Edukacja kosztuje

01.09.2017
Edukacja to dziś jedno z najważniejszych zadań państwa, podstawowy problem rodzin mających dzieci w wieku szkolnym i istotny kłopot dla przedsiębiorców szukających odpowiednio kwalifikowanych pracowników.


Dla państwa to przede wszystkim wielki wysiłek finansowy i organizacyjny, a także sposób na integrację społeczeństwa. Rodziny interesują się edukacją swoich dzieci, wybierając dla nich ścieżkę kariery. Przedsiębiorców-pracodawców interesuje przede wszystkim to, by system edukacji kształcił osoby dające sobie radę na rynku pracy.

Interesariuszy systemu edukacji jest więcej. Są nauczyciele broniący swojej pozycji zagwarantowanej Kartą Nauczyciela, autorzy i wydawcy podręczników, organizatorzy społecznych i prywatnych szkół podstawowych i średnich. Ich interesy są często sprzeczne, a kompromis, czyli obecny system edukacji, daleki jest od doskonałości.

Kłopot dla gmin

W roku 2016 na edukację, wychowanie i opiekę państwo wydało 61,6 mld zł. To więcej niż suma wydatków na obronę, bezpieczeństwo wewnętrzne i wymiar sprawiedliwości – trzy podstawowe funkcje tradycyjnego państwa. Edukację państwo uznało za jedną ze swoich funkcji dopiero pod koniec XIX wieku – najpierw w Wielkiej Brytanii, potem w innych krajach. Dziś wydatki na edukację to jedna z najważniejszych pozycji budżetu.

W relacji do PKB wydatki na edukację, wychowanie i opiekę maleją od kilku lat. W roku 2016 było to 3,3 proc. PKB w porównaniu z 3,7 proc. w roku 2015 i 4 proc. w roku 2013. Relatywny spadek wydatków na edukację, wychowanie i opiekę wynika ze zmiany struktury demograficznej. Wahania demograficzne trwające w Polsce od ponad 60 lat stanowią duży problem. Po rocznikach wyżu nadchodzą roczniki niżu demograficznego. Wiele budynków szkół zbudowanych w latach 60. XX wieku w ramach akcji „1000 szkół na tysiąclecie” jest dziś wykorzystywanych do innych celów.

We wrześniu do pierwszych klas szkół podstawowych pójdą dzieci urodzone w roku 2010 lub (mniejsza część) 2011. To roczniki małego wyżu, który zaczął się w roku 2006 i był echem większego wyżu z lat 80. XX wieku. Echo nie było silne, jego kulminacja przypadła na rok 2009. Niemniej rocznik 2010 jest o 50 tys. liczniejszy niż rocznik 2003, a kolejne następujące po nim są o kilkanaście tys. osób mniej liczne. Najliczniejszy obecnie rocznik – urodzeni w roku 1983 (674 280 osób) – już od kilku lat jest na rynku pracy.

Wahania demograficzne są kłopotem przede wszystkim dla jednostek samorządu terytorialnego, gdyż to na samorządach spoczywa obowiązek organizacji edukacji, na co otrzymują subwencję oświatową z budżetu centralnego, proporcjonalną do liczby uczniów. Gdy do szkół wchodziły roczniki wyżów demograficznych, brakowało sal i nauczycieli, którzy brali godziny nadliczbowe. Dziś wielu pedagogów ma problemy z wypełnieniem pensum.

Ustawa nakłada na samorządy terytorialne (jednostki samorządu terytorialnego, czyli JST) zadania własne w zakresie organizowania oświaty. Zadaniem gmin jest zakładanie i prowadzenie publicznych przedszkoli, w tym specjalnych, z wyjątkiem szkół specjalnych. Natomiast do zadań własnych powiatu należy zakładanie i prowadzenie:

  • publicznych szkół podstawowych specjalnych i gimnazjów specjalnych,
  • szkół ponadgimnazjalnych,
  • szkół sportowych, placówek kształcenia ustawicznego, praktycznego i innych, a także poradni psychologiczno-pedagogicznych, a także zapewnienie odpowiednio obowiązku szkolnego dzieciom i młodzieży z upośledzeniem umysłowym oraz niepełnosprawnym.

W 2016 roku JST otrzymały na wykonywanie zadań oświatowych dotację oświatową w wysokości 41 mld 496 mln 901 tys. zł. (na rok 2017 przewidywana jest dotacja oświatowa 41 mld 909 mln 536 tys. zł). Prawie 4,3 mld zł budżet wydaje na edukację poza subwencją oświatową, np. na utrzymanie kuratoriów i kształcenie nauczycieli. Subwencja oświatowa finansuje niespełna 80 proc. wydatków bieżących przeznaczonych na realizację zadań oświatowych JST (z wyłączeniem przedszkoli ogólnodostępnych i dowożenia uczniów). Resztę samorządy muszą finansować z innych źródeł.

Subwencja na jednego ucznia wynosi 5331 zł i jest dzielona według rodzajów szkół i grup wiekowych uczniów. Jeżeli liczba uczniów maleje – bo wchodzimy w niż demograficzny lub młodzi ludzie opuszczają gminę – subwencja maleje, ale koszty edukacji, które pokrywa gmina lub powiat – niekoniecznie.

Wydatki na przedszkola mają być realizowane z pozostałych dochodów jednostek samorządowych, a nie z subwencji. Jak pokazują statystyki, te wydatki stale rosną m.in. w związku z upowszechnianiem wychowania przedszkolnego (obowiązek dla pięciolatków). Wydatki na przedszkola pochłaniają ponad 10 proc. wszystkich wydatków JST na oświatę. W ubiegłym roku minister finansów uruchomił z rezerwy środki w łącznej wysokości ponad 1,5 mld zł z przeznaczeniem na udzielenie gminom dotacji celowej na utrzymanie przedszkoli. W budżecie na rok 2017 na zwiększenie dostępności do wychowania przedszkolnego zarezerwowano 1374 mln zł.

Obowiązkiem gminy jest także zapewnienie bezpłatnego transportu i opieki w czasie przewozu dziecka lub zwrot kosztów przejazdu dziecka i opiekuna środkami komunikacji publicznej, jeżeli dowożenie zapewniają rodzice. To zadanie gminy muszą sfinansować same.

Część kosztów nowej reformy edukacji spadnie na JST. Ile będzie kosztowała, przekonamy się dopiero w najbliższych miesiącach i latach. Wiadomo, że dla części budynków po likwidowanych gimnazjach trzeba będzie znaleźć inne zastosowanie. Jakaś grupa nauczycieli straci pracę, a koszty odpraw obciążą gminy i powiaty.

Główna część kosztów edukacji to wynagrodzenie nauczycieli. Średnie (mediana) wynosi 3387 zł brutto miesięcznie. Co drugi nauczyciel otrzymuje pensję od 2697 zł do 4168 zł. 25 proc. najgorzej wynagradzanych nauczycieli zarabia poniżej 2697 zł brutto. Na zarobki powyżej 4168 zł brutto może liczyć grupa 25 proc. najlepiej opłacanych nauczycieli (dane Sedlak & Sedlak). Wynagrodzenia nie są więc oszałamiające, ale samorządy, dla których stanowią one koszt, narzekają na nadmierne przywileje wynikające z Karty Nauczyciela, np. roczny płatny urlop przysługujący raz w trakcie kariery zawodowej i niskie pensum.

Rodzice płacą za lepszą edukację

Według badań budżetów domowych gospodarstwa przeznaczają na edukację zaledwie 0,9 proc. wszystkich wydatków. W rodzinach pracowniczych jest to 1,2 proc., a w grupie pracujących na własny rachunek 1,5 proc. Te wskaźniki są zaskakująco niskie i aż trudno uwierzyć, by były prawdziwe, zważywszy na dobrze prosperujący rynek prywatnych korepetycji oraz funkcjonowanie licznych niepublicznych szkół, w których miesięczne czesne wynosi ok. 1000 zł.

Rynek korepetycji to w dużej mierze szara strefa, której wielkość można jedynie szacować w przybliżeniu. Minister edukacji Anna Zalewska publicznie stwierdziła, że wydatki rodzin na korepetycje wynoszą ok. 4 mld zł. Oznaczałoby to, że koszty korepetycji to ponad 6 proc. tego, co na edukację przeznacza państwo.

Według danych największego polskiego serwisu z ogłoszeniami o korepetycjach e-korepetycje.net najczęściej ogłaszają się nauczyciele języka angielskiego i matematyki oraz chemii. Cena za godzinę wynosi w zależności od miejscowości i przedmiotu od 20 do 50 zł, choć oczywiście zdarzają się oferty wychodzące poza te widełki.

Zgodnie z prawem nauczyciele – zarówno zawodowi, jak i np. studenci – powinni dochody z korepetycji zgłosić do urzędu skarbowego. Prywatny korepetytor nie musi zakładać działalności gospodarczej, wystarczy tylko, że będzie co miesiąc wpłacał zaliczkę na podatek dochodowy i złoży roczne zeznanie podatkowe PIT-36, w którym wykaże przychody z tytułu takiej działalności i wpłacone zaliczki na podatek. Stawka podatku wynosi 18 proc.

Oprócz prywatnych korepetycji wiele rodzin wykupuje dla swych dzieci lekcje w szkołach językowych. Ten rynek szacowany jest na ok. 2 mld zł rocznie. Biegła znajomość języka angielskiego uważana jest dziś za warunek konieczny (choć niewystarczający) zdobycia dobrej pracy. Zresztą bez znajomości języków trudno posługiwać się internetem, najważniejszym dziś źródłem informacji.

Bogatsze rodziny uznają, że najlepszym sposobem na zapewnienie dziecku dobrego startu w dorosłe życie jest edukacja w szkole niepublicznej. Według Centrum Badań nad Uprzedzeniami w 2014 roku 48 proc. Polaków wyżej oceniało szkoły niepubliczne, a 36 proc. szkoły publiczne. Co szóste liceum dla młodzieży w Polsce to szkoła niepubliczna. Chodzi do nich tylko czterech na stu licealistów, gdyż zazwyczaj są to kameralne placówki, z klasami mniej licznymi niż w szkołach publicznych. Szkoły niepubliczne różnią się między sobą. Są szkoły prywatne zakładające osiąganie zysków i społeczne działające na zasadzie non profit, jak np. szkoły Społecznego Towarzystwa Oświatowego, które ma 28 liceów.

Najdroższe są szkoły zagraniczne działające w Polsce. Na przykład w International American School roczne czesne wynosi od 32 tys. zł do 51 tys. zł, w zależności od klasy. Czesne w szkołach niemieckiej i francuskiej – to ponad 20 tys. zł rocznie. Za naukę w najlepszych warszawskich szkołach społecznych trzeba zapłacić około 10 tys. zł rocznie; poza Warszawą jest zdecydowanie taniej, czesne wynosi około 2–6 tys. zł. Stosunkowo niedrogie są szkoły katolickie; często także oferują one miejsca w internacie.

Dla rodzin mniej zamożnych prywatne korepetycje i niepubliczne szkoły są poza zasięgiem finansowych możliwości. Z początkiem roku szkolnego i tak mają relatywnie duże wydatki na podręczniki i pomoce szkolne. Jak wynika z badania Barometru Providenta, na wyprawkę szkolną polska rodzina przeznaczy w tym roku średnio 520 zł na jedno dziecko. Co piąty rodzic będzie mógł pozwolić sobie na większe wydatki rzędu 500–700 zł, a 14 proc. wyda powyżej 700 zł. Większość gospodarstw domowych sfinansuje koszty wyprawki z własnych pieniędzy, a 34 proc. wykorzysta w tym celu środki z rządowego programu Rodzina 500+. Około 28 proc. sięgnie po oszczędności bądź poprosi rodzinę o wsparcie, a 2 proc. zaciągnie na ten cel pożyczkę.

Pracodawcy niezadowoleni

– Pracownicy, których rekrutujemy, wymagają szkolenia od podstaw. Państwowy system edukacyjny, na który płacimy podatki zapewnia rekrutowanym pracownikom co najwyżej 10 proc. potrzebnych kwalifikacji – mówi Krystyna Boczkowska, prezes Robert Bosch Sp. z o.o., reprezentantka Grupy Bosch w Polsce.

To dość typowy wśród pracodawców pogląd. Narzekają nie tylko na trudności ze znalezieniem pracowników, ale też na niedostosowanie umiejętności absolwentów szkół do potrzeb rynku. Inaczej jest np. w Niemczech, gdzie istnieje sieć szkół zawodowych różnego stopnia współpracujących z przedsiębiorstwami. Niemieccy pracodawcy organizują i sponsorują szkoły i zapewniają im kadrę nauczycieli zawodu i możliwość odbywania praktyk.

W Polsce szkolnictwo zawodowe zostało częściowo zlikwidowane w ramach reformy oświaty z 1999 roku. Pozostały 3- lub 4-letnie technika oraz szkoły zawodowe nie dające wykształcenia średniego, ale wiele wcześniej istniejących szkół zawodowych zniknęło. Przyjęto założenie, że młody człowiek powinien przede wszystkim zdobyć wiedzę ogólną, dzięki której będzie w stanie zdobywać w trakcie kariery zawodowej dodatkowe kwalifikacje. Upowszechniło się szkolnictwo wyższe, choć jego poziom obniżył się na skutek masowości.

Dziś wahadło przesunęło się w drugą stronę. Powstać mają branżowe szkoły zawodowe I i II stopnia. Przewiduje się, że duża część młodzieży wybierająca wcześniej licea ogólnokształcące, a później wyższe uczelnie, będzie po szkole podstawowej kontynuowała naukę w branżowych szkołach zawodowych, najpierw I stopnia, a jeśli zechce, to później również stopnia II. Ma to być remedium na brak średnich kadr w przemyśle i budownictwie. Czy będzie skuteczne, przekonamy się za parę lat. Problemem zapewne będzie, jak wcześniej w szkołach zawodowych i technikach, brak odpowiednich kadr przygotowanych do kształcenia zawodowego.

W Niemczech sprawa ta jest rozwiązana dzięki ścisłej współpracy przemysłu ze szkołami, ale takiej współpracy w Polsce na razie nie ma. Co więcej, pojawiają się nowe zawody, związane przede wszystkim z informatyką, mechaniką precyzyjną, robotyką, których branżowe szkoły zawodowe nie będą uczyć, bo fachowcy w tych dziedzinach są dobrem rzadkim. Istnieje ryzyko, że absolwenci szkół branżowych okażą się zupełnie niepotrzebni dla rynku pracy i rzeczywiste kwalifikacje będą musieli zdobywać od nowa w trakcie pracy.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test