Funtowi szterlingowi korona z głowy nie spadnie

15.03.2013
Funt sterling przeżywa ciężkie chwile na światowych rynkach walutowych. Na początku marca jego notowania względem dolara spadły poniżej psychologicznej granicy 1,50 dol., a względem euro kurs zbliża się do równie ważnej granicy 0,90 funta za euro. Niektórzy już spekulują czy względem euro brytyjska waluta przypadkiem nie osiągnie parytetu, a względem dolara poziomu 1,35.

Fot. Images_of_Money CC BY 2.0


Funt szterling należy obok jena japońskiego do walut, które od początku 2013 r. odnotowały największe straty. Już samo zestawienie z jenem wydaje się bardzo dziwne. Jeszcze do niedawna te dwie waluty więcej dzieliło niż łączyło (jeśli je kiedykolwiek cokolwiek łączyło). W drugiej połowie lat 90-tych, kiedy notowania funta były wyjątkowo stabilne względem dolara, okrzyknięto go europejskim odpowiednikiem dolara z koroną na głowie. Trzymając się dzisiaj podobnych porównań, można zaryzykować i nazwać funta europejskim jenem. A czy utrzyma koronę na głowie pozostaje dla wielu obserwatorów pytaniem otwartym.

Mimo ciężkich chwil jakie przeżywa brytyjska waluta na rynkach walutowych, trudno jednak mówić o jakimkolwiek kryzysie funta. Zarówno względem euro, jak i przede wszystkim względem dolara, daleko mu do rekordowo niskich notowań z grudnia 2008 r. (0,989 funta za euro) i lutego 1985 r. (1,0365 dol. za funta).

Ważniejsze jest też to, że spadający kurs funta ma być dzisiaj lekarstwem dla gospodarki brytyjskiej. W XX w. kurs funta był zazwyczaj przyczyną kłopotów brytyjskiej gospodarki, a spektakularne tego potwierdzenie stanowił działający na przełomie lat 60-tych i 70-tych mechanizm przyspieszeń i opóźnień (leads and lags) w rozliczeniach międzynarodowych. A i w latach 80-tych nie brakowało chwil, kiedy kurs funta krzyżował plany rządowi Margaret Thatcher.

Obecne osłabienie funta jest powodowane co najmniej trzema ważnymi przyczynami.

Najpierw ratować gospodarkę

Po pierwsze, powodem jest nie najlepszy stan gospodarki brytyjskiej. Niedługo miną trzy lata kiedy kanclerz skarbu, George Osborne, zaaplikował krajowi gorzką pigułkę w postaci bardzo silnej konsolidacji fiskalnej. Najprawdopodobniej w chwili dokonywania tej konsolidacji, Osborne wierzył nie tylko w skuteczność powtórki z 1981 r., kiedy rząd Margaret Thatcher odwołał się do podobnej polityki, ale miał prawo liczyć również na to, że pozytywne efekty przyniesie po paru latach.

Paradoksalnie konsolidacja fiskalna w wydaniu Osborne’a przyniosła wyniki, ale w krótkim okresie. Na początku 2010 r. panowała niepewność co do przyszłości brytyjskich obligacji. Szef i twórca funduszu hedingowego Pimco, Bill Gross, przyrównał je nawet w styczniu tamtego roku do beczki z nitrogliceryną. Dopiero cięcia fiskalne przekonały inwestorów, że brytyjskie obligacje są bezpiecznym papierem skarbowym. A kiedy determinacja Osborne’a co do dalszych cięć budżetowych zaczęła kontrastować z marazmem dominującym w większości krajów strefy euro, gilty urosły do rangi bezpiecznego schronienia. Wśród znaczących nabywców brytyjskich obligacji znalazł się sam bank centralny Szwajcarii (SNB). A popyt na brytyjskie papiery skarbowe zaczął generować aprecjację funta.

Wraz z upływem czasu zaczęła zmieniać się jednak ocena poczynań polityki Osborne’a. Konsolidacja fiskalna zamiast pomagać gospodarce brytyjskiej wydaje się raczej jej szkodzić. Ponadto byłoby rzeczą dziwną gdyby nabywcy aktywów denominowanych w funtach ograniczali swoją uwagę jedynie do polityki fiskalnej. Tymczasem ocena poczynań Banku Anglii jest bardzo złożona.

Luzowanie podcina funta

Tu dochodzimy do przyczyny drugiej lotu w dół funta. Od marca 2009 r. bank jest zaangażowany w skupowanie różnych aktywów w ramach programu Asset Purchase Facility, znanego pod nazwą Quantitative Easing. Początkowo funt był odporny na QE. Wręcz program mu służył. W sumie Bank Anglii skupił 375 mld funtów, ale skutki nie są jednoznaczne. Z jednej strony gospodarka nadal jest w bardzo słabej kondycji, z drugiej – inflacja znajduje się powyżej celu.

Nic więc dziwnego, że w brytyjskim Komitecie Polityki Pieniężnej (MPC) zaczęły się pojawiać tarcia i napięcia. A jak pokazuje zapis z posiedzeń Banku Anglii – jakie zostały opublikowane 20 lutego – prezes, Mervyn King, został przegłosowany (w stosunku 3 głosy do 6) w sprawie kolejnego zwiększenia programu o kwotę 25 mld funtów.

Teraźniejszość straciła dla rynków urok. Agencje ratingowe patrzą na przeszłość i przyszłość. W końcu Anglia, a później Wielka Brytania nie bankrutowały. Nie każdy kraj może się tym pochwalić. Natomiast przyszłość jawiła się może w niezbyt świetlanych kolorach, ale posunięcia monetarne i fiskalne pozwalały wierzyć, że brytyjski rząd prowadzi właściwą politykę, która wyprowadzi gospodarkę z trudnego położenia. Jednak jak długo można żyć świetlaną perspektywą. Historia mogła mieć znaczenie dla agencji ratingowych ale nie inwestorów, którzy najczęściej wybiegają w przyszłość. Nagle makroekonomiczny mix zaczął tracić na atrakcyjności. Co gorsze decydentom zaczęło brakować charyzmy.

Mervyn King zawsze pozostawał w cieniu swojego poprzednika. Inna sprawa, że Eddie George jako gubernator Banku Anglii (BOE) jeszcze za życia stał się legendą brytyjskiej ekonomii. O Kingu niezbyt pochlebnie wypowiadał się Alistair Darling, który wręcz zarzucał mu bezczynność w kluczowych chwilach kryzysu. A ci, którzy znają go osobiście twierdzą, że Kingowi zawsze system bankowy był znacznie bliższy sercu niż makroekonomia. Sposób w jaki zachowywał się w trakcie śledztwa w sprawie manipulacji stopą LIBOR jedynie potwierdza tezę, że jest prawdziwym ekspertem w zakresie systemu bankowego. Jednak aby być sprawiedliwym – zauważył Martin Wolf na łamach Financial Times – sam fakt, że King głosował za zwiększeniem programu QE oznacza, że chyba jednak mimo całej krytyki, nadal dobrze rozumie potrzeby swojej gospodarki.

Ryzykowna abenomika

W świetle powyższych uwag, stawało się bardzo ważne kto w czerwcu tego roku przejmie schedę po Kingu. Wybór padł na urzędującego jeszcze prezesa banku centralnego Kanady. Poglądy Marka Carney’a zaczęły budzić coraz większe zainteresowanie. A ten już nieraz dawał do zrozumienia, że będzie inaczej postrzegał cel inflacyjny, niż to czynili jego poprzednicy. Dlatego inwestorzy zaczynają coraz częściej doszukiwać się elementów tzw. abenomiki (zbitka nazwiska japońskiego premiera Shinzo Abe i ekonomii), opierającej się na polityce pieniężnej, fiskalnej i strategii wzrostu. Carney dostarcza im tego rodzaju ekonomiki całkiem sporo. W końcu priorytetem ma być uzdrowienie gospodarki brytyjskiej, a nie jej waluty. Bo to nie funt przeżywa kryzys, tylko gospodarka brytyjska.

Jest jednak kilka zasadniczych różnic między Japonią a Wielką Brytanią. O ile w przypadku Japonii problemem jest od 20 lat deflacja, tak problemem Wielkiej Brytanii jest zbyt wysoka inflacja. Dlatego eksperymentowanie z niekonwencjonalną polityką monetarną może wydawać się niebezpieczne. Przynajmniej zaś wzbudzać lęk ze strony co bardziej konserwatywnych inwestorów. Zwłaszcza, że nie wiadomo jeszcze jaki może mieć efekt zaostrzona odmiana niekonwencjonalnej polityki monetarnej na kurs funta. Bo jego problemem było zawsze to, że najczęściej był albo przewartościowany albo niedowartościowany.

Sporo wysiłku kosztuje przypomnienie sobie chwili kiedy funt byłby właściwie wyceniany przez rynki. Nie jest chyba całkowicie bezpodstawną tezą twierdzenie, że obecne kłopoty gospodarcze Wielkiej Brytanii są częściowo pochodną przewartościowania waluty brytyjskiej w latach w 2004-2007. Zdaniem OECD, kurs funta mierzony parytetem siły nabywczej powinien wynosić 1,458 dol., a więc nadal mamy do czynienia z przewartościowanym funtem (choć na pewno nie w tak dużym stopniu jak w 2007 r., kiedy za funta trzeba było płacić ponad 2,10 dol.).

Brytyjczycy coraz przychylniej odnoszą się do możliwości osłabienia swojej waluty. Dwukrotnie taka operacja przyniosła im spore profity bez równoczesnego ponoszenia kosztów: deprecjacja z września 1931 oraz ta przeprowadzona równo sześćdziesiąt jeden lat później. Wyjściu funta szterlinga z ERM (Europejskiego Mechanizmu Kursów Walutowych) towarzyszyły w 1992 r. ogromne obawy co do kształtowania się stopy inflacji. W końcu jeszcze w październiku 1990 wynosiła ona 10 proc. Czarny scenariusz jednak się nie spełnił, gospodarka weszła na ścieżkę długotrwałego wzrostu (trwał on 15 lat), który nie generował inflacji.

Nie wszystkie deprecjacje funta tak się jednak kończyły. Wystarczy przypomnieć boom Barbera z pierwszej połowy lat 70., który doprowadził do inflacji rzędu 27 proc. w 1975 r. Takiego wzrostu cen Zjednoczone Królestwo nie widziało w czasach pokoju od prawie 300 lat. Zresztą nie trzeba sięgać daleko wstecz. Można też przytoczyć boom Lawsona z drugiej połowy lat 80., kiedy stopa inflacji (właśnie za sprawą między innymi funta, a dokładniej decyzji Nigela Lawsona o powiązaniu funta z marką niemiecką w kwietniu 1987 r.) wymknęła ponownie się spod kontroli. Następca Lawsona, John Major szybko zrozumiał, że jedyną możliwością ustabilizowania gospodarki oraz obniżenia stóp (które wówczas wynosiły 15 proc.) było przystąpienie do ERM.

Wniosek z tego jest taki, że wiarygodność Banku Anglii jest stosunkowo świeża i krucha. Okres niespełna dwudziestu lat wydaje się być okresem zbyt krótkim, aby na jej bazie dokonywać ryzykowanych eksperymentów z polityką pieniężną. Oczywiście rodzi się pytanie, czy jest alternatywa i pozostaje ono raczej bez odpowiedzi. Brytyjczycy kiedy przychodzi im wybierać między wzrostem gospodarczym a inflacją, zawsze wybiorą ten pierwszy. Wiedział o tym w sierpniu 1992 r. Bill Gross i dlatego miesiąc później stał się jeszcze bogatszy.

Pożegnanie z najwyższym ratingiem

Dlatego nerwowość i niepewność ze strony inwestorów co do przyszłości funta jest w pełni zrozumiała. A przysłowiowym przekroczeniem Rubikonu wydaje się być – tu powód zapaści funta trzeci – decyzja agencji Moody’s, z 22 lutego, o zabraniu Wielkiej Brytanii najwyższego ratingu. Była ona o tyle zaskoczeniem, że inwestorzy spodziewali się jej raczej po 20 marca, czyli po kolejnej odsłonie budżetowej.

Mansoor Mohi-uddin, dyrektor strategii walutowych w banku UBS, określił decyzję Moody’s jako odebranie nie tylko gospodarce brytyjskiej najwyższego ratingu, ale również zabranie funtowi statusu waluty bezpiecznego schronienia. Wskazuje on również na jeszcze jeden czynnik mogący odstraszać od funta: perspektywę zbliżającego się referendum w sprawie pozostania Wielkiej Brytanii w UE.

To chyba jednak rysowanie zbyt ponurych perspektyw. Brytyjczycy twierdzą, że bez najwyższego ratingu znajdują się wręcz w doborowym towarzystwie. Istotnie, patrząc na USA, które najwyższy rating straciły w sierpniu 2011 r., można stwierdzić, że nie był to żaden koniec świata dla amerykańskiej gospodarki. Ponadto dla wszystkich decydujących się na sprzedaż funtów rodzi się jeszcze pytanie, na co je wymienić. Wielu ekspertów uważa też, że lepiej jest zmierzyć się ze wszystkimi wyzwaniami konsolidacji fiskalnej niż z odkładaniem jej w nieskończoność.

Z walutą brytyjską nie musi być chyba aż tak źle, skoro wynik wyborów we Włoszech zachęcił co niektórych graczy do przeproszenia się z waluta brytyjską. Co ważniejsze efekt Mario Draghiego (za sprawą którego zaczęło umacniać się euro zwłaszcza kosztem funta) zaczyna wyraźnie gasnąć. Może dlatego, że słowa prezesa Europejskiego Banku Centralnego nie wygenerowały w większości krajów strefy euro wystarczającej determinacji i odwagi, by podjąć tak odważne działania jak to ma miejsce w Wielkiej Brytanii.

Opinie i prognozy Billa Grossa na pewno budzą duże zainteresowanie medialne, ale – jak pokazuje przykład brytyjskich obligacji – nie zawsze się sprawdzają. Tak więc funtowi korona raczej z głowy nie spadnie. Ci, którzy nie przepadają za Anglikami mają formułkę na zdenerwowanie dumnych synów Albionu: dwie wojny światowe i jedne mistrzostwa świata w piłce nożnej. Wówczas Anglicy mają do wyboru dwie odpowiedzi, w zależności od prześmiewcy. Dwie wojny światowe, jedne mistrzostwa świata i albo ani jednej denominacji albo ani jednego bankructwa. I rzadko kogo ta odpowiedź nie dotyczy.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test