Europejska gospodarka dusi się w politycznym pacie

25.04.2017
Strefa euro ledwo zipie, bo zaszkodziła jej globalizacja, długi i przestarzałe wewnętrzne prawodawstwo. Niestety, choć głębokie reformy są Europie potrzebne, to raczej się na nie nie zanosi - przekonuje noblista prof. Michael Spence.

Prof. Michael Spence (CC By 2.0 Robert Scoble)


ObserwatorFinansowy.pl: W jednym z artykułów opisuje pan, jak z 200 inwestorów zapytanych niedawno o przyszłość strefy euro tylko jeden był sceptyczny i wróżył jej upadek w ciągu pięciu lat. A pan jak obstawia przyszłość euro?

Michael Spence: Nie jestem aż takim pesymistą, jak ów inwestor. W jednym z wciąż możliwych scenariuszy gospodarka europejska się rozpędza, co stopniowo łagodzi i likwiduje problemy w strefie euro. Ten scenariusz się nie ziści, jeśli do władzy dojdą ruchy populistyczne, których działania są u źródła problemów np. z zadłużeniem publicznym. Oddziaływanie ruchów populistycznych może być jednak kompensowane przez odpowiednio głębokie polityczne poświęcenie się projektowi euro na poziomie Brukseli. Trudno mi jednak ocenić, jak bardzo Europejczycy są zdeterminowani, by zachować euro. Jeśli mamy sądzić po owocach, to niezbyt. Wybór Trumpa i Brexit mogły zadziałać jak zimny prysznic i zmusić Brukselę do zmiany podejścia do gospodarki, ale na razie niczego takiego nie obserwujemy.

Kryzys w strefie euro trochę zelżał. Może to jest powód? Jeśli sytuacja nie jest podbramkowa, a politykom nie pali się grunt pod nogami, mają tendencję do zapominania o problemach…

To prawda, że w niektórych państwach mamy do czynienia z delikatną odwilżą, szczególnie dzięki działaniom ze strony Europejskiego Banku Centralnego. To może rodzić poczucie, że sytuacja się stabilizuje, a gospodarka odzyskuje wigor. Jest to jednak pozorny spokój. Od dziesięciu lat mieszkam we Włoszech, więc podam przykład tego kraju. To ważna dla eurolandu gospodarka.

Od 2000 roku nie było tutaj realnego wzrostu gospodarczego, produktywność stoi w miejscu, koszty pracy rosną, bezrobocie młodych sięga 40 proc., a ogólna stopa bezrobocia – 12 proc. Banki udzieliły wielu złych kredytów i nie wiedząc, co z nimi zrobić, praktują absurd – po to żeby firmy, którym ich udzieliły, nie upadły, udzielają im kolejnych kredytów. W rezultacie zły kredyt się mnoży, a na dobry brakuje środków. Do tego dochodzi zbiurokratyzowany i skorumpowany system polityczny.

Włochy są skazane na stagnację?

Cóż, gdyby nie były w strefie euro, miałyby więcej opcji ratunkowych. Mogłyby choćby zdewaluować swoją walutę… Są jednak w eurolandzie i nie mogą tego zrobić, co skutkuje nikłym wzrostem PKB. Inna sprawa, że nikt tu nie myśli o prawdziwych reformach strukturalnych, a to w połączeniu z ogólnie kiepskim klimatem gospodarczym w Europie daje stagnację. Poza tym we Włoszech trudno wypracować jednolitą politykę gospodarczą. Z jednej strony potrzeba im niskiej inflacji, ponieważ dzięki niej osiągnęłyby konkurencyjność na międzynarodowym rynku, z drugiej przechodzą kryzys zadłużenia, więc wyższa inflacja, czyli wyższy wzrost nominalnego PKB, mogłaby go złagodzić. To są sprzeczności, które trudno pokonać. Dopóki w Europie są takie kraje jak Włochy, dopóty nie można mówić o końcu kryzysu. Ale celem Brukseli nie powinno być wyłącznie przywrócenie wzrostu PKB w strefie euro, lecz zrobienie tego tak, by w większym stopniu korzystali na tym zwykli obywatele.

Wzrost gospodarczy nie przekłada się w Unii na wzrost dobrobytu Kowalskich i Nowaków?

Przekłada się, ale mógłby bardziej. Oczywiście nie jest aż tak źle jak w USA czy w Wielkiej Brytanii, gdzie system socjalny jest mniej rozwinięty. Tam, gdy klasa średnia mocno ucierpiała w wyniku kryzysu, nie było narzędzi, żeby zapewnić jej miękkie lądowanie. W Europie macie lepiej rozbudowany system ubezpieczeń społecznych, zasiłków socjalnych itd.

