• Stanisław Gomułka

Czeka nas długotrwały i dość znaczny wzrost bezrobocia

04.12.2009
Konsekwencje kryzysu pozostaną  z nami jeszcze dość długo. Ale nowe kraje unijne, a w szczególności Polska, są w lepszej sytuacji niż kraje „starej”  Unii. Sądzę, że w Polsce za jakieś trzy lata rozpocznie się okres przyspieszonego wzrostu - twierdzi profesor London School of Economics w naszej debacie „Europa: czy to już koniec kryzysu?”.

Prof. Stanisław Gomułka, London School of Economics


Jeśli przez kryzys rozumieć czas ujemnego tempa wzrostu, czyli kurczenia się gospodarki, to z ostatnich danych Eurostatu wynika, że kryzysu już w Europie nie mamy. Jest coś w rodzaju stabilizacji, a w niektórych obszarach widać poprawę. Ale kryzys to także rosnące bezrobocie i poziom aktywności gospodarczej niższy od długofalowego trendu. W UE zamiast wynikających z tego trendu 2 proc. wzrostu PKB, mieliśmy w ciągu ostatniego roku spadek rzędu 4 proc. To o 6 proc. PKB mniej i z tego punktu widzenia o zakończeniu skutków kryzysu można będzie mówić dopiero wtedy, gdy usuniemy dużą część tej różnicy i wrócimy do wzrostów rzędu 2 proc. rocznie. Pełne usunięcie tej 6 – procentowej luki raczej nie będzie możliwe, więc w 10-letniej perspektywie średnie tempo wzrostu będzie prawdopodobnie niższe niż było do roku 2007.

Mówię o 10 latach, bo procesy gospodarcze w tak wielkich gospodarkach, jak Unia Europejska czy Stany Zjednoczone, przebiegają powoli. Częściowo spowodowane jest to interwencjami rządów, które nie dopuszczając do bankructw – szczególnie bankructw wielkich przedsiębiorstw – podtrzymują tym samym starą strukturę gospodarczą. Oczywiście zmniejsza to koszty kryzysu na krótką metę, ale zmniejsza także tempo dostosowań strukturalnych w średniej czy dłuższej perspektywie, więc wydłuża cały okres dostosowania się.

W trakcie rozciągniętego w czasie procesu dostosowania strukturalnego będzie wiele bankructw przedsiębiorstw i okresowy wzrost bezrobocia. Jeśli poprawa sytuacji gospodarczej w Unii nie będzie wystarczająco duża i szybka, to może nas czekać długotrwały i dość znaczny wzrost bezrobocia – nawet o 4-5 punktów procentowych. To nie jest katastrofa, taka jak w USA w latach 30., kiedy bezrobocie wynosiło ok. 30 proc. Tym bardziej, że potencjalny wzrost bezrobocia o 4-5 pp. można częściowo kompensować nieco niższym stopniem aktywności zawodowej, obniżeniem czasu pracy, czy trochę niższym tempem wzrostu wydajności. Tym niemniej sytuacja na rynku pracy będzie powodem ogólnej presji społeczno-politycznej, a nawet niepokojów społecznych, które – w połączeniu z dużym wzrostem długu publicznego – mogą być czynnikiem destabilizującym w UE.

Właśnie znaczny wzrost deficytów budżetowych i długu publicznego wydaje się być najbardziej istotnym i najbardziej niebezpiecznym skutkiem obecnego kryzysu. Jest on już tak duży, że zagraża stabilności unijnej. Mogą zostać poddane w wątpliwość kryteria z Maastricht, a Pakt Stabilności i Wzrostu zostanie prawdopodobnie odłożony na bok. To nie znaczy, że politycy oficjalnie przegłosują, że maksymalny deficyt finansów publicznych może teraz wynosić np. 5 proc., zamiast 3 proc., jakie przewiduje traktat z Maastricht, a dług nie 60 proc. PKB, tylko np. 100 procent PKB. Ale mogą się tak zachowywać, jakby te zasady już nie obowiązywały. W tej sytuacji pojawia się już teraz pytanie, co zrobić z należącymi do strefy euro krajami, które nie spełniają już kryteriów traktatu z Maastricht – takimi jak Irlandia, Hiszpania, Włochy, Grecja albo Portugalia – gdzie dług publiczny już przekroczył lub wkrótce może znacznie przekroczyć 100 proc. PKB. W niektórych z nich – według prognozy MFW – w perspektywie najbliższych pięciu lat dług publiczny może dojść do 150, a nawet 200 proc. PKB, pociągając za sobą znaczny wzrost kosztów jego obsługi.

Co na to instytucje europejskie? Komisja Europejska nie może zrobić wiele, w końcu budżet unijny to niecały 1 proc. unijnego PKB. Więcej może zrobić EBC i zresztą robi to, ale taka pomoc musi być sfinansowana przez kogoś, w dużym stopniu przez Niemcy i parę innych państw. W tej sytuacji szczególna rola przypadnie państwom UE, które będą zabiegać o utrzymanie stabilności makrofinansowej. Rolę wiodącą będą tu odgrywać Niemcy. Nasi zachodni sąsiedzi w trakcie kryzysu zwiększyli swój deficyt relatywnie niewiele w porównaniu z innymi państwami, a obecnie dyskutują nad zapisami konstytucyjnymi, które w dłuższym okresie kazałyby równoważyć budżet. Jednak podczas gdy Niemcy zdają sobie sprawę z niebezpieczeństw związanych z narastaniem długu publicznego, to już Francja mówi innym językiem. Może więc dojść na tym tle do przejściowego rozluźnienia związków między Francją i Niemcami, bo Niemcy mogą próbować tworzyć coś w rodzaju koalicji na rzecz stabilności z takimi krajami, jak Holandia czy państwa skandynawskie. Byłoby dobrze, gdyby Polska była w stanie w tej dziedzinie współpracować z niewątpliwym liderem Unii, jakim już są i w jeszcze większym stopniu będą Niemcy.

W każdym razie pojawi się szereg napięć między tym obszarem stabilności i innymi krajami – zarówno tymi, które już są w Unii Europejskiej, jak i kandydującymi. Mogą też pojawić się tendencje odśrodkowe, gdy kraje UE będą koncentrować się bardziej na własnych celach, a nie wspólnych celach unijnych. Spowoduje to też prawdopodobnie odłożenie na później decyzji o rozszerzeniu Unii.

Jeśli chodzi o Europę  Środkową i Wschodnią, to warto zwrócić uwagę  na sytuację tych krajów, w których kryzys jest szczególnie głęboki – to przede wszystkim Łotwa, do pewnego stopnia Litwa i Estonia,  również Węgry, spore napięcia mają  także miejsce w Rumunii i Bułgarii. Polska ma duże i rosnące problemy z deficytem i długiem publicznym, ale jednak wciąż nie na taką skalę jak tamte kraje. Na razie Bruksela zakłada, że Polska sama będzie się dyscyplinować, że nadal będzie chciała wejść do strefy euro i nie znajdzie się w gronie destabilizatorów UE.

Od krajów „nowej”  Unii będzie się w „starej” Unii oczekiwać działań  stabilizacyjnych, choćby takich jakie ostatnio wprowadziły Węgry, ale także szybszego tempa wzrostu – właśnie dlatego, że jest to obszar wciąż słabiej rozwinięty. Ten obszar stwarza pewne problemy dla Europy Zachodniej, związane z przenoszeniem się tam części aktywności gospodarczej – choćby produkcji samochodów czy sprzętu AGD. Jest on bardziej konkurencyjny także w sferze usług, bo płace są tu dużo niższe, a w tej sferze różnice w wydajności pracy nie są duże. Występuje więc element konkurencji i napięcia, co stwarza pewne zagrożenie dla fundamentalnych instytucji UE, takich jak jednolity rynek – pracy, przepływów kapitałowych, usług itd. Ale kraje „nowej” Unii są na tyle małe, ich łączny udział w gospodarce unijnej na tyle mało znaczący, że kraje „starej” Unii będą w stanie zaabsorbować koszty ich integracji.

Konsekwencje kryzysu pozostaną  z nami jeszcze dość długo. Ale można założyć, że nowe kraje unijne, a w szczególności Polska, są w lepszej sytuacji niż kraje „starej” Unii, bardziej zaawansowane gospodarczo, w których niższa jest dynamika różnego rodzaju zmian, a tym samym mniejsza zdolność do regeneracji. Sądzę, że w Polsce za jakieś trzy lata rozpocznie się okres przyspieszonego wzrostu i za parę lat pamięć o kryzysie niemal zniknie.

Wiele jednak zależy od tego, co się będzie działo w Stanach Zjednoczonych, gdzie wzrost deficytu budżetowego jest wyjątkowo duży, a narodowe oszczędności  stosunkowo małe. Doświadczenie około 150 kryzysów makrofinansowych, z jakimi mieliśmy do czynienia po II wojnie światowej pokazuje, że właśnie kombinacja wysokich deficytów budżetowych i niskich narodowych oszczędności jest wyjątkowo wybuchowa, powoduje bowiem uzależnienie od wysoce niepewnego finansowania zagranicznego. Na razie Amerykanie mają ogromny kapitał zaufania na światowych rynkach finansowych i wiele bogactw. Mało kto obawia się, że Amerykanie zdecydują się na inflacyjny sposób rozwiązania problemu swojego długu, poprzez dużą dewaluację dolara, a tym bardziej że grozi niewypłacalność USA. To podtrzymuje kurs dolara i przez jakiś czas zapewni dopływ kapitału z zagranicy na finansowanie deficytu budżetowego. Tym niemniej przy obecnej polityce makrofinansowej w Stanach Zjednoczonych może w pewnym momencie dojść do czegoś w rodzaju półkryzysu: silnego osłabienia waluty, wzrostu inflacji, wysokich stóp procentowych i wysokich kosztów obsługi długu publicznego. Miałoby to poważne negatywne skutki także dla Europy, bo Stany są ogromną gospodarką, ok. 20 proc. gospodarki światowej. Duże dalsze osłabienie dolara, może nawet rzędu 50 proc., oznaczałoby silny spadek konkurencyjności wyrobów europejskich na rynku amerykańskim i mogłoby wywołać recesję w Europie.

Możliwe, że w najbliższych latach władze amerykańskie zmienią swą politykę  gospodarczą, ale na razie, mimo zapowiedzi prezydenta Obamy, że będzie dążył  do zmniejszenia deficytu, jego konkretne działania, a zwłaszcza reforma służby zdrowia, raczej zwiększają wydatki.

To wszystko powoduje, że należy się spodziewać powolnej detronizacji dolara jako waluty światowej na rzecz euro. Obecnie udział walorów denominowanych w dolarze w rezerwach banków centralnych na świecie to ok. 60 proc., a udział euro niecałe 30 proc. Wydaje się że w perspektywie 10-20 lat będziemy mieć do czynienia ze stopniową eliminacją tej różnicy. Będzie to oznaczało przesuwanie się Europy w stronę bardziej centralnej pozycji w gospodarce światowej – przynajmniej, jeśli chodzi o euro. W dziedzinie postępu technologicznego i innowacyjności Europa będzie też zagrożeniem dla USA, ale dużo bardziej umiarkowanym.

Dziś Stany Zjednoczone odnoszą spore korzyści z tego powodu, że ich waluta jest walutą  światową. Dług publiczny w Stanach Zjednoczonych jest wysoki i ciągle rośnie, a koszt obsługi tego długu pozostaje mały, gdyż znaczne jest zapotrzebowanie na świecie na amerykańskie papiery skarbowe, a tym samym rentowności od tych papierów są niskie – sporo niższe niż polskie. W kilkunastoletniej perspektywie te korzyści z posiadania waluty światowej mogą w większym stopniu stać się także udziałem strefy euro.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły