Europa Środkowa potrzebuje gospodarczej niezależności od Zachodu

17.02.2017
Cały zachód Europy stał się dla mnie kulturowo obcy. Różne formy liberalizmu gospodarczo-obyczajowego rozczłonkowały społeczeństwo. Węgry, Polska i inne państwa tej części Europy walczą o własną, niezależną od Niemiec, wizję rozwoju. I słusznie - mówi twórca portalu Visegard Post, Ferenc Almássy, Francuz, który wyemigrował na Węgry.

Ferenc Almássy


ObserwatorFinansowy.pl: Zazwyczaj to ludzie z Węgier emigrują na zachód Europy. W pana przypadku jest odwrotnie – wyemigrował Pan z Francji na Węgry.

Ferenc Almássy: Tak, już 6 lat temu.

Dlaczego?

Mój ojciec jest Francuzem, mama Węgierką. Wychowałem się we Francji, przeżyłem tam w sumie 22 lata, ale tam nie było dla mnie przyszłości.

Jak to? W kraju, który tak dobrze się wszystkimi opiekuje?

Nie chodzi o przyszłość zawodową, czy materialną. Studiowałem najpierw historię, potem matematykę, w końcu inżynierię i gdybym tylko chciał, skończyłbym te kierunki. Zdecydowałem jednak, że przerwę kształcenie i wyjadę do kraju matki. Jestem osobą o dość konserwatywnych poglądach, w lewicowej Francji dusiłem się.

Nie miał pan nadziei na zmianę polityczną?

Nie chodzi o to, że zmieniają się partie. Problem jest głębszy – chodzi o liberalizm, który zniszczył francuskie społeczeństwo. Ludzie stali się konsumentami, grupą indywiduów, których łączy tylko to, że żyją w jednym miejscu. Przestali być obywatelami.

Ma pan na myśli liberalizm obyczajowy?

I obyczajowy i ekonomiczny. To dwie strony tej samej monety. Jeden liberalizm wzmacnia drugi.

Wolne żarty. Od kiedy Francja, najbardziej obok Szwecji socjalny kraj Europy, z rozbuchaną biurokracją i regulacjami, jest wolnorynkowa?

A widział pan gdzies czysty liberalizm gospodarczy? Nikt go nigdy nie widział. Twierdzenie, że jakiś kraj nie jest liberalny, ponieważ ma jakieś regulacje i podatki i nie spełnia tym samym założenia „modelu idealnego” to twierdzenie analogiczne do tezy, że w ZSRR nie było prawdziwego komunizmu, bo nie wszystko zgadzało się z podręcznikowymi ideami Marksa, Engelsa i Lenina. Nawiasem mówiąc, marksizm, komunizm, faszyzm, a także liberalizm to bliźniacze ideologie. Wszystkie chcą tworzyć nowego człowieka. Faszyzm ubermanscha, komunizm homo sovieticus, liberalizm to zaś koniec końców transhumanizm naiwnie wierzący w siłę technologii i postępu. Wracając do Francji – tam po prostu panuje jedna z wielu wariacji systemu liberalnego.

Na Węgrzech też istnieje wolny rynek. Powiedziałbym nawet, że dzisiaj to Węgry w większym stopniu niż Francja są liberalne.

Francja to społeczeństwo przeginiłe skrajnym indywidualizmem. Francja to społeczeństwo dekadenckie, a – jak mawiał jeden z greckich myślicieli – takie społeczeństwa potrzebują dużej ilości praw. Stąd właśnie bierze się ta biurokracja. To, że na Węgrzech jest więcej gospodarczej wolności wynika z faktu, że Węgrzy stanowią homogeniczne społeczeństwo i świadomi są, że stanowią część narodowej wspólnoty. To sprawia, że znają swoje prawa i obowiązki, do których się stosują. Nie trzeba im tworzyć szczegółowych prawnych wytycznych i mnożyć przepisów. Państwo może im ufać. Nie potrzeba liberalizmu, żeby mieć wolność.

Spójrzmy na czasy średniowieczne – nie było Marksa, ani Smitha, a wolność osobista była znacznie większa niż obecnie. Myślę, że żyjemy w czasach, w których potrzeba zmiany myślenia i otwarcia się na nowe idee. Np., gdy mówimy o demokracji, to natychmiast kojarzymy ją z liberalizmem, z konsumpcjonizmem. Dlaczego? Nie ma jednego rodzaju demokracji. Starożytna Grecja była okresami rządzona silną ręką i to też była demokracja, bo władcy mieli legitymację do rządzenia od ludu.

O Węgrach faktycznie mówi się, że są rządzone silną ręką. Widać to w gospodarce, z której ta silna ręka wymiata „obce wpływy”…

Ja to nazywam powrotem do niezależności gospodarczej i politycznej. Po 1989 r. Europa Zachodnia, a precyzyjniej mówiąc, Niemcy skolonizowały Europę Centralną i Wschodnią w tym sensie, że uczyniły sobie z niej zaplecze własnej gospodarki, jeśli idzie o tanią siłę roboczą i rynki zbytu. Owszem, dostaliśmy za to autostrady, ale po to, by ułatwić transport do Niemiec. Wzrósł poziom życia, owszem, ale tylko w rejonach przez Niemcy uznane za atrakcyjne. Na wielu wsiach, czy węgierskich, czy polskich wciąż panuje skrajna bieda. Nie mniejsza niż przed 25 laty.

I dlatego należy stosować w polityce protekcjonizm? Chronić własny przemysł? Te pomysły wracają.

Tak. To jedno z użytecznych narzędzi, by odzyskać kontrolę nad narodową gospodarką.

Ekonomiści uważają protekcjonizm za ideę skompromitowaną, wbrew intencjom nie służy on wzrostowi gospodarczemu.

Tyle, że ja mówię o protekcjoniźmie jako drodze do uzyskania niezależności, a nie wzrostu. Wzrost PKB nie jest głównym celem, który powinien nam teraz przyświecać. Myślę, że państwa Europy Środkowej i Wschodniej powinny współpracować gospodarczo ze sobą, tworzyć kolejne pola kooperacji, żeby stworzyć przeciwwagę dla gospodarki niemieckiej i jej interesów. To, że trzeba będzie w to zainwestować i czas, i pieniądze nie powinno nas odstraszać. Strachy przed odważną polityką gospodarczą są nieuzasadnione. Na Węgrzech w tym roku wzrost PKB może wynieść od 4 do 5 proc. To bardzo dobry wynik! A przecież Węgry stosują protekcjonizm! I co? Nic. Można mieć, jak widać, obie rzeczy. I wzrost, i ochronę własnych interesów.

Całkowicie odrzuca pan zachodni model polityki społecznej i gospodarczej? Np. politykę socjalną państwa opiekuńczego?

Polityki socjalnej nie odrzucam co do zasady. Państwo dobrobytu nie musi być złe, jeśli mamy doczynienia z gotowym na nie, odpowiedzialnym społeczeństwem. Takim, którego członkowie nie chcą pasożytować na systemie. Nie można zaprzeczyć, że nawet we Francji polityka socjalna ma swoje plusy. Mój ojciec na przykład pochodzi z ubogiej rodziny, ale ponieważ rodzina uzyskała wsparcie od państwa, udało mu się skończyć dobre studia, został inżynierem. Nie można danych polityk oceniać w kategoriach absolutnych, a zawsze w kontekście.

Na Węgrzech, ale i w Polsce faktycznie kształtuje się inne niż dotychczasowe podejście do takich kwestii, jak rynek, czy suwerenność. Pan uważa, że to pierwsze powinno być podporządkowane drugiemu?

Na etapie wykluwania się nowych rodzajów demokracji, takich, które mają odpowiadać niepowtarzalnej charakterystyce naszych społeczeństw, a nie być 1:1 przełożeniem modelu zachodniej demokraji liberalnej na nasze realia, polityka powinna grać pierwsze skrzypce. A jednak nie uważam, że można politykę oddzielić od działań gospodarczych – jedno i drugie wpływa na siebie. Należy więc działać całościowo.

Tak, ale są takie momenty, gdy decyzje politycznie racjonalne mogą być nieracjonalne gospodarczo i odwrotnie. Weźmy kryzys migracyjny. Węgry zablokowały granice dla uchodźców, co potem zostało powtórzone czasowo np. w Austrii. Strefa Schengen zaczęła się chwiać w posadach.

Blokada granic wynikała z tego, że państwa wspólnoty nie miały innego sensownego pomysłu na rozwiązanie problemu imigracji. Wciąż nie mają. Zamykanie granic to plan awaryjny, który faktycznie utrudnia realizację tych czterech swobód: przepływu osób, towarów, pracy i kapitału. Niestety, są rzeczy, które rząd Węgier uznał za bardziej pilne. Chodziło o ochronę własnego terytorium. Gdyby Unia Europejska pomyślała wcześniej o możliwym kryzysie, mogłaby zaplanować bardziej spójną politykę wobec imigrantów i uchodźców i podejmować działania jeszcze zanim docieraliby do jej granic.

Węgry graniczą z bardzo ciekawym krajem – Rumunią. Tam od 2005 r. obowiązuje podatek liniowy, który przekłada się na wzrost dochodów budżetowych. Czy Rumunia to także potencjalny partner w gospodarczej polityce regionalnej Polski i Węgier?

Rumunia przechodzi obecnie przez trudny okres kryzysu politycznego. Niestety, dotąd nie wybrała drogi Węgier i nie wzmocniła wydajności państwa, nie skonsolidowała się politycznie. W związku z powyższym niskie podatki i przyjazne warunki biznesowe ściągnęły w jej granice zagraniczne koncerny, które traktują ją w sposób niemal grabieżczy. Kanadyjskie, niemieckie, czy szwedzkie firmy eksploatują jej zasoby, niszcząc środowisko i tkankę społeczną. Podobnie jest w Bułgarii. A jednak możliwe, że kryzys ekonomiczny, o którym wspomniałem, popchnie Rumunię w stronę scenariusza węgierskiego: jej elity zorientują się, że politykę gospodarczą należy prowadzić świadomie i wybierać tych, z którymi się współpracuje. Rumunia także musi wypracować optymalny dla siebie ustrój. To jest jeszcze przed nią, ale warto obserwować rozwój sytuacji w tym kraju.

Kryzys przechodzi także Ukraina, tu jestem pesymistą. Z jednej strony atakuje ją Rosja, z drugiej UE zupełnie o nią nie dba. Unia jest zainteresowana tylko ukraińską ziemią i fabrykami, a nie przyszłością tego kraju. Naprawdę współczuję Ukrainie położenia.

Oligarchowie pozostaną przy władzy?

Niestety tak i to jeszcze przez długi czas. Natomiast naprawdę liczę, że proces zapoczątkowany na Węgrze i w Polsce, tj. proces zdobywania na nowo niezależności polityczno-gospodarczej będzie postępował i obejmował kolejne kraje tej części Europy. Czesi, Słowacy, Polacy, Węgrzy, Rumunii, Bułgarzy mają w tym wspólny interes.

Na Zachodzie nie zostanie to dobrze przyjęte. Orban nie cieszy się dobrą prasą.

Zachodnia prasa jest ideologicznie skrzywiona i jest elementem walki starego porządku z nowym. My na Węgrzech mamy demokrację, naszą, demokrację, mamy rządy prawa, naszego prawa i nie wiem, dlaczego to miałoby być gorsze niż demokracje zachodnie. Zwłaszcza, że ludzie tutaj te zmiany w większości popierają.

Rozmawiał Sebastian Stodolak

Ferenc Almássy – Francuz z urodzenia, Węgier z wyboru. Redaktor naczelny konserwatywnego portalu visegradpost.com, koncentrującego się na wydarzeniach politycznych związanych z Europą Środkową i Wschodnią

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test