content

Chiny – USA: Starcie strukturalne i wielka gra

04.02.2019
Po zeszłotygodniowych rozmowach w Białym Domu z wicepremierem Chin Liu He prezydent USA Donald Trump zmienił ton i nie wykluczył, że pod koniec lutego spotka się z chińskim prezydentem Xi Jinpingiem.

Biały Dom, 31 stycznia. Wicepremier Chin Liu He i prezydent USA Donald Trump przeprowadzili „konkretne”, „wnikliwe” i „owocne” rozmowy. (PAP)


Pobyt chińskiej delegacji i rozmowy w Waszyngtonie w dniach 30-31 stycznia obie strony uznały za ważne oraz takie, podczas których dokonano „znaczącego postępu”. Według komunikatu strony amerykańskiej były to rozmowy „otwarte, konkretne i konstruktywne”, natomiast agencja Xinhua podała w tym samym duchu, iż były „szczere, wnikliwe i owocne”. Czyżby groźba rysującej się na horyzoncie wojny handlowej została usunięta?

Sądząc po atmosferze i przyjęciu obu delegacji w Gabinecie Owalnym przez prezydenta Donalda Trumpa, idzie w dobrą stronę. Albowiem szef chińskiej delegacji, wicepremier Liu He faktycznie odpowiedzialny ostatnio za całą chińską gospodarkę, blisko związany z prezydentem Xi Jinpingiem, przekazał od niego list, natychmiast zebranym odczytany, a przez gospodarza nazwany „pięknym”. A na dodatek strona chińska podała, jako konkret, zamiar zakupu dodatkowych 5 mln ton ziaren soi, zagrożonej dodatkowymi cłami, o eksport której producenci w USA mocno naciskali prezydenta i republikanów. To też zostało więc przyjęte z zadowoleniem.

Prezydent Trump zmienia ton

Prezydent Donald Trump, prowadzący politykę zagraniczną poza protokołem i oficjalnymi instytucjami, zagroził co prawda na Twitterze, że przy braku rezultatów zapowiedziane dodatkowe cła na chińskie będą od 1 marca podniesione z 10 na 25 proc., ale po tej rundzie owocnych rozmów i po spotkaniu w Białym Domu zmienił ton i nie wykluczył, że połączy drugi szczyt z Kim Dzon-unem, zapowiedziany na koniec lutego w Wietnamie, z kolejnym szczytem z Xi Jinpingiem, najprawdopodobniej na pobliskiej chińskiej wyspie Hajnan, znanej z tamtejszego forum gospodarczego Boao, zwanego „chińskim Davos”.

Można przypuszczać, że do takiego spotkania dojdzie, gdy obie delegacje się ostatecznie dogadają. Jednakże do prawdziwego przełomu jeszcze daleko. Szef delegacji amerykańskiej, odpowiedzialny w administracji za handel Robert Lighthizer, ma się udać do Pekinu już w początkach lutego, zaraz po zakończeniu obchodów chińskiego Nowego Roku.

Wiemy bowiem, że w Waszyngtonie pod koniec stycznia omawiano takie kwestie, jak: transfer technologii, ochrona praw własności i przede wszystkim bariery pozataryfowe w handlu. Natomiast do omówienia są jeszcze m.in. konflikty i kradzieże w cyberprzestrzeni, kwestia sektora prywatnego w Chinach i nadmierne – w powszechnej ocenie – subsydia dla tamtejszych konglomeratów i przedsiębiorstw państwowych, co stronie amerykańskiej każe otwarcie mówić o dostępie do chińskiego rynku, tak rolnego, jak i usług, a przede wszystkim w sektorze wytwórczym.

Naturalnie, są w tym pakiecie również kwestie finansowe i kursy walutowe, element stały w tych relacjach, a dopiero nad tym wszystkim unosi się kwestia najgłośniejsza w świecie, czyli ogromny deficyt handlowy USA w handlu z ChRL (375 mld dol. w 2017 r. i 344,47 mld dol. na koniec października 2018 r., co może dać nawet 400 mld dol. na koniec roku) oraz podniesione stawki celne, od marca 2018 r. obejmujące towary wartości 58 mld dol., a od 24 września 2017 r. zwiększone przez stronę amerykańską o towary wartości 200 mld dol., na co strona chińska odpowiedziała stawkami odwetowymi na sumę 60 mld dol.

Chiny-USA: Wojna handlowa czy zimna

Jak na razie lista jest dość chaotyczna i po stronie amerykańskiej obejmuje przede wszystkim osiem kategorii towarowych, m.in. rowery i kojce dla dzieci, walizki podróżne, lodówki, części samochodowe (opony i koła), lekarstwa dla zwierząt oraz towary rolne, w tym krewetki. To na nie, jeśli strony się nie dogadają, cła mają być podniesione po 1 marca z 10 na 25 proc. Co objęłoby też towary znajdujące się na krótszej, chińskiej z kolei liście, obejmującej węgiel i jego pochodne, towary chemiczne i sprzęt medyczny.

 

Pułapka Tukidydesa

Nie cła i nie handel są tu jednak najważniejsze, lecz postęp techniczny i chiński program „Made in China 2025”, wzorowany na niemieckim „Industrie 4.0”. Jest on przez stronę amerykańską, całkiem słusznie, traktowany jako nic innego niż otwarte wyzwanie już nie tylko w gospodarce i handlu, o czym wiemy, lecz właśnie w postępie naukowo-technicznym, do czego Amerykanie i Zachód nie chcą dopuścić. Stąd głośna, także i w Polsce, sprawa Huawei i zatrzymanie szefowej firmy Meng Wanzhou oraz coraz bardziej widoczne działania na rzecz prześwietlania i ograniczania chińskich inwestycji na własnym rynku. W efekcie chińskie inwestycje w USA, które do 2017 r. stale rosły, w ubiegłym wprost pikowały w dół i spadły o ponad 90 proc. w stosunku do roku ubiegłego. Spadły z niespełna 27 mld dol. w drugim kwartale 2016 r. do niespełna 2 mld dol. w pierwszym kwartale 2018 r.

W stosunkach USA – Chiny w 2018 r. rozpoczął się bowiem zupełnie nowy etap – strategicznej konkurencji, jak go nazywa były premier Australii, dziś szef wpływowego amerykańskiego think tanku Asia Society, Kevin Rudd, dobrze mówiący po chińsku i od dziesięcioleci z Chinami związany.

W wydanym właśnie zbiorze swych wystąpień publicznych w minionym roku, zatytułowanym „Wojna jest do uniknięcia” (The Avoidable War) Rudd przedstawia bodaj najdojrzalszą zachodnią ocenę tego, co się w Chinach dzieje – i z czym Zachód powinien się liczyć. To najlepszy materiał analityczny jaki można sobie wyobrazić w kontekście toczących się negocjacji i trwałych napięć w stosunkach z dotychczasowym hegemonem – USA, które należy nazwać nie inaczej, jak strukturalnymi.

Rudd nawet nie ukrywa, że obawia się głośnej „pułapki Tukidydesa”, czyli starcia dotychczasowego hegemona z pretendentem, tak wnikliwie opisanego przez emerytowanego profesora Harvardu Grahama Allisona (to on napisał Wstęp do zbioru przemówień Rudda) i właśnie wydanego również i u nas w postaci tomu „Skazani na wojnę”. Nie musi do tego dojść – argumentuje australijski polityk i ekspert – podobnie jak do innej, groźnej sytuacji, nazwanej z kolei „pułapką Kindlebergera”, czyli powstania próżni władzy po wycofaniu się dotychczasowego hegemona, jak było po usunięciu się z globalnej sceny Wielkiej Brytanii, której miejsca USA dość długo nie chciały zająć.

