Ciemności ujawniły mit wielkich Indii

06.08.2012
31 lipca 670 mln ludzi na północy Indii odciętych zostało od elektryczności. Kraj dość szybko poradził sobie z największym w historii świata blackoutem - dzięki agregatom prądotwórczym. Razem z energetyczna megaawarią gaśnie jednak mit gospodarczej potęgi Indii.

(opr. DG/ CC BY-SA by rvgpl)


Mit ten miał dwa źródła. Jedno to koncepcja banku inwestycyjnego Goldman Sachs z 2004 roku, że cztery kraje z grupy BRIC, wśród nich Indie, przejmą pozycję liderów światowej gospodarki. 7 lat po wymyśleniu idei BRIC produkt krajowy Indii wynosił w 2011 roku 1676 mld dolarów i był niższy niż rok wcześniej o 46 mld dol. W tym samym roku produkt krajowy w Stanach Zjednoczonych wzrósł o ponad 600 miliardów dolarów i był 9 – krotnie wyższy niż w Indiach. Oczywiście, to kwestia rachunkowa. Rupia słabła w tym czasie wobec dolara – w 2010 r. kurs wynosił ok. 45 rupii za dolara, pod koniec  2011 r. doszedł do 55 rupii. Przewaga USA liczona w dolarach jest więc większa niż w rupiach.

Popatrzmy w takim razie inaczej. Przy aktualnym kursie wymiany jeden punkt procentowy wzrostu PKB w Indiach to 16,76 mld dol. W Stanach Zjednoczonych  jeden procent to 150,9 miliarda. Ameryka jest niemal w stagnacji, podczas gdy Indie rozwijają się w tempie 9 procent rocznie. Różnice potencjału są jednak tak duże, że nawet w czasach stagnacji PKB wzrasta w USA o tę samą kwotę. Gdyby liczyć wzrost ten biorąc pod uwagę głowę mieszkańca to wynik Indii jest jeszcze mniejszy, bo przyrost naturalny jest tam większy.

Drugie źródło nieporozumień w myśleniu o Indiach to rzeczywiste osiągnięcia, często niezwykle spektakularne. Broń atomowa i rakietowa, gigantyczne kontrakty wojskowe. Warte miliardy programy budowy elektrowni nuklearnych. Do sukcesów można zaliczyć także powstanie globalnych koncernów – Arcelor Mittal, Tata, Infosys  i innych.

(opr. DG/ CC BY-SA by 401(K) 2012)

opr. DG/ CC BY-SA by 401(K) 2012-kopia

Indie mają 7 procent światowych miliarderów. Kraj ma na swoim koncie również szokujące przejęcia Arcelora, Tetleya, Jaguara i Rolls Royce’a. Może też pochwalić się wielkimi centrami outsourcingu i IT oraz rewelacyjnymi wynalazkami najtańszych samochodów, komputerów, elektrokardiografów świata. Nic więc dziwnego, że w ubiegłym roku Indie  – licząc według siły nabywczej – stały się trzecią gospodarką świata, wyprzedzając Japonię.

Tyle, że Indie po dekadzie szybkiego wzrostu mają produkt krajowy per capita w wysokości 1389 dolarów i są na 140 miejscu na świecie, za Zambią, Sudanem i Boliwią. Nawet uwzględniając siłę nabywczą, ich pozycja niewiele się poprawia. Przesuwają się na 129 miejsce na świecie, z produktem per capita (PPP) 6–krotnie niższym niż w Polsce. Jak powiedział premier Indii Manmohan Singh Indie to bogaty kraj bardzo biednych ludzi.

opr. DG/ CC BY-SA by 401(K) 2012

Niedawny raport Citibanku przewidywał, że Indie staną się w 2050 roku największą gospodarką świata. Taka jest siła procentu składanego w horyzoncie 40 lat. Wystarczy założyć, że Chiny trochę przyhamują, a Indie będą się rozwijać w tempie 8 procent rocznie, by zostały zwycięzcą. Stany Zjednoczone i tak się nie liczą. Tylko że nawet wówczas, w 2050 roku, produkt krajowy na głowę mieszkańca będzie w Indiach wielokrotnie niższy niż w Europie Zachodniej czy Ameryce. O ile rzecz jasna nie dojdzie do prawdziwie wielkiej depresji, która w krajach wysoko rozwiniętych potrwa 20 i więcej lat, co zresztą – patrząc na historię upadków imperiów – nie jest wcale niemożliwe.

Jaka więc jest siła gospodarcza Indii, jakie perspektywy?  Kali – bogini czasu i śmierci –  przedstawiana jest z czterema i więcej rękami i podobnie są co najmniej cztery wielkie słabości gospodarki Indii.

Pierwsza to infrastruktura, czego pokazowym przykładem był wtorkowy blackout.  Mimo inwestycji fatalna pozostaje sieć dróg, kolejowa jest przestarzała, brakuje elektrowni i dostępu do wody pitnej.

Druga słabość to niewydolność systemu politycznego i korupcja. Indie są na 95 miejscu w rankingu Transparency International. Po licznych skandalach m.in. w czasie sprzedaży licencji dla sieci komórkowych, czy złóż surowców, gdzie straty skarbu państwa Indii szacuje się w miliardach dolarów, bohaterowie afer trafili do więzień. Urzędnicy przestali jednak ze strachu podejmować decyzje, a liberalne reformy zostały zablokowane w parlamencie.

Trzecia słabość to biurokracja – formalne ograniczenia działalności gospodarczej, tragiczne warunki zakładania firm, fatalna egzekucja praw własności, ograniczenia w inwestycjach zagranicznych, problemy z podatkami, kupnem ziemi czy pozwoleniami na budowę.  W rankingu Doing Business Banku Światowego Indie, pomimo reform lat 90., które stanowiły podstawę dla wzrostu gospodarczego w tym stuleciu, są w drugiej setce państw świata na 132 miejscu.

Czwarta wreszcie słabość to chaos. Ktoś powiedział, że Indie zawsze będą krajem chaosu, chodzi o to, żeby był to chaos kontrolowany. Jeśli tak jest, to z najwyższym trudem.

Dlatego choć większość analityków przewiduje wzrost gospodarczy w tym roku na poziomie 6 procent (np. MFW, HSBC), a w przyszłym 6,5 -7 proc., przyszłość jest niepewna.  W makroekonomii  problemem jest inflacja, uporczywie trzymająca się na poziomie ok. 8-10 procent rocznie,  a dla niektórych obserwatorów – także deficyt w rachunku obrotów bieżących (ok.4 proc.) i zadłużenie zagraniczne największych korporacji hinduskich.

Problemem jest też deficyt budżetu sięgający w przypadku całego sektora publicznego 9 procent PKB (w tym budżet centralny około 6 proc.), ze względu na stale rosnące subsydia do paliw, nawozów i żywności. Dług publiczny – choć ostatnio powoli  zmniejsza się ze względu na bardzo wysoką inflację – wynosi ok. 70 proc. PKB i jest znacznie wyższy niż w innych dużych krajach rozwijających się.

opr. DG/ CC BY by bandarji-kopia

Jak pisze znany ekonomista Raghuram Rajan z Uniwersytetu Chicago hinduscy politycy mieli do wyboru albo rozwój możliwości zarobkowych wśród biednych przez poprawę dostępu do edukacji, ochrony zdrowia, finansów, wody i energii, albo drogę populistycznych subsydiów i transferów. Wybrali tę drugą.

