Chronić klimat czy przemysł

09.07.2014
Przywódcy wielu państw członkowskich UE mówią o potrzebie reindustrializacji, jednak uznali, że „ambitna polityka klimatyczna” Unii ma być kontynuowana. To uderzy w przemysł, który i tak się już zwija.

(infografika Dariusz Gąszczyk/CC BY-NC by Billy Wilson)


Słowo „reindustrializacja” zrobiło w UE w ostatnich miesiącach zawrotną karierę. Politycy przekonują, dlaczego jest ona potrzebna. Powtarzają jak mantrę zdanie, że kraje, które mają silny i rozwinięty przemysł, lepiej zniosły kryzys finansowy i globalne spowolnienie gospodarcze. To wszystko prawda. Jest jeszcze kilka argumentów za reindustrializacją Unii Europejskiej.

Lekcja kryzysu

Przez wiele lat przekonywano nas, że im nowocześniejsza i bardziej rozwinięta gospodarka, tym mniejszy udział ma w niej przemysł, a usługi – większy. I że nie ma nic groźnego w przenoszeniu produkcji do tańszych krajów. Ot, globalizacja. Kryzys finansowy, a potem kryzys zadłużeniowy i globalne spowolnienie gospodarcze zrewidowały ów pogląd.

Dlaczego kraje z silnym i bardziej rozwiniętym przemysłem lepiej zniosły zawirowania gospodarcze z ostatnich lat? Z kilku powodów. Po pierwsze – w przeciwieństwie do krajów ze słabszym przemysłem – cieszą się one na ogół od lat nadwyżką eksportu nad importem, co zapewnia im nadwyżki finansowe i pomaga zrównoważyć budżet. Dobrym przykładem są Niemcy, które od 1952 r. mają nieprzerwanie dodatnie saldo w handlu zagranicznym, ich nadwyżka handlowa od ponad dekady przekracza 100 mld euro i ciągle rośnie. Niemiecki eksport w 2012 r. sięgnął 1,1 bln euro. Nasz zachodni sąsiad zawdzięcza to głównie swemu przemysłowi, którego udział w PKB Niemiec wynosi 28,1 proc. (dane za 2012 r.) i jest wyraźnie wyższy niż w przypadku całej UE (25,2 proc.), choć w ostatnich latach nieco spadł (w 2005 r. wynosił 29,6 proc.).

Takich wręcz symbolicznych spadków doświadczyło wiele innych krajów, które mają silny przemysł. W latach 2005–2012 udział przemysłu w PKB Austrii spadł z 30,4 do 29,5 proc., w Kanadzie z 29,4 do 28,6 proc., w Korei Południowej z 40,3 do 39,8 proc. Są też przykłady krajów bogatych i rozwiniętych, w których w ostatnich latach udział produkcji przemysłowej w PKB się zwiększał. W Norwegii w latach 2000–2012 wzrósł on z 30,8 do 38,3 proc., a w Japonii w latach 2005–2012 z 25,8 do 27,5 proc.

Przemysł daje pracę

Kolejny argument: w krajach z silnym i bardziej rozwiniętym przemysłem stopa bezrobocia jest na ogół o wiele niższa niż w państwach, które mają mniejszą produkcję przemysłową. By nie być gołosłownym, dane o wartości rocznej produkcji przemysłowej w przeliczeniu na jednego mieszkańca, stopie bezrobocia w danym kraju i udziale przemysłu w jego PKB.

(infografika Dariusz Gąszczyk)

 

Ta tabelka wyglądałaby nieco inaczej (lepiej, ale wciąż niekorzystnie dla Polski i Hiszpanii, a gorzej m.in. dla Francji), gdyby wartość produkcji przemysłowej na per capita podać nie według wartości nominalnej, tylko wedle siły nabywczej w danym kraju. Do tego jednak jeszcze wrócimy, próbując odpowiedzieć na pytanie, które kraje UE najbardziej potrzebują reindustrializacji.

Unia przegrywa z Azją i Ameryką

Sytuacja jest taka, że w części krajów Wspólnoty przemysł wciąż ma wysoki, ale jednak spadający udział w PKB, a w pozostałych państwach jest jeszcze gorzej: mają one niski udział przemysłu w produkcie krajowym brutto, który jeszcze się zmniejsza. W efekcie w latach 2004–2012 wkład przemysłu do unijnego PKB skurczył się z 27,3 do 25,2 proc. To wprawdzie wciąż dużo więcej niż w przypadku USA (19,1 proc. w 2012 r.), ale mniej niż w Japonii, Norwegii, Szwajcarii, Korei Południowej czy Tajwanie, nie wspominając już o Chinach (43,9 proc.).

W 2012 r. wartość produkcji przemysłowej pięciu najludniejszych krajów UE (Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch i Hiszpanii) sięgnęła 2,75 bln dol. Była zdecydowanie niższa niż w USA (3 bln dol.), które zamieszkuje zbliżona liczba ludzi, co te kraje. Jeśli porównać tę wartość z Chinami (3,7 bln dol.), sytuacja przedstawia się jeszcze gorzej. Gdyby nie Niemcy, których produkcja przemysłowa wyniosła w 2012 r. 956 mld dol., ten bilans byłby jednak dla unijnej czołówki jeszcze bardziej niekorzystny. Dla porównania: liczony w dolarach wkład przemysłu w PKB Japonii przekroczył w 2012 r. 1,6 bln, podczas gdy we Francji tylko 477 mld, w Wielkiej Brytanii 0,5 bln, we Włoszech – 481 mld, a w Hiszpanii – 324 mld. W przypadku Polski, której gospodarka jest tak chwalona, było to skromne 173 mld dol.

A teraz kwestia najważniejsza: które unijne kraje najbardziej potrzebują reindustrializacji? Przede wszystkim te, które od lat borykają się z dużym deficytem handlowym i bezrobociem (te dwa zjawiska zwykle idą w parze). W tym gronie jest m.in. Polska, choć nie ma w nim naszych południowych sąsiadów – Czech, Słowacji i Węgier, które od dawna notują nadwyżkę eksportu nad importem i z wyjątkiem Słowaków mają dużo niższą niż my stopę bezrobocia. Nadwyżką handlową i dość niskim bezrobociem mogą się też pochwalić kraje skandynawskie oraz Holandia i Belgia. O Niemczech już mówiliśmy.

Deficyt handlowy i wysoka stopa bezrobocia to nie tylko zmartwienie Grecji, Portugalii i Hiszpanii. Obecnie także m.in. Francji i Włoch, do niedawna przemysłowych potęg. Wymienione kraje należały też do państw, w których udział przemysłu w PKB silnie w ostatnich latach spadał. W latach 2005–2012 w Grecji zmniejszył się on z 21,3 do 17,9 proc. PKB, w Hiszpanii z 29,5 do 24,2 proc., we Francji z 23,7 do 18,3 proc., a we Włoszech z 29,1 do 24,2 proc. W Polsce sytuacja była inna. Jeszcze w 2000 r. udział przemysłu w naszym PKB sięgał aż 35 proc., do 2005 r. zdążył spaść do 31,1 proc., by po wejściu Polski do Unii znów wzrosnąć do 33,6 proc. w 2012 r. Innymi słowy akcesja pomogła naszemu przemysłowi. To jednak nie znaczy, że możemy osiąść na laurach. Nasz eksport jest tylko ciut większy niż czterokrotnie mniejszych Czech, zaś bezrobocie od lat uporczywie nie schodzi poniżej 10 proc., mimo że w ostatnim okresie za chlebem wyjechało do zachodniej Europy aż 2 mln Polaków. Czarnowidztwo? Poniżej podaję zestawienie wartości produkcji przemysłowej per capita z uwzględnieniem siły nabywczej poszczególnych krajów.

 

Źródła problemów

Skąd wzięła się dezindustrializacja dużej części UE? Przyczyn jest co najmniej kilka. Jedna z nich to utrata konkurencyjności gospodarek krajów południowej Europy na rzecz Niemiec po przystąpieniu tychże państw do strefy euro. Kolejny powód to – oczywiście – postępująca liberalizacja światowego handlu, a w ślad za nią globalizacja, która wypycha produkcję tam, gdzie jest ona tańsza.

W Unii Europejskiej następnym bardzo ważnym czynnikiem okazuje się jej polityka klimatyczna. Jest ona bowiem tak skonstruowana, że winduje koszty energii. Duże firmy przemysłowe obciąża to podwójnie. Kupując prąd, w którego cenie jego producenci muszą uwzględniać wsparcie dla energetyki odnawialnej (np. w postaci obowiązkowego zakupu tzw. zielonych certyfikatów) oraz zakup uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Szacuje się, że w Polsce takie ekologiczne parapodatki podnoszą cenę energii elektrycznej aż o 20 proc.

Drugie obciążenie dotyczy zakładów przemysłowych, które do produkcji zużywają oprócz prądu bardzo dużo energii cieplnej i z tego powodu zostały włączone do unijnego systemu redukcji emisji dwutlenku węgla, czyli European Union Emission Trading Scheme (EU ETS). Objęte są nim m.in. cementownie, huty metali i szkła, rafinerie, fabryki płytek ceramicznych i zakłady papiernicze. W następnych latach będą one dostawać jeszcze pewną pulę uprawnień do emisji dwutlenku węgla za darmo (jako zagrożone tzw. carbon leakage, czyli przenoszeniem poza UE), ale z roku na rok będzie ona coraz mniejsza. Resztę muszą dokupować.

Te ciężary już dziś mocno uderzają w branże objęte ETS-em, dla których koszt energii to główny lub przynajmniej jeden z największych wydatków. W przypadku hutnictwa stanowi on aż 40 proc. wszystkich kosztów, dlatego w tym sektorze najwyraźniej widać negatywne skutki unijnej polityki klimatycznej, która na dobre zaczęła się wraz z przyjęciem w 2008 r. pakietu energetyczno-klimatycznego mającego obowiązywać do 2020 r. To głównie w wyniku tej polityki ceny prądu dla firm są w UE o połowę wyższe niż w Stanach Zjednoczonych i o wiele wyższe niż w Chinach oraz Indiach. Przede wszystkim dlatego, że wiodące gospodarczo kraje spoza Europy o wiele mniej niż Unia Europejska przejmują się globalnym ociepleniem. W przeciwieństwie do Wspólnoty ważniejsza dla nich jest kondycja gospodarcza. To do niej dopasowują swą politykę klimatyczną, a nie na odwrót, jak to jest w UE. Najlepszym przykładem było wycofanie się przez Stany Zjednoczone z wprowadzenia własnego systemu redukcji emisji dwutlenku węgla, który był projektowany na wzór unijnego EU ETS.

Jakie są tego efekty? Unijna gospodarka traci na konkurencyjności, co najlepiej widoczne jest właśnie w przypadku hutnictwa. Na całym świecie od lat nieustannie rośnie produkcja stali i moce produkcyjne hut (w ostatniej dekadzie z 1,244 do 2,168 mld t rocznie). Jedynym wyjątkiem Unia Europejska. Według danych organizacji branżowej Wordsteel produkcja stali w UE-27 powoli, ale stale rosła do 2007 r., gdy osiągnęła 210 mln t. W latach 2008–2009 gwałtownie spadła (do 139 mln t), potem odbiła się, ale od 2011 r. znów się zmniejsza. W 2013 r. wyniosła 166 mln t, czyli była ponad sześciokrotnie mniejsza niż w Azji, która wyprodukowała w tym czasie 1,1 mld t stali. 779 mln t przypadło na Chiny, 111 mln t na Japonię, a 66 mln t na Korę Południową.

(infografika Dariusz Gąszczyk)

 

Dane zdają się przeczyć powszechnemu poglądowi, że rozwinięty przemysł ciężki to domena biedniejszych i bardziej zacofanych gospodarek.

Unijne hutnictwo nie jest oczywiście jedyną ofiarą walki UE z globalnym ociepleniem. Kolejna to m.in. branża cementowa. Zachodnioeuropejskie koncerny już budują cementownie w Algierii, a Heidelberg Cement, właściciel Górażdży – największej fabryki cementu w Polsce, ma już cztery takie zakłady na Ukrainie. W tych krajach można ów produkt wytworzyć dużo taniej niż w UE.

Ambitny marsz trwa

Mimo to zarówno Komisja Europejska, jak i większość europarlamentarzystów oraz przywódców krajów unijnych, wciąż chce, żeby UE utrzymała swą „ambitną politykę klimatyczną”. W pochodzącym z początku 2014 r. dokumencie „Ramy polityczne na okres 2020–2030, dotyczące klimatu i energii” Komisja Europejska zaproponowała, by UE przyjęła dwa cele do osiągnięcia do 2030 r.: redukcję emisji dwutlenku węgla o 40 proc. i 27-proc. udział odnawialnych źródeł energii w produkcji prądu. Ma temu służyć m.in. zwiększenie tempa ograniczania emisji przez firmy objęte systemem EU ETS z 1,74 do 2,2 proc. rocznie oraz reforma tegoż systemu. Ma ona polegać na zmniejszeniu w nim liczby uprawnień do emisji dwutlenku węgla, by podbić ich cenę.

Od tego czasu, mimo trwającego kryzysu zadłużeniowego w strefie euro i kolejnych zawirowań gospodarczych na świecie, KE zrezygnowała tylko z jednego – i do tego mniej dotkliwego – z powyższych celów: 27-proc. udziału odnawialnych źródeł w produkcji prądu.

Polityka klimatyczna UE była jednym z głównych tematów ostatniego unijnego szczytu, który odbył się 26 i 27 czerwca. W jego trakcie Herman van Rompuy, szef Rady Europejskiej, przedstawił swoje propozycje. Ich trzonem jest założenie, że UE ma dalej „przewodzić w walce z globalnym ociepleniem, w tym poprzez ustalenie ambitnych celów na 2030 r.”. Owe ambitne cele to przede wszystkim wspomniana już 40-proc. redukcja emisji dwutlenku węgla. Większość unijnych przywódców zgodziła się z tym stanowiskiem, choć ostateczna decyzja ma zapaść dopiero w październiku. Na razie nie zanosi się na to, żeby do tego czasu wyłoniła się większość, która będzie chciała zmienić te założenia. Co więcej, Komisja Europejska szykuje reformę unijnego systemu redukcji emisji dwutlenku węgla, która ma być wdrożona jeszcze przed 2020 r. i doprowadzić do wzrostu cen uprawnień emisyjnych. Głównym narzędziem, które ma do tego służyć, będzie najprawdopodobniej interwencyjny skup tych papierów w sytuacjach, gdy ich cena będzie zdaniem Brukseli za niska.

To wszystko oznacza dalsze pogorszenie warunków ekonomicznych dla wielu sektorów przemysłu. Surojit Ghosh, członek zarządu Arcelor Mittal Poland, twierdzi, że w hutnictwie nie ma technologii, które pozwoliłyby ograniczyć emisję dwutlenku węgla w takim stopniu, w jakim chce tego Bruksela. W związku z tym do 2020 r. nawet najbardziej efektywne i najnowocześniejsze huty w UE będą musiały płacić za 1/3 swej emisji. To zaś w opinii przedstawiciela Arcelor Mittal uczyni je całkowicie niekonkurencyjnymi wobec zakładów z innych regionów świata i z tego powodu zostaną one zamknięte.

To samo grozi unijnym cementowniom. Andrzej Balcerek, szef Grupy Górażdże, przestrzega, że w 2020 r. polskie fabryki cementu dostaną bezpłatne uprawnienia do emisji tylko dla połowy swojej produkcji. Resztę będą musiały dokupić. To przy dzisiejszych cenach uprawnień to wydatek rzędu 50 mln euro rocznie, ale przecież Komisja Europejska chce zrobić wszystko, co możliwe, żeby owe ceny wzrosły. Najlepiej do poziomu co najmniej 20–30 euro za tonę dwutlenku węgla. Sęk w tym, że przy cenie 25 euro w UE przestanie się opłacać wytwarzać klinkier, podstawowy półprodukt do produkcji cementu. Gdyby do tego doszło, unijne cementownie musiałyby go sprowadzać spoza UE (dziś wytwarzają go z wydobywanego na terenie Wspólnoty wapienia) lub zaprzestać działalności. Jeszcze gorzej będzie po 2020 r., gdy emisję trzeba będzie zredukować o 40 proc. (w porównaniu do 2005 r.).

Skąd ten upór

Dlaczego mimo tych wszystkich przestróg i apeli środowiska przemysłowego unijni politycy wciąż nie rewidują dotychczasowej polityki klimatycznej? Powodów jest wiele. Oto najważniejsze.

Większość krajów zachodniej Europy nie ma już znaczących złóż surowców energetycznych i liczy, że spowodowany unijną polityką klimatyczną rozwój energetyki odnawialnej i rozwiązań energooszczędnych pozwoli im zmniejszyć import tychże surowców. Kraje zachodniej Europy mają też nadzieję, że dzięki rozwojowi wyżej energetyki odnawialnej i rozwiązań służących zmniejszaniu zużycia energii rozwiną one u siebie te technologie, staną się ich światowymi liderami, znaczącymi eksporterami i innowatorami, wzmacniając w ten sposób swe gospodarki i przemysł.

Skutki unijnej polityki klimatycznej są bardzo nierównomiernie rozłożone pomiędzy poszczególne kraje członkowskie. W ogóle nie muszą się jej bać np. Szwecja, Austria czy Francja, których energetyka opiera się na „zeroemisyjnych” lub „niskoemisyjnych” elektrowniach wodnych i atomowych. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja krajów, w których podstawowym surowcem energetycznym w przemyśle i energetyce jest i musi być jeszcze przez długi czas węgiel (jego spalaniu towarzyszy o wiele większa emisja jego dwutlenku niż w przypadku gazu, nie wspominając już o rozpadzie uranu). To w te państwa uderzy polityka klimatyczna UE, a jest ich coraz mniej. Na dłuższą metę pozostanie tylko jeden: Polska. Prawie 90 proc. wytwarzanej w naszym kraju energii elektrycznej produkuje się z węgla. To najwyższy wskaźnik w UE i drugi po RPA na świecie. Jest tak, bo w UE tylko nasz kraj wydobywa jeszcze węgiel kamienny na dużą skalę i z tego powodu jest na niego skazany. Pozostałe kraje unijne importują go, więc w zasadzie wszystko im jedno, czy zostaną przy nim, czy zastąpią go innym paliwem. Dlatego tak łatwo zgadzają się na założenia unijnej polityki klimatycznej.

Większość krajów łagodzi na własnym podwórku i za własne pieniądze jej skutki. Na czym to polega? Głównie na zwalnianiu branż energochłonnych z dopłacania do energetyki odnawialnej i obniżaniu im akcyzy na zużywany przez nie prąd. Robią to m.in. Niemcy, Włosi, Francuzi, Brytyjczycy czy Hiszpanie. Jednym z nielicznych krajów UE, które jeszcze nie stosują tego narzędzia, jest Polska, zaś w przypadku hutnictwa tylko u nas nie ma żadnych ulg.

Skutek? Wykorzystanie mocy produkcyjnych w polskich hutach stali, które jeszcze w 2008 r. sięgało 77 proc., w 2013 r. wyniosło jedynie 63 proc., czyli grubo poniżej unijnej średniej. 2013 rok nasze zakłady metalurgiczne zakończyły łączną stratą netto w wysokości 420 mln zł, szokującą, gdy weźmiemy pod uwagę, że w 2008 r. zanotowały 1,9 mld zł, a jeszcze w 2011 r. 750 mln zł zysku netto. Przy swych niskich kosztach, tak ważnych w metalurgii, Polska jest obecnie hutniczym karzełkiem. W 2013 r. Niemcy – unijny lider – wyprodukowały aż 42,6 mln t stali, Włochy – 24 mln t, Francja – 15,7 mln t, Hiszpania – 13,7 mln t, Wielka Brytania – 11,9 mln t, a Polska jedynie 8 mln t. Tylko symbolicznie więcej niż maleńkie Austria (7,9 mln t) i Belgia (7,1 mln t). Czy to nie najlepszy dowód na to, że Polska należy do krajów, które najbardziej potrzebują reindustrializacji? Sęk w tym, że jednocześnie jesteśmy w grupie państw, którym w odbudowie przemysłu najbardziej przeszkadza unijna polityka klimatyczna.

 

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test