Krajobraz po bitwie o Nord Stream

16 miesięcy temu, przy bardzo ostrych, ale całkowicie bezskutecznych interwencjach Polski, rozpoczęła się budowa gazociągu Nord Stream. Teraz gazociąg wypełnia się gazem, co wciąż wzbudza w Polsce ogromne emocje.
Krajobraz po bitwie o Nord Stream

Gerhard Schroeder, szef rady nadzorczej spółki zarządzającej gazociągiem Nord Stream (CC By-SA WEF)

Przyrównanie kilka lat temu przez jednego z polskich polityków rurociągu bałtyckiego Nord Stream do Paktu Ribbentrop – Mołotow stało się popularne, ale jest historycznie jest nieścisłe. Sygnatariuszami tamtego paktu były wyłącznie Niemcy i Rosja, a gdy Ribbentrop pakował frak przed wylotem do Moskwy, przebywały tam delegacje sztabowe Francji i Wielkiej Brytanii. Rozmawiały one, bez powodzenia, o łącznej walce przeciwko hitlerowskim Niemcom, do której ZSRR obiecał wystawić 120 dywizji, jeśli tylko Paryż i Londyn zdołają skłonić do ich przepuszczenia Warszawę, Pragę lub Bukareszt.

Na rosyjski gaz, który zaczyna płynąć pod Bałtykiem, we wspólnym tym razem froncie czekają nie tylko Niemcy, ale również Belgia, Dania, Francja, Holandia i Wielka Brytania. Przy podpisywaniu w czerwcu 2003 r. w Londynie w obecności Władimira Putina przez ministrów energii Rosji i Wielkiej Brytanii memorandum o poparciu dla budowy owego rurociągu – czego byłem świadkiem  – Tony Blair powiedział, że ma ono dla jego kraju znaczenie strategiczne.

Symboliczne odkręcenie przez premiera Rosji 6 września kurka od rurociągu bałtyckiego uświetnił swoją obecnością prezes spółki Nord Stream, były kanclerz Niemiec, Gerhard Schroeder. W odróżnieniu od Paktu Ribbentrop-Mołotow, również spółka Nord Stream nie jest jednak przedsięwzięciem tylko rosyjsko-niemieckim, bo po 9 procent jej akcji mają spółki z udziałem francuskiego i holenderskiego skarbu państwa – GDF-Suez i Gasunie.

Dodajmy do tego, że projekt techniczny rurociągu wykonała włoska spółka Snamprogretti a 10 proc. rur, nie obrażając się o Wyspy Kurylskie, dostarczył japoński koncern Sumitomo. Jeśli spojrzeć na samą liczbę klientów na gaz, który zaczyna płynąć pod Bałtykiem, można by uznać, że we wrześniu 2011 r. Polska jest bardziej osamotniona, niż w sierpniu 1939 r. bo wtedy jeszcze liczyliśmy na zachodnich aliantów.

Międzynarodowe reakcje

Komentując to wydarzenie, Financial Times stwierdził, że rurociąg Nord Stream zacieśni uścisk, w jakim Rosja trzyma lukratywne rynki gazowe kontynentu europejskiego, a Ukraina i Polska utracą część wpływów z opłat tranzytowych. Uruchomienie go tuż przed sezonem zimowym zmieni układ sił w dostawach gazu na kontynent i pozwoli Gazpromowi zaprezentować się w roli rzetelnego dostawcy, nie podatnego już na skutki sporów z Ukrainą.

Oddanie za rok drugiej nitki, dzięki czemu przepustowość wzrośnie do 55 mld m sześć. rocznie, umożliwi też zwiększenie dostaw do Europy zachodniej w stopniu pozwalającym – jak podkreślił Putin – zrezygnować z budowy 11 elektrowni jądrowych. (Po katastrofie w Fukuszimie jest to atrakcyjny argument wyborczy, szczególnie w Niemczech, ale również w Wielkiej Brytanii, gdzie na osiem wyznaczonych lokalizacji dla nowych elektrowni jądrowych, zainteresowanie wzbudziła dotychczas tylko jedna – przyp. MK)

Jak powiedziano Obserwatorowi Finansowemu w Financial Times, argument pewności dostaw, jakim będzie operował Gazprom, utrudni Polsce zmobilizowanie na terenie Unii Europejskiej poparcia w razie kłopotów, niezależnie od deklaracji i dokumentów nakreślających jej wspólną strategię energetyczną. Na forum Unii inwestycję tę od dawna zresztą przyjmowano ciepło, co do Warszawy nie bardzo docierało. Za przedsięwzięcie o znaczeniu ogólnoeuropejskim i część transeuropejskich sieci energetycznych (TEN-E) został on uznany już w r. 2000. W lipcu 2009 r. komisarz Komisji Europejskiej ds. energii, Andris Piebalgis oświadczył, że sprzyjała ona zawsze rurociągowi Nord Stream. W dokumentach “Unijno-Rosyjskiego Dialogu Energetycznego”, uznano go z kolei za instrument budowy zaufania.

Bruksela bez muskułów

Tło takiego stosunku ze strony Unii i Komisji ukazuje znakomite studium “Bruksela bez muskułów”, opublikowane przez Szwedzką Agencję Studiów Obronnych. Stwierdza się w nim, że w sprawach energii Unia jest bezsilna, a ponadto panuje w niej w tych sprawach duże zamieszanie. Wchodzą one w zakres ponadnarodowych uprawnień Unii, ale faktyczne kompetencje w tej dziedzinie mają państwa członkowskie. Ponadto import gazu z Rosji to problematyka z zakresu trzech różnych „filarów”, w ramach których obowiązują odmienne procedury podejmowania decyzji, a kompetencje są dzielone między Komisję Europejską, Parlament Europejski oraz państwa członkowskie (stosunki z Rosją należą do tej ostatniej sfery).

Państwa UE są ponadto uzależnione od rosyjskiego gazu w bardzo różnym stopniu – od 0 proc., jak w przypadku Szwecji, czy Hiszpanii, do 100 proc. w przypadku państw bałtyckich, Finlandii i Bułgarii. W Unii utrzymuje się w też (wskazany w szwedzkim studium za publikacją M. Leonarda i N. Poescu, A Power Audit od the EU-Russia Relations, European Council on Foreign Relations, listopad 2007) podział pod względem temperatury ich stosunków z Rosją.

Temperatura ta jest najwyższa w przypadku „koni trojańskich” (Cypr i Grecja), kolejno spadając w grupie „partnerów strategicznych” (Francja, Hiszpania, Niemcy i Włochy), „przyjaznych pragmatyków” (Austria, Belgia, Bułgaria, Finlandia, Luksemburg, Malta, Portugalia, Słowacja i Słowenia i Węgry), „zimnych pragmatyków” (Czechy, Dania, Estonia, Holandia, Irlandia, Łotwa, Rumunia, Szwecja i Wlk. Brytania), po “nowych rycerzy zimnej wojny” (Polska i Litwa).

Z weta, na korzyść Rosji lub na jej niekorzyść, gotowe są korzystać państwa zaliczane do dwóch skrajnych kategorii. „Przyjaźni pragmatycy”, wzorem Sumitomo, przedkładają biznes nad politykę a „zimni pragmatycy” prowadzą z Rosją interesy, ale nie mają zahamowań przez jej krytykowaniem. Na te podziały nakładają się też różnice zdań między państwami członkowskimi a Komisją Europejską, której miejsce przypada gdzieś między “strategicznym partnerem” a “przyjaznym pragmatykiem”

Oprócz podziałów politycznych w Unii, wypracowanie i przestrzeganie jej jednolitej polityki energetycznej wobec Rosji jest też utrudnione przez brak przejrzystości finansowej cen na rosyjski gaz oraz udział różnych, dziwnych pośredników. Ułatwia to Gazpromowi rozgrywanie poszczególnych importerów i ich rządów i w efekcie – narusza symetrię wzajemnych zależności. Na użytek Zachodu sprowadza on ją do prostego obrazka – wy potrzebujecie bezpieczeństwa dostaw, my, po to, żeby inwestować, potrzebujemy bezpieczeństwa odbioru.

Nord Stream – podkreśla się w szwedzkim studium – ułatwi Gazpromowi wyłuskiwanie poszczególnych państw, aby układać się z nimi na zasadzie dwustronnej. Umocni on też pozycję Niemiec, jako jednego z najbliższych strategicznych przyjaciół Rosji w UE. Istnieje również szersze zagrożenie, że rurociąg ten stanie się przykładem ignorowania przez UE jednych państw przy faworyzowaniu innych. Ponadto, chociaż do Traktatu Lizbońskiego włączono tzw. zasadę solidarności, to nie ma ona charakteru wiążącego. W handlu gazem – stwierdza się w nim – Rosja i UE nie kierują się wspólnymi wartościami, ale jedynie wspólnymi interesami.

Mafia z Palermo

W również znakomitym i miejscami przypominającym thriller (mowa m.in. mafii z Palermo, która zamierzała na własny rachunek dostarczać rosyjski gaz do Wielkiej Brytanii) studium “Gazprom’s European Web” nieżyjącego już autora, Romana Kupczyńskiego z Fundacji Jamestown, ostrzega się, że brak przejrzystości, ukrywanie, kto bierze pieniądze, włączanie spółek-wydmuszek ulokowanych w azylach podatkowych i utajnianie umów Gazpromu z klientami, źle wróży Unii Europejskiej.

Studium to zarzuca, że Komisja Europejska nie rozpoznała zagrożenia, jakie dla bezpieczeństwa energetycznego Unii stanowią dziwni, związani z Gazpromem i zamieszani w różne skandale pośrednicy, tacy jak znana w Polsce spółka RosUkrEnergo, grupa Centrex, Gazprom Germania, YugoRosGas, Eural Trans Gas, Overgas i inne. Gdyby nie RosUkrEnergo – twierdził Kupczyński – to do przerwania dostaw gazu dla Ukrainy w styczniu 2009 r., które odbiło się również na innych krajach europejskich, zapewne by nie doszło.

Spółki te są podejrzewane o wyprowadzanie milionów (wypranych lub nie) dolarów, jeśli nie do rosyjskiej mafii, to na prywatne konta wysoko postawionych osób w Rosji, na Ukrainie i w innych krajach, włącznie z osobistościami z aparatu UE (są szczegóły). To, że Komisja nie podjęła żadnej próby, aby skłonić rządy państw członkowskich (m.in. Austrii, Cypru i Węgier) do zbadania ich roli, jest – według Kupczyńskiego – zaniedbaniem.

Jednym z zadań owej „pajęczyny Gazpromu” – sądził on – jest korumpowanie elit politycznych i pozyskiwanie ich przychylności – jak w przypadku Schroedera i właśnie dlatego jest ona tak nieprzejrzysta. Dziwnym trafem, zarządy RosUkrEnergo i kilku innych “wydmuszek” Gazpromu mają siedzibę w tym samym szwajcarskim mieście Zug, co i zarząd spółki Nord Stream. Ich powiązania sięgaja bardzo daleko – według niemieckiego tygodnika Stern z 13.09.2007 r., Robert Nowikowski, akcjonariusz jednej z takich spółek, pod firmą Centrex, był zamieszany w r. 2002 w nielegalne wypłacenie 4,5 mln dolarów synom ówczesnego premiera Izraela, Ariela Sharona.

Autor opublikowanego przez Królewski Instytut Spraw Międzynarodowych w Londynie studium pt. „Russia’s Energy Diplomacy”, John Lough wskazuje, że obecne rosyjskie praktyki w handlu paliwami mają skutki przeciwne do zamiarów politycznych Kremla i podrywają zaufanie do Rosji zarówno wśród byłych republik ZSRR, jak i w Unii Europejskiej. Ponieważ jednak wydobycie gazu spada a rosyjski kompleks paliwowy jest niewydajny i niedoinwestowany, do przyjęcia międzynarodowych reguł obrotu handlowego mogą – zdaniem Lougha – zmusić Rosję konieczności ekonomiczne. Powstanie rynku na gaz skroplony, rynku transakcji spotowych na gaz oraz domaganie się przez UE dostępu stron trzecich do rosyjskich rurociągów – wszystko to osłabia pozycję Rosji w Europie, na którą (wraz z Turcją) przypada 95 proc. przychodów Gazpromu spoza WNP. Nie może więc ona pozwalać sobie na samozadowolenie.

Autor ten twierdzi, że gdy Rosja „ucywilizuje” swoje praktyki handlowe, jej wpływy będą szersze, niż obecnie! Rad tak szacownej instytucji jak Królewski Instytut Spraw Międzynarodowych, Rosjanie niestety jednak nie posłuchali. Mającą siedzibę w Londynie BP wyrzucili (nie pierwszy raz) z joint venture z Rosnieftem w Arktyce i na Morzu Czarnym, gdzie program inwestycji szacowany jest na 500 miliardów (!) dolarów i zastąpili ją przez jej amerykańskiego rywala, grupę ExxonMobil.