>Analiza Economist Intelligence Unit: Indie oferują Australii obiecujący rynek zbytu źródeł energii

Ogromne są też problemy strukturalne. Mając gigantyczny potencjał demograficzny i wysoką stopę oszczędności, Indie nie potrafią sobie poradzić z biurokracją, regulacjami ograniczającymi swobodę gospodarczą, czy problemami  w zakupie ziemi pod inwestycje. Nie ułatwia decyzji inwestycyjnych ręczne sterowanie bankami (75 proc. w rękach rządu) i państwowymi monopolistami, na przykład dystrybutorami energii, którzy są głęboko deficytowi, bo rząd utrzymuje ceny prądu na sztucznie niskim poziomie. Zastój w inwestycjach publicznych, prywatnych i zagranicznych,  uważany jest za równie istotne ryzyko dla wzrostu gospodarczego  jak kryzys w świecie wysokorozwiniętym, do którego kierowana jest ponad połowa indyjskiego eksportu (USA, Unia Europejska).

Każdy kto był w Indiach (niżej podpisany był kilkakrotnie w Delhi i prowincjach górskich) wie jak ogromny potencjał  przedsiębiorczości zakodowany jest w Hindusach. To znakomici handlowcy i pomysłowi producenci, stale w ruchu, stale w interesach, stale próbujący coś dołożyć do swojej oferty usługowej, sprawnie korzystający z internetu jako narzędzia komunikacji, reklamy i zakupów. Tak jak np. pewien mieszkaniec zagubionego w Himalajach Joshimath, do którego trafiłem via internet z Polski. Obok kilku pokojów do wynajęcia, ma on także wypożyczalnię sprzętu turystycznego, a jego ponad 70-letni ojciec gotuje dla gości.

Shashi Tharoor, polityk i pisarz, pokazuje potencjał przedsiębiorczości  patrząc na  umiejętność tworzenia przez Hindusów oferty dla „dołu piramidy” – czyli najuboższych. To w Indiach ponad 20 lat temu wymyślono saszetki z szamponem. Czy oczyszczacz wody za 24 dolary, 10 krotnie tańszy od najtańszego u konkurencji, szczepionkę przeciwko żółtaczce B za 10 centów sztuka zamiast 15 dolarów, czy urządzenia diagnostyczne dla medycyny (wykrywanie gruźlicy) za 200 dol. zamiast 10 tysięcy  itd. itd…

Inwencja Hindusów – przekonuje Tharoor nie dotyczy tylko produktów, także sposobów dostarczania usług dopasowanych do możliwości nabywczych ubogich konsumentów, a nawet rozwiązywania codziennych życiowych problemów dzięki technicznej pomysłowości. Chińczycy walczą o światową dominację pompując pieniądze w infrastrukturę w Afryce i Ameryce Łacińskiej,  kupując złoża i firmy  surowcowe. Hindusi mogliby tworzyć swoją światową potęgę produktami skrojonymi pod możliwości mniej zamożnych konsumentów.

Musieliby jednak stworzyć po temu warunki. Jak przypomniał niedawno Satyajit Das, hinduski finansista i konsultant,  reprezentanci rządu i biznesu Indii ukuli niegdyś powiedzenie: „Indie rosłyby nawet przez sen”. Nie jest to pewne. W końcu przez dziesiątki lat Indie rozwijały się w tempie zaledwie 2 – 3 procent rocznie usiłując powielić sowiecki model centralnego planowania.

Nawet i dziś, po reformach prorynkowych lat 90., „Indie zdominowane są przez państwowe korporacje i wielkie oligarchiczne koncerny prywatne. Brakuje wykwalifikowanych pracowników, a regulacje rządowe są niespójne i dysfunkcjonalne” – pisze Satyajit Das i wylicza kilkanaście niezbędnych reform, które albo są zablokowane w systemie politycznym, albo w ogóle nie zostały podjęte. „Bez szybkich zmian Indie nigdy nie spełnią swoich obietnic pozostając na zawsze „Wielkim Kandydatem” – konkluduje Das.

Piotr Aleksandrowicz


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test