Davos: Jak żyć w świecie po kryzysie

26.01.2013
Dwie piątkowe dyskusje w Davos miały odpowiedzieć na pytanie fundamentalne - jak zapewnić dynamiczny wzrost gospodarczy oraz na pytanie prowokacyjne - czy zero wzrostu i niskie stopy procentowe, to nowa normalność. Było ciekawie.

Min Zhu, wiceprezes MFW


Reem Asaad w trakcie panelu o sposobach zdynamizowania wzrostu gospodarczego ćwierknęła dwa razy na Twitterze: „zachęcić do automatyzacji w branżach o wysokim udziale pracy i rozwinąć edukację techniczną”. A chwilę później: „subsydiować przemysły zatrudniające wielu ludzi i tworzyć w ten sposób miejsca pracy”. Reem Assad jest saudyjską aktywistką praw kobiet i doprowadziła w ubiegłym roku rząd do wydania zakazu pracy mężczyzn w sklepach z bielizną i kosmetykami, co stworzyło – jak szacuje – ok. 20 tysięcy miejsc pracy dla kobiet. Jest więc poniekąd ekspertem od rynku pracy.

Podobna spójność rekomendacji pojawiła się w trakcie panelu. Eric Cantor, republikański kongresman z USA, miał prostą receptę: pozwolić działać rynkom. Lewicowy noblista ekonomiczny Joseph Stiglitz również: szanse daje „zielona gospodarka”, która rozwinie się dzięki wprowadzeniu wysokich cen na emisję CO2.

Pomagać, ale z głową

Bardziej konstruktywne były sugestie Min Zhu, wicedyrektora zarządzającego MFW. Obecny kryzys pracy – mówił – ma nowe cechy. Po pierwsze wydłuża się czas, w którym ludzie są bezrobotni. Po drugie, 40 procent z 220 mln ludzi bez pracy ma mniej niż 24 lata. Dlaczego? System edukacji nie jest dostosowany do potrzeb rynków i pracodawców, przepisy w wielu krajach są sztywne i chronią tych, co już mają pracę, rządy nie przywiązują należytej uwagi do kształcenia zawodowego, uzyskiwania kwalifikacji i przekwalifikowania ludzi, wreszcie rynki usług są pozamykane, więc nie kreują nowych miejsc pracy.

Każdy element diagnozy to konkretna rekomendacja co robić. Problem w tym, że nie są to nowe idee, tylko jakoś opornie idzie ich wdrażanie.

Choć nie wszędzie. Wicepremier Turcji Ali Babacan bardzo treściwie opowiedział o tysiącach młodych ludzi, którzy w jego kraju uzyskali zatrudnienie, dzięki obniżeniu kosztów pracy dla pracodawców. Wprowadzono tam m.in. czasowe finansowanie kosztów ubezpieczenia społecznego, zwłaszcza gdy zatrudniony wychodzi z długotrwałego bezrobocia, ale i wypłatę równowartości 10 dolarów dziennie każdemu bezrobotnemu, który podejmie naukę zawodu.

Zabrzmiało to znacznie konkretniej niż tradycyjnie uprawiane przez Stiglitza łajanie bankierów za podejmowanie nadmiernego ryzyka („nie przekierowaliśmy systemu finansowego, żeby robił to co niego należy”), czy dywagacje Cantora o tym, że ryzyko pozwala na dobrą alokację kapitału, inwestycje i budowanie bogactwa, albo że potrzebne są innowacje, bo one pobudzą wzrost gospodarczy.

„Żeby kogoś zatrudnić, ten ktoś się musi najpierw urodzić” – niespodziewanie podzielił się refleksją na temat starzejących się społeczeństw Europy Vittorio Grilli, minister finansów Włoch. A Stiglitz w podsumowaniu ni tego ni z owego powiedział, że zachęty rynkowe idą w złym kierunku, bo rozwija się robotyzacja, a ona niszczy zatrudnienie. Natomiast wysokie opłaty za emisję byłyby dobrymi zachętami i tworzyły miejsca pracy – bezpieczne, zielone i odnawialne.

Maszyny drukarskie muszą zwolnić

No i dobrze, bądźmy optymistami. W czasie panelu finansistów, którzy mieli odpowiedzieć na podchwytliwe pytanie, czy teraz już zawsze będziemy mieli niskie stopy procentowe i zerowy wzrost, okazało się, że „nowa normalność” nie na tym będzie polegała. A jaka będzie?

Okazało się, że prezesi Deutsche Banku i Bank of America (BofA), prezes Banku Włoch, szef wielkiego funduszu inwestycyjnego Bridgewater, a nawet minister finansów Francji, są ostrożnymi optymistami, co oznacza, że kraje wysokorozwinięte w tym roku zanotują wzrost gospodarczy, a przynajmniej wyjdą, jak eurostrefa, pod koniec roku z recesji. Po czym towarzystwo z rozkoszą zanużyło się w rozważania makroekonomiczne, jak do tego dojdzie. I było to całkiem ciekawe, bo przynajmniej w kilku głosach pojawiły się obawy, czy banki centralne nie przesadziły z pompowaniem pieniędzy.

W dyskusji nawiązywano do tego, co kilka godzin wcześniej powiedział szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi. Otóż wymienił dwa zadania rządów na 2013 rok: po pierwsze nadal konsolidacja finansowa, skoncentrowana na cięciu wydatków bieżących, a nie podwyższaniu podatków czy ograniczaniu inwestycji. Po drugie – reformy strukturalne, podażowe, zwiększające konkurencyjność, eksport i liczbę miejsc pracy. Miejsce EBC Draghi rysował – zdaniem obserwatora z Financial Times – raczej jako pilnującego inflacji.

Paneliści doszli do podobnych wniosków. Anshu Jain (Deutsche Bank) powiedział, że świat za bardzo polega na bankach centralnych. Brian Moynihan (BofA) dodał, że czeka nas (rządy i finansistów) wiele pracy. Ignazio Visco z Banku Włoch stwierdził, że w poprzednim roku banki centralne ratowały, teraz powinny zacząć przygotowywać strategie wyjścia. Z kolei Pierre Moscovici, minister finansów Francji, mówił o konkurencyjności i chwalił się, że koszty pracy zmniejszą się w tym roku we Francji o 4 procent, a w przyszłym o 6 proc.

Banki centralne owszem uratowały świat, zalewając go pieniądzem, ale co się z tymi pieniędzmi stanie, gdzie popłyną, czy nie powstaną nowe bańki cenowe niektórych aktywów?

Ray Dalio, szef funduszu Bridgewater odparł: „Z baniek mamy teraz bańkę gotówki. A gdzie ona popłynie – wszędzie. W inwestycje, nieruchomości, na giełdę, w złoto”. I wydawał się być całkiem zadowolony, bo przecież dziś zwrot z gotówki jest, jak powiedział, „terrible”. Ale przytomnie też powtórzył kilka razy, że skończyła się epoka wzrostu za pożyczone pieniądze. Dług nie może rosnąć szybciej niż dochody, a dochody szybciej niż produktywność.

Li Jiqun z China Investment Corporation patrzył z dystansem na wysokorozwiniętych. Najbardziej życzę w tym roku bankom centralnym, żeby były cierpliwe, żeby nie widząc jeszcze wzrostu gospodarczego, nie pompowały dalej pieniędzy. My daliśmy wielki stymulus w 2009 roku, ale od II kwartału 2011 zacieśniamy politykę pieniężną. Maszyny drukarskie muszą zwolnić.

„Cóż, to będzie wielkie wyzwanie dla banków centralnych, kiedy powycierać (mop up) płynność” westchnął Ignazio Visco – szef Banku Włoch.

Piotr Aleksandrowicz


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test