Kevin Rudd, nie będąc pod tym względem analitykiem odosobnionym, „pułapkę Kindlebergera” wyklucza, bowiem Chiny pod wodzą Xi Jinpinga, rządzącego – coraz bardziej autorytarnie i jednoosobowo – od końca 2012 r. wcale nie zamierzają, jak w poprzednich dekadach, być skromne i budować swej potęgi po cichu. Wręcz przeciwnie, otwarcie mówią o wzięciu współodpowiedzialności za sprawy świata, nowym wielobiegunowym porządku, a nawet szermują hasłem „wspólnych losów społeczności globalnej”, co należy czytać nie inaczej, jak chińską intencję kreowania spraw tego świata, czy nawet reform i zmian w jego porządku, do czego dominujący dotychczas świat zachodni musi się jakoś przyzwyczaić czy przynajmniej dostosować. A jeśli tego nie zrobi, to grozi nam konflikt, być może nowa odsłona „zimnej wojny”, a nawet starcie przed podstawione pionki (proxy war), bo w bezpośrednie zderzenie dwóch kolosów jednak mało kto wierzy.

Bardziej prawdopodobna jest więc „pułapka Tukidydesa”, a tutaj najgroźniejsza, jak wykazuje historia i co tak dobrze opisywał w swych pracach o Chinach Henry Kissinger, jest niewłaściwa czy nieadekwatna percepcja intencji drugiej strony. Złe ich odczytanie może grozić wybuchem mniejszego lub większego konfliktu, nawet otwartego, a nie tylko w postaci wojny celnej czy handlowej, z czym już mamy do czynienia.

Powrót do korzeni, odrzucenie chaosu

Taka jest właśnie stawka prowadzonych obecnie rozmów i negocjacji. Chiny, dobrze czytające intencje Donalda Trumpa, z ducha i rodowodu biznesmena, gospodarczo i handlowo ustępują i – jak można przewidywać – będą jeszcze bardziej ustępowały. Z ich perspektywy miliardy dolarów są mniej ważne niż pryncypia. A te są już nieźle rozpoznane i mocno eksponowane przez Kevina Rudda i innych ekspertów: kluczowym celem dla Chin jest wyjście na pozycje światowego lidera na scenie międzynarodowej, a doprowadzenie do „wielkiego renesansu”, o czym sam niedawno obszernie pisałem, na scenie wewnętrznej, która jednakże obejmuje Tajwan oraz Morze Południowochińskie. Nie będzie bowiem żadnego „renesansu” z dwoma organizmami z Chinami w nazwie, jak jest teraz.

Tymczasem już od początków „zimnej wojny”, czyli wojny koreańskiej (1950 – 1953), Tajwan nazywano nie inaczej jak „amerykańskim lotniskowcem na Pacyfiku”. Czy Amerykanie teraz w tej kwestii ustąpią? – pyta Rudd i wielu innych.

To jest właściwa stawka, o którą w 2018 r. rozpoczęła się wielka gra. Chodzi o prymat, hegemonię, wpływ na sprawy tego świata. Nawet ewentualny, czwarty już, szczyt Donald Trump – Xi Jinping tego stanu nie zmieni. Chiny wkroczyły bowiem na scenę globalną – i nie zamierzają z niej zejść, czując swą siłę i potencjał. Dlatego, bez względu na to, co o nich i dokonujących się u nich procesach sądzimy, trzeba o dzisiejszych Chinach wiedzieć znacznie więcej – także w dobrze rozumianym własnym interesie. Albowiem na scenie pojawił się oto nowy globalny gracz, z własnymi ambicjami, planami, strategicznymi koncepcjami. Na dodatek gracz, jak wynika z ostatnich wystąpień Xi Jinpinga, oceniający, iż ma strategiczną szansę i dobry moment dla siebie, bo Rosja czy Indie nie są dla Chin gospodarczym konkurentem, a Zachód jest osłabiony.

Jest w tym wszystkim przynajmniej jeden pozytywny akcent: wracające do korzeni swojej cywilizacji Chiny nie będą chciały chaosu, bo jest to stan sprzeczny z ich ideowymi założeniami i zasadami konfucjanizmu, do których wracają. Będą ostro szarżowały, grały va banque, ale do otwartego konfliktu i zawieruchy nie doprowadzą wiedząc, o czym zresztą otwarcie mówią, że „wówczas nie byłoby wygranych”. Co jednak na to druga strona, z tak mało przewidywalnym Donaldem Trumpem na czele?

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły