• Joseph E. Stiglitz

Europie brak rozsądku

19.01.2015
Stany Zjednoczone wykazują wreszcie oznaki wychodzenia z kryzysu, który wybuchł pod koniec rządów administracji prezydenta George W. Busha. kiedy to fale wstrząsowe z bliskiego załamania amerykańskiego systemu finansowego rozchodziły się po całym świecie. Nie jest to jednak silne ożywienie.


W najlepszym przypadku przestała się powiększać luka między poziomem, jaki gospodarka mogłaby osiągnąć i tym, na jakim się dziś znajduje. Jeśli jest to proces domykania się tej luki, następuje on bardzo powoli. Wygląda na to, że wyrządzone przez kryzys szkody są długoterminowe.

Mogło być przecież jednak gorzej. Po drugiej stronie Atlantyku niewiele jest oznak nawet umiarkowanego ożywienia w stylu amerykańskim: nadal poszerza się luka między poziomem, jaki Europa mogłaby osiągnąć, gdyby nie było kryzysu, a tym, na którym się obecnie znajduje. W większości krajów Unii Europejskiej PKB per capita jest mniejszy niż przed kryzysem. Utrata połowy dekady szybko przekształca się w utratę całej dekady. Za suchymi danymi statystycznymi, obrazującymi ciągnącą się latami stagnację (a miejscami – recesję) kryje się zrujnowane życie licznych ludzi, rozwiane marzenia oraz rozpadające się (albo niepowstałe) rodziny.

Unia Europejska ma wysoce uzdolnionych i wykształconych ludzi. Jej kraje członkowskie mają silną strukturę prawną i stanowią dobrze funkcjonujące społeczeństwa. Przed kryzysem większość z nich miała nawet dobrze działającą gospodarkę. Poziom wydajności na godzinę – lub tempo jej wzrostu – w niektórych krajach zaliczany był do najwyższych w świecie.

Europa nie jest jednak ofiarą kryzysu. Stany Zjednoczone rzeczywiście źle zarządzały swoją gospodarką – ale nie można powiedzieć, że główny ciężar kryzysu zdołały one jakoś przerzucić na Europę. Swoją chorobę UE zafundowała sobie sama poprzez bezprecedensową serię złych decyzji ekonomicznych – poczynając od wprowadzenia euro. Choć w intencji miało ono zjednoczyć Europę, to w końcu ją podzieliło; a spowodowane tym szkody są nie do odwrócenia wskutek braku politycznej woli powołania instytucji, które umożliwiłyby właściwe funkcjonowanie wspólnej waluty.

Obecne kłopoty wynikają po części z trzymania się dawno już zdyskredytowanej wiary w dobrze funkcjonujące rynki, na których nie występują niedoskonałości informacji i konkurencji. Pewną rolę odgrywała tu również pycha. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć fakt, że rok w rok funkcjonariusze UE stale mylili się w prognozach dotyczących konsekwencji swojej polityki?

Prognozy te nie sprawdzały się nie dlatego, że krajom UE nie udawało się wprowadzać w życie przepisanych rozwiązań, ale z tego względu, iż całkowicie błędne były modele, na których oparto tę politykę. W Grecji na przykład rozwiązania zastosowane w celu obniżenia ciężaru długu sprawiły, że kraj ten jest bardziej zadłużony niż w 2010 roku. Cięcia budżetowe boleśnie odbiły się na produkcji, wskutek czego wzrosła relacja długu do PKB. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przynajmniej przyznaje, że była to zarówno porażka intelektualna, jak i błąd polityczny.

Przywódcy Europy są natomiast nadal przekonani, że ich priorytet muszą stanowić reformy strukturalne. Problemy, na które jednak wskazują, widoczne były w latach przed kryzysem, a oni nie powstrzymywali ich narastania. Bardziej niż reform strukturalnych w krajach członkowskich Europa potrzebuje reformy struktury samej strefy euro i zarzucenia polityki wyrzeczeń, która kolejny już raz zawodzi jako sposób pobudzenia wzrostu gospodarczego.

Wielokrotnie okazywało się, iż nie mieli racji ci, którzy sądzili, że euro nie przetrwa. W jednej kwestii krytycy euro mieli rację: dopóki nie zreformuje się strefy euro i nie odejdzie od polityki wyrzeczeń, dopóty Europa nie odżyje.

Trwającemu w Europie dramatowi daleko do końca. Jedną z mocnych stron UE stanowi żywotność tamtejszych demokracji. Wprowadzenie euro pozbawiło jednak obywateli – zwłaszcza krajów dotkniętych kryzysem – wszelkiego głosu w sprawie ich gospodarczego ekonomicznego losu przeznaczenia. Niezadowoleni z kierunku w jakim podąża gospodarka wyborcy raz po raz pozbywają się sprawujących władzę -po to tylko, żeby nowy rząd kontynuował ten sam kurs, dyktowany z Brukseli, Frankfurtu i Berlina.

Jak długo może to jednak trwać? Jak zareagują wyborcy? W całej Europie widoczny jest niepokojący wzrost popularności skrajnych partii nacjonalistycznych, sprzecznych z wartościami oświeceniowymi, które zapewniły Europie tak wielkie osiągnięcia. W niektórych krajach nasilają się mocne ruchy separatystyczne.

Kolejnym testem dla Europy znów staje się Grecja. Spadek greckiego PKB od 2010 roku jest o wiele głębszy niż w Stanach Zjednoczonych podczas Wielkiego Kryzysu lat 30. XX wieku. Bezrobocie wśród młodzieży przekracza 50 proc. Upadł rząd premiera Antonisa Samarasa, a ponieważ parlament nie jest w stanie wybrać nowego prezydenta, 25 stycznia odbędą się tam przedterminowe wybory powszechne.

W sondażach opinii publicznej przewodzi Syriza, lewicowa partia opozycyjna, która zdecydowana jest renegocjować warunki unijnych pakietów pomocowych dla Grecji. Jeśli Syriza wygra, ale nie obejmie władzy, stanie się tak głównie ze strachu przed reakcją UE. Strach nie należy do uczuć najszlachetniejszych i nie przyczyni się do osiągnięcia czegoś w rodzaju zgody narodowej, której Grecja potrzebuje, żeby iść naprzód.

Problemu nie stanowi sama Grecja. Stanowi go Europa. Jeśli Europa nie zmieni swego postępowania – jeśli nie zreformuje strefy euro i nie odwoła polityki oszczędności – ludowy sprzeciw stanie się nie do uniknięcia. Być może Grecja jeszcze tym razem wytrwa. To ekonomiczne szaleństwo nie może jednak trwać wiecznie. Demokracja na to nie pozwoli. Ile jednak Europa musi jeszcze wycierpieć, zanim powróci rozsądek?

© Project Syndicate, 2015

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły