Demokratyczna klęska Wielkiej Brytanii

26.06.2016
W brytyjskim głosowaniu za opuszczeniem Unii prawdziwym objawem obłędu nie było to, że przywódcy kraju ośmielili się zapytać zwykłych ludzi o zestawienie korzyści z członkostwa wobec presji imigracyjnej. Był nim raczej absurdalnie nisko ustawiony przy wyjściu wymóg jedynie zwykłej większości.

Kenneth Rogoff


Przy frekwencji 70 proc. oznacza to, że zwolennicy wyjścia zwyciężyli przy poparciu tylko 36 proc. uprawnionych do głosowania.

To nie jest demokracja: to rosyjska ruletka w wersji całej republiki. Decyzję o gigantycznych konsekwencjach, o wiele większych niż zmiana konstytucji (której Wielka Brytania w formie pisanej oczywiście nie ma), podjęto bez zastosowania jakichkolwiek mechanizmów hamowania i równoważenia.

Czy postanowiono dla pewności powtórzyć za rok głosowanie? Nie. Czy Brexit ma poparcie większości parlamentarnej? Wygląda na to, że nie. Czy ludność Wielkiej Brytanii naprawdę wie, nad czym głosowała. Absolutnie nie. Nikt właściwie nie wie, jakie mogą być tego konsekwencje dla pozycji Wielkiej Brytanii w globalnym systemie handlu ani jaki może to mieć wpływ na wewnętrzną stabilność polityczną. Obawiam się, że nie będzie to miły obraz.

Warto pamiętać, że obywatele Zachodu korzystają z błogosławieństwa życia w pokoju: okoliczności i priorytety można zmieniać poprzez proces demokratyczny, a nie w drodze wojen prowadzonych z zagranicą czy domowych. Jaki jest jednak – dokładnie – uczciwy proces demokratyczny w przypadku podejmowania nieodwracalnych, określających los narodu decyzji? Czy naprawdę wystarczy dostać 52 proc. głosów, żeby się tak po prostu rozstać?

Większość społeczeństw – ceniąc trwałość małżeństw i mając przekonanie, iż są one rezultatem wyboru – dążącym do rozwodu parom stawia przeszkody większe niż rząd premiera Davida Camerona przy podejmowaniu decyzji o opuszczeniu UE. Tej zabawy nie wymyślili zresztą zwolennicy Brexitu. Jest mnóstwo precedensów, w tym referendum w Szkocji w 2014 roku i w Quebecu w 1995 roku. Dotychczas jednak wisząca na ścianie podczas tych zabaw strzelba nigdy nie wystrzeliła. Teraz to się stało – i przyszła pora, żeby ponownie przemyśleć reguły gry.

Pomysł, że „demokratyczna” musi być każda decyzja podjęta – gdziekolwiek i jakkolwiek – przez większość stanowi wypaczenie tego określenia. Nowoczesne demokracje, dążąc do ochrony interesów mniejszości i uniknięcia spowodowanych niedoinformowaniem decyzji o katastroficznych konsekwencjach, rozwinęły system hamulców i równowagi. Im ważniejsza i mająca trwalsze skutki decyzja, tym wyżej ustawione są poprzeczki.

Właśnie dlatego wprowadzenie – powiedzmy – poprawki do konstytucji wymaga na ogół uporania się ze znacznie większymi przeszkodami niż uchwalenie ustawy budżetowej. Jeśli jednak chodzi o podział kraju, to międzynarodowy standard jest znacznie mniej rygorystyczny niż przy głosowaniu nad obniżeniem wieku upoważniającego do kupowania alkoholu.

Ponieważ Europie zagraża obecnie wysyp głosowań w sprawie rozłamu, pilności nabiera pytanie o to, czy istnieje lepszy sposób podejmowania takich decyzji. Chcąc się dowiedzieć, czy jest jakiś akademicki konsensus w tej sprawie, przeprowadziłem sondaż wśród kilku czołowych uczonych z dziedziny nauk politycznych; niestety, krótka odpowiedź brzmi – nie.

Po pierwsze, choć przy urnie decyzja w sprawie Brexitu mogła się wydawać prosta, to tak naprawdę nikt nie wie, co nastąpi po głosowaniu za wyjściem z UE. Wiemy natomiast, że w praktyce większość krajów przy głosowaniach w sprawach istotnych dla narodu wymaga „większości kwalifikowanej”, a nie zwykłych 51 proc. Nie ma tu powszechnego progu, 60 proc. na przykład, ale istnieje ogólna zasada – i jest to minimum – że ta większość powinna być w sposób oczywisty stabilna. Żaden kraj nie powinien podejmować fundamentalnych, nieodwracalnych decyzji opierając się na nikłej większości, która może przeważyć tylko w okresach trwających krótko emocji. Nawet jeśli gospodarka Wielkiej Brytanii nie wpadnie po tym głosowaniu w wyraźną recesję (osłabienie funta mógłby ten początkowy cios zamortyzować), są wszelkie szanse na to, że u niektórych głosujących za wyjściem spowodowane nim zamieszanie gospodarcze i polityczne wywołają „wyrzuty sumienia nabywcy”.

Decyzję o wyjściu powinno się uzależnić od dwóch referendów, które dzieliłyby co najmniej dwa lata i następującego potem głosowania kwalifikowanego w Izbie Gmin.

Filozofowie od czasów antycznych usiłują obmyślać systemy, które starałyby się zrównoważyć mocne strony rządów większości z potrzebą uzyskania pewności, że w najważniejszych decyzjach więcej do powiedzenia będą mieć uczestnicy dysponujący informacją – nie mówiąc już o tym, że mają uwzględniać głosy mniejszości. W starożytnej Grecji podczas zgromadzeń Spartan głosowanie odbywało się przez aklamację. Ludzie mogli odpowiednio modulować głos, żeby odzwierciedlał on nasilenie ich preferencji, przewodniczący zgromadzeniu urzędnik uważnie się w te głosy wsłuchiwał, a następnie ogłaszał wynik. Był to sposób niedoskonały – ale może lepszy niż to, co się właśnie zdarzyło w Wielkiej Brytanii.

W Atenach, siostrzanym państwie Sparty, stosowano system, będący – według niektórych ocen – najczystszym w historii przykładem demokracji. Wszystkim uprawnionym (ale tylko mężczyznom) przysługiwał jednakowy głos. Ale w końcu, po paru katastrofalnych w skutkach decyzjach wojennych, Ateńczycy dostrzegli potrzebę przekazania większej władzy niezależnym organom.

Co powinna była zrobić (i czego zresztą nie zrobiła) Wielka Brytania, gdy konieczne stało się zadanie pytania o członkostwo w UE? Na pewno powinna dużo wyżej ustawić poprzeczkę: decyzję o wyjściu powinno się na przykład uzależnić od dwóch referendów, które dzieliłyby co najmniej dwa lata i następującego potem głosowania kwalifikowanego (60 proc.) w Izbie Gmin. Gdyby wciąż przeważali zwolennicy Brexitu, byłaby przynajmniej pewność, że nie jest to jednorazowy przejaw nastrojów ułamkowej części mieszkańców.

Brytyjskie referendum wtrąciło Europę w chaos. Mnóstwo zależeć będzie od tego, jak zareaguje na nie świat i jak odbędzie się rekonstrukcja brytyjskiego rządu. Ważne jest tu uważna analiza nie tylko samego wyniku, ale i wiodącego doń procesu. Przy każdym działaniu prowadzącym do redefinicji długotrwałych porozumień w sprawie granic kraju wymagania powinny być znacznie większe niż zwykła większość w jednorazowym głosowaniu. Obecna norma międzynarodowa – zasada zwykłej większości – jest, jak właśnie widzimy, receptą na chaos.

© Project Syndicate, 2016

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test