nagle zmarł, natychmiast za nim jako „ich bohaterem” opowiedzieli się studenci. Tak rozpoczęła się Pekińska Wiosna 1989, największe polityczne przesilenie w historii rządów KPCh.

Zhao Ziyang opowiedział się za studentami na placu Tiananmen, przez co stał się persona non grata. Zmarł w odosobnieniu w styczniu 2005 roku. Jednak już po śmierci mocno zaskoczył swoich kolegów, gdy na Zachodzie ukazały się jego nagrane w areszcie domowym wspomnienia.

Przez nikogo nieprzymuszony zaordynował swoim następcom takie oto przesłanie:

„Jeśli kraj chce się zmodernizować, mieć nowoczesną gospodarkę rynkową, to musi też wprowadzić w życie parlamentarną demokrację jako swój system polityczny”.

Wprowadzi? Dyskusje nt. demokracji, nawet wielce ożywione, w Chinach się toczą, ale do politycznego liberalizmu daleko. Na razie widać go tylko w gospodarce.

Pożegnanie komunizmu

Dramat na Tiananmen też osobiście zakończył Deng Xiaoping, wydając decyzję o siłowym rozwiązaniu, co już na zawsze będzie kładło się cieniem na jego życiorysie, jak słusznie zaświadcza emerytowany profesor Harvardu, spec od Chin, Ezra F. Vogel, w właśnie wydanej, najlepszej dotąd biografii tego nietuzinkowego polityka.

Kiedy Deng zauważył, że w ślad za masakrą w Pekinie jego wiekowi towarzysze zafundowali państwu powrót do klasycznej, maoistowskiej ortodoksji w styczniu 1992 r., niczym dawni cesarze, udał się na południe kraju i tam przedstawił swój polityczny testament (potem już publicznie nie zabierał głosu, zmarł w 1997 r.).

To jego kolejna wielka i jasna karta w historii. Jak na pragmatyka przystało, nakazał Chinom dalsze reformy i „pójście w świat”, w globalizację. Trzeźwo patrząc na świat dostrzegł, że pora przestać polegać na ZSRR, który właśnie się rozpadł, a pamiętał, jak nawet dzieci w szkołach w latach 50. uczono hasła „Związek Radziecki dziś, to nasze jutro”. Dał do zrozumienia, że dalsze zajmowanie się reformą komunizmu traci sens – i kazał szukać wzorców u dalekowschodnich gospodarczych „tygrysów”, które też były chińskie (Hongkong, Tajwan, a nawet Singapur), a przecież sprawne, wydajne i bogate.

To wtedy przyszedł czas trzeciej generacji przywódców, w której rolę pierwszych skrzypiec odgrywał nie tyle nowy szef partii, wówczas już tytułowany prezydentem, Jiang Zemin, lecz premier Zhu Rongji. To największy reformator epoki reform, który przeszedł do historii powiedzeniem: „Potrzebne jest mi sto trumien: 99 dla skorumpowanych biznesmenów i jedna dla mnie”.

Przyszła w Chinach „liberalna chwila”, przynajmniej w sensie gospodarczym. To wtedy tak naprawdę zaczęły się obecne sukcesy: Chiny na wielką skalę zaczęły przyjmować zagraniczne inwestycje, walczyły o członkostwo w WTO (z sukcesem), masowo zamykały nierentowne fabryki, korzystały z „chińskiej ceny”, czyli komparatywnych korzyści płynących z taniej i mocno eksploatowanej siły roboczej, przypominającej wczesny kapitalizm z epoki Dickensa, tak dobitnie pokazany w dostępnym i u nas filmie dokumentalnym „Chiny w kolorze blue”.

To wtedy też Chiny zaczęły eksportową ekspansję na świat, zbieranie rezerw walutowych (także dzięki zaniżonemu kursowi juana), kreowanie własnych marek i firm, o czym teraz tak głośno.

Społeczny koszt tego liberalizmu jednak był wysoki. W początkach XXI stulecia najlepszy miernik rozwarstwienia, współczynnik Gini był w komunistycznej z nazwy ChRL wyższy niż w USA, jakby nie było kolebce kapitalizmu. Następna, czwarta generacja przywódców, która doszła do władzy w latach 2002-2003, Hu Jintao jako szef KPCh i prezydent oraz Wen Jiabao, jako premier, w zasadzie nie miała wyjścia niż postawić na powrót do stabilności i równowagi oraz odnowy całkowicie rozbitej siatki świadczeń socjalnych.

Co charakterystyczne, sięgnięto do poręcznego dla władz, bo hierarchicznego i paternalistycznego z ducha konfucjanizmu i jego koncepcji „harmonijnego społeczeństwa” (hexie shehui), które jest budowane do dziś.

Renesans chińskiej nacji

„Czwarta generacja” zaproponowała jeszcze jedną, kluczową zmianę, która najpewniej przejdzie do historii. Przywódcy wystąpili z  koncepcją „renesansu chińskiej nacji”. Od około 2007 roku nowi mandaryni w Pekinie zwracają się już nie tylko do obywateli ChRL, lecz wszystkich Chińczyków, gdziekolwiek są.

Gdy system rotacyjnych zmian w kierownictwie dojrzał, zapisano w nim, iż każda z generacji może pozostawać na stanowisku maksimum dwie pięcioletnie kadencje. Od dawna wiadomo, że w latach 2012-13 czwarta generacja ustąpi miejsca piątej. Wiadomo także od kilku lat, kto zajmie miejsce najpierw prezydenta Hu Jintao, a następnie, w kolejnym roku, premiera Wena Jiabao.

Nowym szefem KPCh i prezydentem zostanie, 58-letni dziś Xi Jinping, natomiast od marca 2013 r. nowym premierem będzie o dwa lata od niego młodszy Li Keqiang. Kim są i co mogą – Chinom i światu – zaproponować?

Nowy prezydent to tzw. książątko, syn byłego prominenta KPCh, a więc przedstawiciel generacji uprzywilejowanej, pełnymi garściami czerpiącej z uwłaszczenia nomenklatury. Bez cienia wątpliwości będzie bronił jej interesów. Ciekawą postacią jest Li Keqiang. Klasyczny technokrata z doktoratem z ekonomii.

Piąta generacja przywódców (di wu dai) nie przyniesie raczej Chinom demokracji, będzie natomiast dbała o ich interesy gospodarcze. Za główny cel, to niemal pewne, postawi sobie pokojowe zjednoczenie z Tajwanem, w ramach proklamowanego już „renesansu chińskiej nacji”. Musi też w centrum zainteresowania utrzymywać najważniejsze wyzwania, przed którymi obecnie stoi kraj: zanieczyszczenie środowiska naturalnego, korupcja, rozwarstwienie ludności, dalsze wprowadzanie przepisów państwa prawnego.

Bliżej jej będzie do pragmatycznej strategii Denga niż ideologicznych eksperymentów Mao. Z dotychczas znanych enuncjacji jej przedstawicieli można spodziewać się, że nie zamknie Chin, a obok wzrostu gospodarczego będzie walczyła też o większą innowacyjność, położy nacisk na „zieloną gospodarkę” i nowoczesne technologie. Jednym z priorytetów jest zakrojony z wielkim rozmachem program kosmiczny.

Chińscy przywódcy, w przeciwieństwie do zachodnich, mniej uwagi zwracają na sondaże społecznego poparcia, więc myślą długofalowo, myślą w kategorii dziesięcioleci, nie 4, czy 5-letnich kadencji. To jeszcze jedna ich „komparatywna przewaga”, o której należy szczególnie pamiętać. A ponieważ pragną dalszej modernizacji, Chiny pod ich przywództwem będą jeszcze większym wyzwaniem dla świata niż dzisiaj są.

Pytanie, czy wezmą też na siebie większą odpowiedzialność za sprawy świata. W tej sprawie Chińczycy są mocno podzieleni. Chiny chcą być mocarstwem, ale wcale nie jest pewne, czy harmonijnie współpracującym ze światem zewnętrznym, jak im kiedyś zalecał Deng Xiaoping. Tym uważniej trzeba im się przyglądać.

Autor był ambasadorem w Azji, jest politologiem i sinologiem, wykłada w Centrum Europejskim UW.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test