• Wojciech Sabat

Edukacja ekonomiczna ograniczy demokrację obrazkową

04.08.2013
Ludzi głęboko zaciekawionych ekonomią jest w Polsce dwa razy mniej niż geniuszy nadających się do Mensy - wynika z raportu „Stan wiedzy finansowej Polaków” Fundacji Kronenberga. Byłaby to może wiadomość optymistyczna, gdyby nie to, że do Mensy może dołączyć tylko 2 proc. populacji. Artykuł wyróżniony w konkursie Obserwatora Finansowego "Gdyby to zależało ode mnie, to..."

(CC By NC Cayusa)


Czy ekonomia jest mało ciekawa? Być może. Bez względu na odpowiedź, dorosły człowiek musi mieć znaczną wiedzę z zakresu tej nauki, aby świadomie głosować w wyborach.

Brak wiedzy wodą na młyn dla populistów

Upowszechnienie wiedzy ekonomicznej jest w kraju demokratycznym ważne, ponieważ obywatele decydują o wyborze władz, a z kolei władze nadają kierunek polityce gospodarczej. Jeśli 62 proc. Polaków ma małą wiedzę ekonomiczną (sami tak uważają), to w nieuchronny sposób są podatni na demagogiczne hasła polityków.

Chodzi zwłaszcza o to, że osoby z małą wiedzą ekonomiczną prawdopodobnie nie potrafią zweryfikować realności i sensowności obietnic kandydatów ze względu na nieznajomość pojęć. Większość ankietowanych uważa, że lepsza znajomość reguł rządzących życiem gospodarczym nie byłaby dla nich przydatna lub nie ma zdania w tej kwestii. Smutnym dopełnieniem jest fakt, że najmniejszy głód wiedzy ekonomicznej mają osoby, które według własnej oceny są słabe z ekonomii.

Partie zauważyły, że nie muszą się przejmować wiarygodnością swoich obietnic i że w zasadzie nie muszą ich składać – stąd na billboardach wyborczych pojawia się tylko uśmiechnięta twarz kandydata, slogan wyborczy będący majstersztykiem pustosłowia i numer listy. Taki sposób komunikacji z wyborcami jest niczym innym jak demokracją obrazkową.

Otóż Polacy deklarują w teorii największe poparcie dla progresji podatkowej (51 proc.). Z kolei na konkretne pytanie „Marek zarabia 4000 zł, a Piotr 2000 zł. Jaką kwotę podatku powinien zapłacić każdy z nich?” tylko 26 proc. odpowiedziało, że Marek powinien zapłacić 600 zł, a Piotr 200 zł (pozostałe warianty to: 400/200 zł (podatek liniowy) i 200/200 zł (podatek pogłówny). Ogółem 46 proc. badanych udzieliło niekonsekwentnych odpowiedzi na pytania o sprawiedliwe podatki. Rodzi to pewną wątpliwość: jak Polak może być zadowolony z władz, jeśli sam nie wie, czego chce?

Warto zauważyć, że Polacy nie powinni czuć się mniej świadomymi ekonomicznie niż na przykład Niemcy. W Niemczech – kraju znacznie zamożniejszym od Polski – wiedza ekonomiczna obywateli także pozostawia wiele do życzenia. Taki wniosek wysnuli w zeszłym roku badacze z Politechniki w Dreźnie po analizie wyników testu wiedzy ekonomicznej. Ale słabości innych nie mogą być wytłumaczeniem naszej bierności.

źródło: „Stan wiedzy finansowej Polaków”, raport Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy, Dom Badawczy Maison, wrzesień 2009

 

Wspólny interes

Należy uznać wykształcenie obywateli w dziedzinie ekonomii za wspólny interes i prowadzić państwowe egzaminy z ekonomii z nagrodą pieniężną za zdanie. Kluczowe jest wydanie ze środków budżetowych podręcznika ekonomii napisanego przystępnym językiem i bogatego w przykłady, który byłby dostępny jako e-book, audiobook, film video i książka papierowa. We wszystkich formach byłby rozpowszechniany nieodpłatnie.

Ten podręcznik nie powinien przekraczać 100 stron formatu A5 (lub 50 stron A4) i na jego podstawie opracowano by testowe pytania egzaminacyjne. W podręczniku byłoby miejsce na wyjaśnienie między innymi działania systemu emerytalnego, podatkowego, opieki zdrowotnej i podstawowych pojęć ekonomicznych takich jak inflacja.

Ważne jest odrzucenie mitu, że konkursy z ekonomii dla uczniów w znaczący sposób pomogą w kształtowaniu świadomości ekonomicznej młodzieży. W olimpiadach przedmiotowych bierze udział wąska grupa wybitnych uczniów – pasjonatów i osób gotowych do wytężonej, samodzielnej pracy z literaturą przedmiotu.

Według ubiegłorocznego badania PZU i Fundacji Młodzieżowej Przedsiębiorczości młodzi Polacy chcieliby czerpać wiedzę o ekonomii głównie od nauczycieli. W rzeczywistości najwięcej dowiadują się o niej z mediów, szkołę wymieniając dopiero na piątym miejscu. W liceum naucza się co prawda podstaw przedsiębiorczości, ale należą one niestety do najmniej poważanych przez uczniów przedmiotów. Ten przedmiot można by znakomicie zastąpić ekonomią i jednocześnie wprowadzić obowiązkową maturę z ekonomii, aby w wystandaryzowany sposób sprawdzać opanowanie materiału.

Z programem nauczania ekonomii trzeba być jednak ostrożnym. Dobry ekonomista to nie taki, który umie przedstawić zależności ekonomiczne na wykresach i z pasją liczy pochodne. Chodzi raczej o to, żeby wiele dostrzegał, gdyż jak pisał wybitny francuski ekonomista Frederic Bastiat: „Między złym a dobrym ekonomistą istnieje tylko jedna różnica: pierwszy poprzestaje na skutku widocznym, drugi zaś bierze pod uwagę zarówno skutek, który widać, jak i skutki, które należy przewidzieć”.

Przez trzy lata liceum z pewnością można doprowadzić do wykrystalizowania się takich poglądów ekonomicznych u młodego człowieka, które będą czymś więcej niż naiwnym powtarzaniem ideologicznych haseł albo twierdzeniami głęboko sprzecznymi wewnętrznie, tak jak wspomniane już poglądy Polaków co do najbardziej sprawiedliwego systemu podatkowego. I naprawdę bardziej chodzi o to, żeby maturzysta rozumiał co to znaczy „podatek progresywny” niż czym są „dobra komplementarne”.

Nie potrzebujemy rewolucji kadrowej w szkołach średnich, aby osiągnąć nakreślony cel. Droga do zawodu nauczyciela ekonomii dla osób obecnie uczących podstaw przedsiębiorczości mogłaby polegać na krótkich, co najwyżej rocznych studiach podyplomowych albo na zdaniu specjalnego egzaminu potwierdzającego przygotowanie. Egzamin taki obejmowałby szerszy materiał niż ten dla ogółu obywateli i byłby bardziej szczegółowy. Liczba godzin ekonomii w liceach mogłaby być równa obecnej liczbie godzin podstaw przedsiębiorczości, więc zwiększenie zatrudnienia nie byłoby konieczne.

Poza tym istnieje jeszcze bezkosztowe rozwiązanie doraźne. Polega ono na wykorzystaniu bezspornej siły mediów, zwłaszcza publicznych. Aż dziwne, że od lat zapraszają one w przeważającej mierze tych samych ekspertów ekonomicznych z uczelni i świata biznesu. Obserwacja wskazuje, że dziennikarze sięgają przede wszystkim po osoby najbardziej medialne, z rzadka próbując odnaleźć innych specjalistów, na przykład takich skupionych do tej pory tylko na pracy naukowej. Czyż nie jest najważniejszym zadaniem dla dziennikarza szukać prawdy, a więc i najlepszych ekspertów? Uderzająca jest też nadreprezentacja specjalistów z Warszawy kosztem reszty kraju, co prowadzi do zubożenia debaty ekonomicznej w mediach.

Nie jest jednak tak, że tylko dziennikarze są winni. Potrzebne jest wprowadzenie i wypromowanie pojęcia społecznej odpowiedzialności wykładowców ekonomii. Jeśli profesor ogląda telewizję i ma przekonanie, że widzi ewidentne niedociągnięcia lub – co gorsza – świadomą manipulację i demagogię ekonomiczną, ma prawo i obowiązek zareagować listem do redakcji, komentarzem dla danego medium albo artykułem publicystycznym.

Polscy wykładowcy niestety wciąż rzadko wyświadczają tego rodzaju przysługę społeczeństwu. Dobry przykład społecznej odpowiedzialności ekonomisty dał prof. Leszek Balcerowicz, żądając w 2011 roku debaty z ministrem Rostowskim o obniżeniu składki do OFE. Namawianie innych wykładowców do aktywności medialnej jest swego rodzaju zaszczytnym obowiązkiem dla największych autorytetów polskiej ekonomii – takich jak prof. Balcerowicz, prof. Kołodko czy prof. Rybiński. I należy takie osoby po prostu prosić o energiczne i konsekwentne namawianie innych naukowców do aktywności medialnej dla wspólnego dobra.

Gdyby jednak takie zachęcanie przez autorytety okazało się mało skuteczne, należałoby ufundować państwową nagrodę dla Społecznie Odpowiedzialnego Ekonomisty Roku. Byłoby to wyróżnienie dla ekonomistów, którzy wcześniej nie byli aktywni w mediach, a w danym roku najgorliwiej zwalczali demagogię ekonomiczną w środkach masowego przekazu. Nawet milion złotych nagrody nie byłby zbyt wielką nagrodą, ponieważ w decyzjach polityków często chodzi o kwoty miliardowe.

Uratować bilion

Straty wynikające z obecnego stanu wiedzy ekonomicznej Polaków są trudne do oszacowania. Ale możemy spróbować: w 2013 roku planowane dochody budżetu państwa w Polsce to ok. 300 mld złotych. Wybór nie-populistów na jedną kadencję parlamentu to uchronienie w przybliżeniu kwoty 1,2 biliona złotych od wpływu populistów. I potężny cios w demokrację obrazkową.

Trzeba też przyznać – niestety nieco ironizując – że obojętność Polaków wobec zagadnień ekonomicznych świadczy o zamożności naszego kraju. Bo czy biedny kraj stać na poważne ryzyko nierozsądnego rozdysponowania tak dużej sumy?

Autor jest studentem studiów magisterskich na kierunku finanse i rachunkowość w Szkole Głównej Handlowej.

 

Bibliografia:

1. Raport Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy, Stan wiedzy finansowej Polaków, Dom Badawczy Maison, wrzesień 2009.

2. Wobker I., Lehmann-Waffenschmidt M., Gigerenzer P., Kenning G., What do people know about the economy? A test of minimal economic knowledge in Germany, Dresden Discussion Paper Series in Economics [online], 3/2012,

3. A. Grabek, Finansowi analfabeci, dostęp: 4.07.2013r.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test