Już następnego dnia też, do siedziby moskiewskiego oddziału BP wparowało 15 zamaskowanych komorników federalnych, którzy dobrali się do komputerów. Akcji tej oficjalnie dokonano na wniosek prywatnego rosyjskiego biznesmana, Andrieja Prochorowa, jednego z akcjonariuszy mniejszościowych i powodów w toczącym się w Tiumieniu procesie dotyczącym innej joint venture, TNK-BP (czyli BP oraz czterech oligarchów: Mikhaiła Fridmana, Len Bławatnika, Wiktora Wekselberga i Germana Chana), z której BP usiłowała się wycofać, zawiązując właśnie wspomnianą joint venture z Rosnieftem.

Sprawa ta nie zaczęła się teraz – wszczęto wokół niej już 365 dochodzeń i 37 spraw karnych. Ktokolwiek spędził choćby jeden dzień w Moskwie, nie będzie jednak miał wątpliwości, że termin wyprawy federalnych komorników do moskiewskiego biura BP, tuż przed wizytą brytyjskiego premiera, Davida Camerona, nie jest przypadkiem, ale elementem gry o ekstradycję Andrieja Ługowoja.

W cywilizujący wpływ konieczności pozyskania zachodnich inwestorów i technologii wierzy też autor opracowania „Russian Energy Policy Toward Neighboring Countries” opublikowanego przez Congressional Library Research Service (Biuro Studiów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych), Steven Woehrel. Ostrzega on jednak, że jeśli po „strumieniu północnym” – przez Bałtyk, Rosja odda do użytku również (będący rywalem Nabucco) “strumień południowy”, idący przez Morze Czarne i Bałkany, z odgałęzieniami do Austrii, Włoch, Bułgarii, Serbii i Węgier, o planowanej przepustowości do 63 mld m sześc. rocznie, to na wypełnienie ich Rosji może nie wystarczyć gazu. Nie jest jednak również jasne – wskazuje on – czy wystarczy gazu na wypełnienie rywalizujących z Rosją rurociągów, których budowę popierają Stany Zjednoczone, zwłaszcza w sytuacji, gdy sankcjami eksportowymi objęty jest Iran.

Zablokowane porty

W Polsce słowa „Nord Stream” i „rurociąg bałtycki” wywołują szczękościsk i wzmagają obawy przez strategicznym okrążeniem. Dochodzi do tego wykorzystywany również w polskiej polityce wewnętrznej spór o prześwit nad rurociągiem w miejscu, gdzie krzyżuje się on z torem wodnym do portów Szczecin – Świnoujście między ich zarządem a Nord Stream.

Początkowo Nord Stream planował, aby ów prześwit wynosił 14 metrów, czyli tyle ile wynosi głębokość (głębszego) zachodniego toru wodnego do owych portów. Zarząd ich, myśląc o perspektywicznym pogłębieniu owego toru do 17 metrów, czyli tylu, ile wynosi największa głębokość cieśnin duńskich, domagał i domaga się, by i ów prześwit wynosił tyle samo. Na zorganizowanej po serii pytań autora pod adresem Nord Stream, konferencji prasowej dla polskich dziennikarzy, w marcu 2010 r. w Berlinie, poinformowano, że uwzględniając polskie niepokoje, rurociąg zostanie częściowo zakopany a częściowo przesunięty w stosunku do poprzednich planów.

W wyniku tych działań, prześwit nad jego skrzyżowaniem z zachodnim torem wodnym miał wynieść 16 m. Dla porównania, zanurzenie gazowców klasy Q-Max, czyli największych statków, jakie mogą tankować płynny gaz w Katarze, wynosi 12 m a zanurzenie Baltimaxów – 15 m.

Gdy sporowi temu przyjrzeć się przez lupę, widać jego wręcz surrealistyczne smaczki. Jednym z nich jest fakt, że w tzw. dokumencie z Espoo, podsumowującym konsultacje nad założeniami techniczno-ekonomicznymi rurociągu, do jakich Nord Stream zaprosił wszystkie państwa leżące nad Bałtykiem, widnieje niemieckie zastrzeżenie dotyczące toru wodnego do Greifswaldu. Nie ma zaś żadnego zastrzeżenia polskiego.

Gdy spytałem dyrektora Nord Stream ds. pozwoleń, dr. Dirka von Amelna, dlaczego nie ma takiego zastrzeżenia w sprawie Świnoujścia i Szczecina, odparł on: „nie wiem, przedstawiciel Polski brał w nich udział” (ministrem spraw zagranicznych była w tym czasie Anna Fotyga, a premierem – Jarosław Kaczyński). Zapytany przez polskich dziennikarzy w Berlinie o polskie plany pogłębienia zachodniego toru wodnego Ameln przypomniał im, że tor ten leży na niemieckich wodach terytorialnych, a nie słyszał, żeby Niemcy planowały jego pogłębianie.

Póki co zaś, dla zarządu portów Szczecin-Świnoujście perspektywiczną wizją jest pogłębienie wewnętrznego toru wodnego, wiodącego do Szczecina, z 9,15 do 12,5 m, choć tamtejszy Urząd Morski uważa, że pogłębić należałoby raczej baseny portowe, bo i tak większość zawijających tam statków ma zanurzenie 6 m.

Pętla na szyi, czy kroplówka

Wyjrzenie poza Polskę ukazuje, że lansowane przez niektóre środowiska krajowe widzenie rurociągu bałtyckiego, jako pętli zaciśniętej wspólnie przez Rosję i Niemcy na polskiej szyi nie jest podzielane w Unii Europejskiej. Z całą pewnością nie jest ono podzielane w Londynie, dla którego rurociąg ten pomaga zróżnicować drogi dostaw gazu do krajów Unii Europejskiej, a więc zwiększa bezpieczeństwo energetyczne Europy (they would say this, wouldn’t they?),

Co ciekawe, odpowiedź udzielona obecnie Obserwatorowi Finansowemu, gdy rządy sprawuje koalicja konserwatywno-liberalna, przez brytyjskie Ministerstwo Energii i Zmian Klimatu, brzmi dokładnie tak samo, jak to, co parę lat temu, stojąc obok polskiego ministra spraw zagranicznych, powiedział autorowi ówczesny jego labourzystowski odpowiednik, David Miliband.

Parafrazując nieśmiertelne słowa Palmerstone’a, po Wielkiej Brytanii można spodziewać się, że będzie się kierować wyłącznie swoimi, stałymi interesami. Polski naukowiec z Uniwersytetu Oksfordzkiego, dr Aleksander Kotłowski, specjalizujący się w prawie energetycznym, powiedział jednak Obserwatorowi Finansowemu, że co prawda, w wyniku oddania rurociągu bałtyckiego do użytku, Polska straci na znaczeniu jako kraj tranzytowy, a ryzyko w dostawach się zwiększy, ale w ocenach jego wpływu na polski rynek gazu i na szerszą gospodarkę nie należy przesadzać.

Polska gospodarka – wskazuje Kotłowski – nadal oparta jest na węglu, a gaz ma znaczenie drugorzędne. Ponadto Polska ma również swoje zasoby gazu (konwencjonalnego – MK), które pozwalają kompensować nawet długotrwałe zakłócenia dostaw i spotowe wahania cen. W dłuższej perspektywie natomiast, Polska będzie mogła korzystać z części dostarczanego przez Nord Stream gazu, kupując go przez Niemcy, choć zarówno z powodów technicznych, jak i handlowych (całość gazu, jaki będzie przepływał, już zakontraktowano), w ciągu najbliższych kilkunastu lat nie będzie to możliwe.

Cytowany wcześniej ekspert amerykański z Congressional Library Research Service, Steven Woehrel powiedział natomiast Obserwatorowi Finansowemu, że skutki oddania rurociągu bałtyckiego do użytku nie muszą być dla Polski negatywne, zwłaszcza jeśli państwa Unii Europejskiej (w tym Niemcy) stworzą sieć wzajemnych połączeń różnych rurociągów, a Polska i inne kraje Europy środkowej będą kontynuować poszukiwania gazu niekonwencjonalnego i tworzenie infrastruktury dla importu gazu skroplonego.

Jego zdaniem, wpływ rurociągu na NATO będzie jedynie pośredni, a problemem dla tego sojuszu stanie się dopiero wtedy, gdy jego państwa członkowskie, które obecnie zawierają własne porozumienia z Rosją w sprawie paliw, zaczną tę współpracę rozszerzać również na sprawy wojskowe. Póki co, nawet jednak sprzedanie Rosji (planowanych czterech – MK) francuskich okrętów desantowych klasy Mistral ma rozbieżne interpretacje – niektórzy sądzą, że idzie to właśnie w tym kierunku, inni uważają, że nie ma to większego znaczenia.

Podobnie jak Stratfor, Woehler wskazuje, że największe skutki rurociąg Nord Stream (jak również South Stream, jeśli zostanie zbudowany) spowoduje dla Ukrainy. W sferze ekonomicznej, jego wynikiem będzie spadek wartości ukraińskiego systemu rurociągów, co pozwoli Rosji wykupić go o wiele taniej. Pozwoli to również Rosji założyć polityczną pętlę na szyję właśnie temu państwu…

Pozwoli albo nie pozwoli. Tydzień przed odkręceniem przez Putina symbolicznego kurka od rury pod Bałtykiem, koncern Royal Dutch Shell poinformował, że nabył prawa do dokonania na Ukrainie pierwszego tysiąca odwiertów w poszukiwaniu gazu łupkowego. Może on zainwestować tam pół miliarda dolarów. Według amerykańskiej Energy Information Administration, dające się wydobyć, z technicznego punktu widzenia, zasoby gazu łupkowego na Ukrainie mogą wynosić ok.jednej czwartej ich wielkości w Polsce. Z kolei na poprawę humoru Polaków powinno wpłynąć uzyskanie go w Polsce, bo w pierwszych dniach września wypłynął on zarówno z odwiertu PGNiG, jak i z odwiertu amerykańskiej spólki 3Legs Resources (w Łebieniu na Pomorzu).

Zarządu Nord Stream sukcesy te jednak nie zniechęcają. Dyrektor generalny tej spółki, Matthias Warning (znany też podobno wcześniej w innych kręgach jako kpt „Arthur”) wskazuje, że gospodarczej użyteczności niekonwencjonalnych źródeł gazu ziemnego w Europie jeszcze nie dowiedziono a z powodu dużej gęstości zaludnienia, trudności techniczne i koszty mogą okazać się nie do pokonania. Gaz skroplony (LNG) odznacza się z kolei, dużą elastycznością dostaw, ale ta sama elastyczność może działać przeciwko jego odbiorcom, jeśli jakiś inny kraj zechce zapłacić za niego więcej. Pewność dostaw przez rurociąg i wzajemne uzależnienie Rosji i Europy – twierdzi on – przyniosą natomiast korzyści obu stronom.

He would say this, wouldn’t he? Zastanawiające jest jednak, że David Loughman, jeden z szefów Royal Dutch Shell w Norwegii  –  tego samego Royal Dutch Shell, który nabył prawo do dokonania pierwszego tysiąca odwiertów w poszukiwaniu gazu łupkowego na Ukrainie, powiedział w Krynicy, że Europa może go w ogóle nie potrzebować.

Autor jest korespondentem Obserwatora Finansowego w Londynie

Gerhard Schroeder, szef rady nadzorczej spółki zarządzającej gazociągiem Nord Stream (CC By-SA WEF)

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Ukraina jest nie do zastąpienia w tranzycie gazu z Rosji

Kategoria: Analizy
Pod koniec roku wygasa 10-letnia umowa między Rosją i Ukrainą o tranzycie rosyjskiego gazu na rynki europejskie. Gazprom już w 2015 r. informował, że od 2020 r. będzie dostarczać gaz nowymi drogami. Jednak wszystko wskazuje na to, że Rosja będzie zmuszona przez 2-3 lata nadal przesyłać przez Ukrainę więcej niż połowę dotychczasowych dostaw.
Ukraina jest nie do zastąpienia w tranzycie gazu z Rosji

Co dalej z ukraińskimi gazociągami?

Kategoria: Analizy
Po kilku latach przymiarek Ukraina wypełniła swoje zobowiązanie z umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską i rozdzieliła funkcje transportu gazu i jego sprzedaży. Wciąż nie jest jasne, czy i na jakich zasadach będzie odbywać się tranzyt gazu rosyjskiego, bo umowa wygasa z końcem roku, a nowej nie ma.
Co dalej z ukraińskimi gazociągami?

LNG coraz ważniejszy dla Polski i dla Europy

Kategoria: Analizy
Na świecie obserwuje się duży wzrost popytu na skroplony gaz ziemny (LNG). Rozbudowywana jest infrastruktura eksportowa oraz importowa, co umożliwia dostawy gazu. Nowe możliwości importu gazu mają szczególnie duże znaczenie w Europie, gdzie wyraźnie dominuje Rosja jako najważniejszy dostawca gazu.
LNG coraz ważniejszy dla Polski i dla Europy