• Maria Drozdowicz - Bieć

Dlaczego Polacy są biedni choć ciężko pracują

07.11.2013
Z danych Eurostatu i Komisji Europejskiej wynika, że Polacy podnoszą wydajność pracy, ale udział płac w PKB należy do najniższych w Unii Europejskiej i nadal pogarsza się. Pracodawcy tymczasem niechętnie podnoszą wynagrodzenia. Aby pracownicy odczuli wzrost wynagrodzeń, w stopniu zbliżonym do wzrostu swej wydajności, konieczny są: stabilny system podatkowy i większe inwestycje.


W ciągu ostatnich 20 lat Polska była i jest niekwestionowanym liderem w poprawie wydajności pracy. Z danych OECD wynika, że w stosunku do 1993 roku wzrosła ona blisko 2,5 krotnie. Niewiele gospodarek osiągnęło taki rezultat. Obok Polski, jedynie Korea zalicza się do ścisłej światowej czołówki. Wśród europejskich maruderów są Włochy i Hiszpania, ale również Holandia i Dania.

Mimo, iż co roku w ciągu ostatnich 20 lat wydajność polskiego pracownika poprawiała się średnio o 4 proc., to jednak ciągle jesteśmy o około 60 proc. mniej wydajni niż Niemcy, blisko 70 proc. mniej wydajni niż Norwegowie i o połowę mniej wydajni niż średnia dla 27 państw członkowskich UE.

Za wydajnością pracy nie nadążały wynagrodzenia. W ciągu minionych dwudziestu lat wzrost naszych realnych wynagrodzeń w relacji do poprawy wydajności pracy przekładał się w stosunku 1 do 4, co praktycznie oznacza, że aby nasze wynagrodzenia wzrosły o 1 procent, wydajność pracy musiała poprawić się o 4 procent. Przy czym zależność ta nie była stała w kolejnych latach. Najkorzystniejsza dla pracowników były lata 2004 -2007.  W tym okresie relacja pomiędzy tempem zmian realnych wynagrodzeń a zmianami wydajności pracy kształtowała się jak 1 do 1,8.

Czego więc trzeba gospodarce i przedsiębiorcom, by wzrost wydajności pracy przełożył się na wzrost naszych pensji i naszej zamożności? Czy oznacza to, że przedsiębiorcy nie zawsze gotowi są podzielić z pracownikami, zyskami płynącymi z wyższej wydajności?

Najistotniejsze czynniki po stronie pracodawców, determinujące tempo wzrostu wynagrodzeń to:

  • pozapłacowe koszty pracy, gdzie najistotniejsze są podatki od pracy,
  • poziom inwestycji w przedsiębiorstwach oraz
  • chęć utrzymania cenowej konkurencyjności

Podatki związane z pracą obejmują ubezpieczenia emerytalne, rentowe, wypadkowe i odpisy na pracownicze fundusze celowe. W Polsce według wyliczeń Eurostatu w ostatnich dziesięciu latach ich udział w ogólnych kosztach pracy wynosił od 20 proc. do 24 proc., co plasuje nas blisko średniej unijnej. Według wyliczeń przedsiębiorców opodatkowanie pracy w 2012 r., przy dochodach przekraczających pierwszy próg podatkowy czyli kwotę 85 528 zł sięgnęło 32 proc.

Zatrudnianie pracowników o wyższych wynagrodzeniach jest wiec dla pracodawcy znacznie droższe. A to stanowi istotną barierę w podnoszeniu wynagrodzeń i kreowaniu nowych miejsc pracy. Im mniejsza firma, tym udział wynagrodzeń w ogólnych kosztach funkcjonowania jest większy. Stąd wśród małych i średnich firm blisko 80 proc. pracodawców wskazuje opodatkowanie kosztów pracy jako istotną barierę ich rozwoju.

Z punktu widzenia przedsiębiorcy nie tyle jednak poziom opodatkowania jest ważny, co jego zmiana. Nawet niewielki wzrost opodatkowania rujnuje wcześniejsze kalkulacje przedsiębiorcy, redukuje zaplanowaną wysokość zysku, pozwala mniej odłożyć na inwestycje. Jednym słowem sytuacja finansowa firm pogarsza się, co ogranicza możliwość podnoszenia wynagrodzeń.

W Polsce w ciągu ostatnich 20 lat jedynie w latach 2002-2007 bezpośrednie koszty pracy czyli wynagrodzenia rosły szybciej niż całość kosztów pracy. Oznacza to, że w pozostałych latach wzrastały obciążenia podatkowe ponoszone przez pracodawców związane z zatrudnieniem. Mniejsza skłonność do podnoszenia wynagrodzeń i kreowania nowych miejsc pracy wśród przedsiębiorców była więc uwarunkowana rachunkiem ekonomicznym.

Wzrost opodatkowania pracy pozostawia mniej środków do dyspozycji firmy, ogranicza jej zdolność kredytową, a tym samym możliwości inwestowania. A inwestycje to drugi istotny czynnik determinujący zmiany w wysokości wynagrodzeń. Możliwości podnoszenia wydajności pracy bez inwestycji w nowocześniejsze środki produkcji ma swoje naturalne ograniczenia. Można wdrażać lepsze systemy zarządzania, wprowadzać systemy motywowania pracowników czy zatrudniać ludzi o wyższych kwalifikacjach, jednak każda z tych metod jest w naturalny – wynikający z ludzkich możliwości – ograniczona.

Po wyczerpaniu się tych metod jedynym sposobem na ponowny wzrost produktywności jest inwestowanie w nowocześniejsze, wydajniejsze maszyny, urządzenia i technologie. W Polsce inwestycje sektora przedsiębiorstw w relacji do PKB należą do najniższych w regionie. W ciągu ostatnich dziesięciu lat stanowiły one średnio niewiele ponad 10 proc. jego wartości. Więcej inwestują przedsiębiorstwa czeskie, słowackie, estońskie, słoweńskie, węgierskie, a nawet rumuńskie.

W ostatnich latach obserwuje się również niekorzystną tendencję polegającą na wypieraniu inwestycji przedsiębiorstw przez inwestycje rządowe. W latach 2001-2011 inwestycje rodzimych biznesmenów stanowiły średnio 53 proc. ogółu inwestycji. Jeszcze 10 lat temu było to blisko 61 proc., zaś w 2011 roku zaledwie 49 proc. W takich krajach jak Korea, Japonia, Szwecja udział ten przekraczał 65 proc. Wśród państw naszego regionu udział inwestycji przedsiębiorstw w ogóle inwestycji zbliżył się na Słowacji do prawie 70 proc., w Słowenii wyniósł ok. 62 proc. a na Węgrzech – 60 proc.

W ostatnich latach zmniejsza się również udział inwestycji sektora przedsiębiorstw w maszyny i urządzenia, a więc w to, co warunkuje wzrost wydajności pracy i stwarza perspektywy dla wzrostu wynagrodzeń. Jeszcze 10 lat temu inwestycje w maszyny i urządzenia stanowiły 30 proc. inwestycji przedsiębiorstw. W 2012 roku odsetek ten spadł do 26 proc. Na tle państw naszego regionu również wypadamy blado. W nowe maszyny i urządzenia więcej inwestują przedsiębiorcy ze Słowacji i Węgier – 36 proc. ogółu inwestycji, Estonii i Słowenii – 34 proc., Czech – 33 proc.

Istotna również jest powszechność inwestowania. Koncentracja inwestycji jedynie w największych przedsiębiorstwach lub w wybranych branżach, najprawdopodobniej spowoduje wzrost wynagrodzeń w tych firmach, co przełoży się na wysokość średniego wynagrodzenia w kraju, ale jednocześnie wzrośnie dywersyfikacja wynagrodzeń a większość pracowników nie odczuje poprawy w postaci podwyżek. Powszechność inwestowania jest więc kolejnym warunkiem wzrostu wydajności pracy, a w rezultacie wyższych wynagrodzeń pracowników.

Inwestycje sprzyjają również utrzymaniu konkurencyjności cenowej. Rynek producentów sklasyfikowany według udziału wartości dodanej w wytwarzanych produktach ma kształt piramidy. U jej podstawy znajdują się producenci towarów najmniej przetworzonych o niskim udziale wartości dodanej i najsilniejszej konkurencji. W miarę przesuwania się na kolejne piętra piramidy, konkurencja maleje. Aby wspinać się ku górze konieczne są jednak inwestycje.

Aby więc pracownicy odczuli wzrost wynagrodzeń w stopniu zbliżonym do wzrostu swej wydajności, konieczny jest stabilny system podatkowy, zwłaszcza w części dotyczącej opodatkowania pracy; niezbędny jest ciągły proces inwestowania w maszyny i urządzenia zwiększające i unowocześniające potencjał wytwórczy firm, który nabierze charakteru powszechnego bez względu na wielkość i branżę.

Autorka jest doktorem habilitowanym nauk ekonomicznych warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej. Pod jej kierunkiem publikowane są analizy w Biurze Inwestycji i Cykli Ekonomicznych BIEC.


Tagi


  • Tomasz Urbaś pisze:

    Dlaczego Polacy są biedni mimo że pracują za dwóch?
    1. Za niskie inwestycje produkcyjne (temat poruszony w artykule), ale i za niskie oszczędności. Niewielka stopa oszczędności skutkuje brakiem możliwości rozkręcenia gospodarki bez jej przegrzania. W Polsce stopa oszczędności wynosi ok. 18-19 % PKB. W wzrost gospodarczy w ostatnich 2 dekadach 4 % PKB rocznie. W krajach na ścieżce szybkiego wzrostu (rzędu 10 % PKB, Japonia, Korea Pd, Irlandia, Chiny) stopa oszczędności inwestycji przekraczała 30 % PKB.>>>>>
    2. Za słaby postęp techniczny. Nakłady na B+R wynoszą ok. 0,74 % PKB. U światowych liderów sięgają 3-4 % PKB. >>>>>
    3. Za niski kapitał ludzki. Osoby wykształcone uciekają z Polski. Udział wydatków na naukę w PKB 0,3 %. >>>>
    4. Niefektywność wykorzystania istniejących zasobów – wolność i konkurencyjność tamowana przez biurokracje – Polska w czwartej dziesiątce rankingów konkurencyjności np. http://www3.weforum.org/docs/WEF_GlobalCompetitivenessReport_2013-14.pdf >>>>
    Każdy z tych elementów wpływa na PKB per capita i jego dynamikę, a zatem i na realne wynagrodzenia.

  • MS pisze:

    Szanowna Pani Profesor: proces, który Pani opisuje (spadający udział płac w PKB) nie ogranicza się do Polski. Konkretnie – ten sam proces miał miejsce w 26 na 30 państw OECD. Należy również podkreślić, że z podstawowych zależności tożsamościowych wynika, że systematycznemu spadkowi udziału płac w PKB odpowiada rosnący udział zysków w PKB. Powszechność zjawiska dotykającego państwa o różnych instytucjach rynku pracy, systemach podatkowych czy poziomie inwestycji sugeruje wpływ czynników o znacznie szerszym zakresie niż Pani prezentuje. Dotyczy on również większości sektorów. Nie istnieje jeszcze konsensus wśród ekonomistów dotyczących przyczyn owego zjawiska. Np. raport ILO (rozdział 5) wskazuje m.in. na zmianę technologiczną, globalizację, rosnące znaczenie rynków finansowych czy spadek siły przetargowej pracowników. Link: http://www.ilo.org/wcmsp5/groups/public/—dgreports/—dcomm/—publ/documents/publication/wcms_194843.pdf. Argument dotyczący inwestycji jest dalece nieprzekonywujący. Skoro rozważamy problem nienadążania wzrostu wynagrodzeń za wzrostem produktywności pracy, to w jaki sposób wzrost inwestycji ma zmniejszyć tę lukę? Inwestycje zwiększą produktywność pracy, ale zostaniemy z tym samym problemem co uprzednio. Co więcej, spadek udziału płac w PKB – ceteris paribus – zwiększa stopę inwestycji w krajach strefy euro (zob. raport ILO). Nie skutkuje to zmianą trendu opisywanego przez panią procesu.

  • MS pisze:

    Przytoczone przeze mnie dane dotyczą spadku udziału płac w PKB dotyczą lat 1990-2009. Jeszcze errata do ostatniego zdania: „Nie skutkuje to zmianą trendu opisywanego przez Panią procesu.”

  • jogi pisze:

    Polacy są biedniejsi ponieważ nie wszyscy pracują ciężko mamy dużą grupę ludzi którzy korzystają z ogromnych przywilejów emerytalnych (górnicy,mundurowi). Utrzymanie kilku uprzywilejowanych grup społecznych wymusza na Polsce wysokie opodatkowanie pracy. Pracownik który zarabia 1181 zł netto kosztuje pracodawcę 1931 zł, gdyby różnicy nie zabierało państwo sytuacja finansowa tego człowieka byłaby znacznie lepsza.

  • makel pisze:

    Z artykułu można wywnioskować, że konkurencyjność Polski i wzrost gospodarczy wynika najczęściej po prostu z niskich płac i niczego więcej. Taka przewaga jest najczęściej domeną krajów tzw. „Trzeciego Świata”. Konkluzję tę wzmacniają, niskie inwestycje przedsiębiorstw. Wobec tego kolejnym pytaniem powinno być: dlaczego przedsiębiorcy tak mało inwestują?

  • Tomasz Urbaś pisze:

    @ makel Niskie płace są skutkiem za niskich inwestycji w relacji do PKB. Mamy zbyt mało nowoczesnych fabryk, maszyn, technologii.

  • Tezcatlipoca2013 pisze:

    „udział płac w PKB należy do najniższych w Unii Europejskiej i nadal pogarsza się” – to jest statystyczny dowód na budowę oligarchicznego państwa o gospodarce kolonialnej.

  • Kowal pisze:

    @MS: Bardzo słuszny komentarz.

    W artykule niepotrzebnie pomieszano dwa tematy: 1. dlaczego płace w Polsce są niższe niż w krajach wysoko rozwiniętych – tu między innymi możemy obwiniać system podatkowy i niską stopę inwestycji, 2. dlaczego dynamika (podkreślenie) płac w Polsce jest niższa niż dynamika wydajności pracy – znacznie głębszy problem i rzeczywiście obserwowany w większości krajów rozwiniętych, co oznacza, że przedstawiona w artykule argumentacja nie może na pewno objaśniać tego zjawiska.

  • seth pisze:

    @Tomasz Urbaś

    A dlaczego mamy za mało? Bo prywatnych właścicieli interesują tylko zyski które w Polsce są głównie transferowane za granicę.
    W zamian za łaskę danie pracy ludziom firmy dostają ulgi, zwolnienia, preferencje co praktycznie tylko zwiększa ich zyski. A przysłowiowy Pan kowalski dostaje te swoje 2000zł i tyle.

  • Aleksander Piński pisze:

    Pracodawcy nie podnoszą pensji, chociaż mogliby ze względu na wzrost produktywności, dlatego że jest wysokie bezrobocie. Po co mają płacić więcej, skoro i tak przy obecnych pensjach mają wystarczająco chętnych? Ostatnio jedna z gazet podawała, że 900 osób stało w kolejce od 4 rano by otrzymać prace w supermarkecie E. Leclerc w Nowym Sącz z pensją minimalną. Co ciekawe, udział płac w PKB wynosi w Polsce 53 proc. a w Korei Południowej 72 proc. a kiedy mieli taki PKB jak Polska to sięgał 80 proc. Ale bezrobocie tam wynosi tylko 3 proc. To oznacza, że gdybyśmy wybrali taki model rozwoju jak Korea Południowa to przy tym poziomie PKB średnia płaca w Polsce sięgałaby 6 tys. zł.

  • Maria Drozdowicz-Bieć pisze:

    Dziękuję za wszystkie wpisy. Odniosę się do paru najważniejszych moim zdaniem spraw. Kwestia związku z oszczędnościami i innych spraw poruszonych przez Pana Urbasia: Nic dodać nic ująć. Niskie inwestycje, bo niskie oszczędności, bo małe nakłady na B+R, więc niskie wynagrodzenia, słaba innowacyjność, wysoka migracja najzdolniejszych i najaktywniejszych. Jednym słowem kwadratura koła. Tylko że trzeba ją przerwać, czyli stworzyć takie warunki systemowe, żeby chciało i opłacało się inwestować. Sprawa ogólnej tendencji spadku udziału płac (wpis MS). Generalnie dla wysokorozwiniętych gospodarek w długim okresie ten udział spadał (Niemcy, Szwecja, Luksemburg) choć nie wszędzie, we Francji, Dani, Szwajcarii, Finlandii – rósł. We wszystkich krajach doganiających a w szczególności w krajach naszego regionu relacja płac do PKB rosła bardzo szybko. Na tym polega doganianie. To że u nas tego wzrostu nie było to między innymi konsekwencja słabego inwestowania. Mam wrażenie, że Polska jest przykładem kraju gdzie w ciągu ostatnich 20 lat dynamika inwestycji w kapitał ludzki wyprzedziła dynamikę inwestycji w kapitał rzeczowy. Dlaczego nasi przedsiębiorcy nie chcą inwestować (makel) – o uwarunkowaniach systemowych wspomniałam w artykule. Prócz tego mam wrażenie, że przynajmniej u części przedsiębiorców sektora MŚP, działających na lokalnych rynkach dominuje swego rodzaju mentalność – jeśli ja moje dzieci i wnuki są zabezpieczone finansowo a interes się kręci, to nie ma potrzeby jakiejkolwiek ekspansji. Po części wynika to ze zbyt słabej konkurencji. Co do utrzymywania uprzywilejowanych grup społecznych (jogi), to w zupełności się zgadzam, natomiast w kontekście inwestycji to są zupełnie nieporównywalne kwoty.

  • golem pisze:

    Nie inwestuja, bo nie musza. Wykorzystuja tania sile robocza i uzyskuja odpowiedni poziom renty od posiadanego kapitalu.po prostu nie musza sie specjalnie starac….

  • Tomasz Urbaś pisze:

    @10/10 „Jednym słowem kwadratura koła. Tylko że trzeba ją przerwać, czyli stworzyć takie warunki systemowe, żeby chciało i opłacało się inwestować.” Oczywiście, tę kwadraturę koła trzeba przerwać – ucieczka do przodu. Pomysły przedstawiłem w „Zamożność Polaków”. Proszę redakcję o troszkę wyrozumiałości w przypadku tej kryptoreklamy :-D

  • Tezcatlipoca2013 pisze:

    @Maria Drozdowicz-Bieć Sądzę, że w ostatnich latach zmarnowano okazję przerwania zamkniętego kręgu niskich nakładów na naukę i B+R. Obecny system wprowadzany w szkolnictwie wyższym to system pasywny, responsywny i pozbawiony aktywnej polityki naukowej skorelowanej z potrzebami gospodarki. Obłęd parametryzacji sprzęgniętej z publikacjami w zachodnich czasopismach (coverage Web Of Science to około 70% czasopisma amerykańskie) powoduje kompletnie błędne skanalizowanie aktywności badawczej. Jednoczesne utrzymanie archaicznych habilitacji i profesur tytularnych doprowadziło do sytuacji, w której awans formalny w strukturach szkół wyższych jest ruletką. Wszystko zależy na jakich recenzentów kandydat trafi. Na entuzjastów bibliometrii, dla których poza sumarycznym impact factorem (sic!) nic nie istnieje, czy na skamieliny naukowe, dla których z kolei liczą się wyłącznie opinie tzw. środowiska (czytaj: układy mafijne w stylu wrocławskim vide Adam J. i afera z defraudacją funduszy badawczych). Efekt tego jest taki, że główny element badawczy skupiony w szkołach wyższych (bo zaplecze B+R fabryk autentycznie polskich, a nie jedynie montowni, przestało istnieć wraz z przemysłem maszynowym, elektronicznym, precyzyjnym i optycznym) jest jak silnik wyjęty z samochodu. Ile paliwa się wleje tyle przepali, a jedyny zysk z tego jest taki, że dostarczamy opracowania dla zachodniej gospodarki vide kuriozalne finansowanie udziału fizyków w CERN. Ile z tego finansowania jest korzyści dla kraju? Nic!

  • jknf pisze:

    chyba nie każdy wysiłek można nazwać pracą. Praca to wytwarzanie wartości. Jaką wartość wytwarza armia kilkuset tysięcy urzędników państwowych? i jaką – armia kilkuset tysięcy anty-urzędników zatrudnionych w firmach, również prywatnych? Ludzie pracujący a nie tylko męczący się muszą utrzymać tych zamęczonych ale nie pracujących. Druga kwestia to organizacja pracy, bardzo często zła z powodu niekompetencji zarządzających – brak elit na poziomie, to także źródło marnotrawstwa.

  • Henryk Lewandowski pisze:

    Bardzo interesująca analiza, ale nie znajduję w niej najważniejszej relacji, mianowicie poziomu wynagrodzeń za pracę do poziomu kosztów utrzymania (chociażby szacowanych przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych lub proponowaną przeze mnie uproszczoną metodą, opartą na faktach, czyli na normach spożycia i cenach (jest opisana na blogu KOSZTY UTRZYMANIA RODZINY PRACOWNICZEJ)).
    Poza tym zwracam uwagę, iż tempo wzrostu wydajności pracy zależy także od poziomu, z którego gospodarka startuje. Porównywanie wzrostu wydajności u nas ze wzrostem wydajności np. w Niemczech jest rażącym nieporozumieniem.

  • POKER pisze:

    Dlaczego Polacy są biedni choć ciężko pracują?

    Dlatego ze glosuja od 25 lat na tych samych ludzi!

Dodaj komentarz


+ cztery = 13

Popularne artykuły

Related Posts


Artykuły powiązane