Zarówno USA, jak i Europa bardzo wolno rozkręcają swoje gospodarki po zapaści. Wynika to z braku właściwych działań rządu czy z jego niewłaściwych reakcji na kryzys?

W Europie przyczyną jest kombinacja wielu czynników, trudno redukować sprawę do jednego. Już przed wybuchem kryzysu można było powiedzieć, że Europa będzie się wolniej rozwijać w wyniku przesadnego zadłużenia rządów. Jeśli chodzi o reakcję na kryzys, to była niewystarczająca, zbyt późna i źle ukierunkowana. Naciskano na politykę oszczędności zamiast na politykę inwestycyjną. Pomoc dla krajów najbardziej zadłużonych była dodatkowo warunkowana tym, czy przeprowadzą one reformy strukturalne. Była to zła strategia. Ich obywatele potraktowali to jak próbę nacisku, wymuszenia czegoś na nich i reform nie poparli. Niewiele się więc w strukturze gospodarki europejskiej zmieniło.

Właśnie – dużo się mówi o reformach strukturalnych. Czy popiera pan ten ich katalog, w którym deregulacja jest stawiana na pierwszym miejscu?

Jeśli chodzi o rynek pracy to tak. Zastanówmy się, czym jest rozwój gospodarczy. Przejściem z jednej struktury gospodarczej do drugiej. Świetnie obrazuje to historia krajów rozwijających się, takich jak Chiny. Widzimy tam migrację ludzi z tradycyjnych sektorów, takich jak rolnictwo, do przemysłu, ze wsi do miast, zwiększoną produktywność, zwiększony eksport. Zmiana strukturalna tych gospodarek jest szybka i wielowymiarowa. Jeśli prawo usztywnia rynek pracy, to blokuje rozwój, gdyż konserwuje daną strukturę gospodarki, uniemożliwiając przejście do kolejnej. Deregulacja nie może być jednak przeprowadzana na ślepo. Gdy patrzymy na zmiany technologiczne, widzimy, jakim są one błogosławieństwem, i chcemy z nich czerpać. Są jednak grupy ludzi i przemysły, które na nich tracą.

Klasyczny przykład to Uber i tradycyjne korporacje taksówkarskie.

Dokładnie. Ale nie chodzi o to, by zakazywać działalności Ubera i chronić stare branże. To byłoby bardzo złe. Chodzi raczej o zapewnienie odpowiedniej siatki bezpieczeństwa dla tych, którzy w wyniku wprowadzania nowych technologii tracą pracę. Z jednej strony potrzeba więc unowocześnienia siatki socjalnej, z drugiej dobrze ukierunkowanych wydatków inwestycyjnych, tak by środki prywatne i publiczne komplementarnie stymulowały powstawanie miejsc pracy.

Rewolucję technologiczną napędzają konsumenci

Ważne jest też racjonalne zbalansowanie regulacji. Zastanówmy się, czy firmy działające w sharing economy są do końca fair wobec tych, którzy działają w gospodarce tradycyjnej. Z regulacyjnego punkty widzenia nie są. W związku z tym nawet Stany Zjednoczone, postrzegane jako kraina wolności, regulują działalność Ubera i Lyfta. Niestety, robią to w zły sposób, który antagonizuje grupy społeczne, zamiast umożliwiać im kooperację.

W ekonomii panuje teraz swego rodzaju rewizjonizm w podejściu do procesów globalizacji. Kiedyś mówiło się, że jest ona korzystna dla wszystkich, teraz podkreśla się, że jednak istnieją grupy, a nawet całe społeczeństwa, które na niej tracą. Do której narracji panu bliżej?

Do tej drugiej. Nigdy nie było prawdą, że każdy wygrywa w globalnej gospodarce. Nie wiem, kto to wymyślił i dlaczego moi koledzy ekonomiści tak mocno to przekonanie promowali, skoro nawet teoria ekonomii tego nie potwierdza. Zgodnie z nią w wyniku procesu globalizacji płace na świecie zbliżają się do siebie, ale nie w tym sensie, że niskie zbliżają się do wysokich. To ruch w dwóch kierunkach – niskie rosną, a wysokie maleją. Innymi słowy, im żywsza globalizacja, tym lepiej dla państw rozwijających się, bo tam średnie płace rosną. W państwach rozwiniętych jednak płace maleją. Mowa oczywiście o analogicznych branżach, a nie o ogólnym poziomie płac. Wy w Polsce macie okazję ćwiczyć to na samych sobie, odkąd weszliście do Unii Europejskiej czy też odkąd zerwaliście z socjalizmem. Dla was to zjawisko korzystne.

Ciekawym przykładem w tym kontekście jest tzw. Multi Fibre Arrangement, międzyrządowy system kwot na import tekstyliów z krajów rozwijających się do krajów rozwiniętych, który obowiązywał od 1974 roku. Sprawiał, że przez trzy dekady przemysł tekstylny był rozproszony. MFA przestał obowiązywać w 2004 roku i od tamtego momentu przemysł ten zaczął się koncentrować w Azji Wschodniej, która konkurowała kosztami pracy. Z Europy zniknął niemal całkowicie. W Azji pensje robotników wzrosły, w Europie zmalały.

Dlaczego więc nie przedłużono funkcjonowania MFA na kolejne lata?

Nie chciały tego Niemcy, ponieważ wiedziały, że gdy w Unii Europejskiej pojawią się kraje takie jak Polska, w których koszty pracy także są niskie, nie będą mogły z nimi konkurować. Konieczna była zmiana strukturalna, przejście na produkcję bardziej zaawansowaną. W Niemczech udało się to w miarę bezbolesnie, ale już np. we Włoszech nie. Zauważmy, że okres około roku 2000 był czasem bardzo dynamicznych zmian i zawieruch w globalnej gospodarce. Mieliśmy kryzys azjatycki, bańkę dotcomową w USA, Chiny weszły do Światowej Organizacji Handlu, zlikwidowano MFA, rozwinął się internet, wpływając na globalną sieć produkcji i dostaw. Nie wszyscy umieli się do tych zmian dostosować. Ale oczywiście – ogólnie rzecz biorąc – były one korzystne; nie doceniono jednak ich kosztów i nie przygotowano w tym względzie odpowiedniej polityki.

Ci, którzy mówią o kosztach globalizacji, zazwyczaj niechętnie patrzą na Chiny. W Polsce też mamy dylemat, czy pozwolić Chińczykom na większą obecność na naszym rynku, chociażby w kontekście Nowego Jedwabnego Szlaku. Niektórzy odbierają współpracę z Chinami jako policzek wymierzony europejskim partnerom.

To nierozsądne. W Chinach PKB per capita to już 8 tys. dolarów, klasa średnia liczy 350 mln osób, niedługo będzie liczniejsza niż w Europie czy w USA. To potężny rynek i w relatywnie dobrej kondycji. Odwrócenie się plecami do Chin to strzelenie sobie w stopę. I na pewno nie jest policzkiem wymierzonym np. Niemcom. Przecież oni też z Chinami współpracują. Natomiast dobra współpraca nie oznacza, że powinniśmy pozwalać Chińczykom na wchodzenie na nasz rynek zawsze i wszędzie. Trzeba umieć rozróżniać między inwestycjami pożądanymi a tymi, z których zbyt wiele nie będziemy mieli.

Pytanie z gatunku osobistych. Dlaczego mieszka pan we Włoszech? Z ekonomicznego punktu widzenia to zły wybór. Są w Europie przyjaźniejsze obywatelom kraje.

To prawda, ale ja mam żonę Włoszkę (śmiech). To dziennikarka pracująca dla „Corriere della Sera”. Zamieszkanie we Włoszech pozwoliło mi też lepiej poznać problemy Europejczyków. Wiem dzięki temu, że mają olbrzymi potencjał i nie są skazani na stagnację. Włosi na przykład są świetni w przemyśle modowym, projektowaniu, to ich siła, mają też świetnych studentów i uczelnie.

Czyli wystarczy, że państwo ten potencjał tkwiący w ludziach dostrzeże i pozwoli mu się rozwinąć?

Na to bym nie liczył, jak zresztą na żadne istotne posunięcia ze strony polityków w Europie. Znajdujecie się w politycznym pacie, w pułapce. Europie potrzeba większej unifikacji w kwestii fiskalnej, finansowej, bankowej, zwiększania dynamiki inwestycji wzajemnych, mobilności kapitału, większych inwestycji w gospodarkę opartą na wiedzy… Wasi politycy mogliby w tym kierunku reformować Unię, ale to wiązałoby się z utratą poparcia i władzy. W związku z tym boją się reform, pogłębiając kryzys, co i tak będzie prowadzić ich do utraty władzy na rzecz populistów.

Więc jednak jest pan pesymistą…

Nie skrajnym. Wydaje mi się, że sporą szansą na powolne ozdrowienie Europy jest to, że jej północ i centrum mają się dobrze. Wzrost gospodarek krajów nordyckich, Niemiec czy nawet Polski może rozlewać się na gospodarki z problemami i ciagnąć je za uszy na wyższy poziom. Problem w tym, że to także nie będzie się działo całkowicie spontanicznie i bez względu na okoliczność. Musi bowiem pomiędzy krajami UE istnieć mechanizm trasmisji tego wzrostu. Im więcej barier, tym gorzej.

Rozmawiał Sebastian Stodolak

Michael Spence – amerykański ekonomista, pracownik naukowy Hoover Institution, laureat Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii za prace dotyczące przepływu informacji w gospodarce i rozwoju rynków.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły