Gdzie są granice japońskiego zadłużenia

14.01.2018
Zwiędła gospodarka Kraju Kwitnącej Wiśni jest podlewana długiem, niskimi stopami procentowymi i drukiem papierowego pieniądza. To jest droga donikąd, przed którą ostrzega austriacka szkoła ekonomii – przekonuje na łamach swojej książki polski ekonomista dr Marcin Mrowiec.


Stracone dekady Japonii – ten termin zna chyba każdy, kto choć trochę interesuje się tym, co dzieje się w światowej gospodarce. Ale co on tak naprawdę oznacza? I skąd się te stracone dekady wzięły? Jak to możliwe, że kraj bogaty w innowacyjne, zaawansowane technologicznie duże przedsiębiorstwa i niezwykle pracowitą i zdyscyplinowaną siłę roboczą stanął w miejscu, jeśli chodzi o rozwój gospodarczy?

Tą tajemnicę próbuje rozwiązać dr Marcin Mrowiec, główny ekonomista Pekao, na łamach książki „Austriacka Szkoła Ekonomii. Jak może pomóc wyjaśnić stagnację gospodarki Japonii” (Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2017). Marcin Mrowiec jest absolwentem Akademii Ekonomicznej w Krakowie. Ma za sobą wiele lat pracy na stanowisku głównego ekonomisty Banku Pekao. Publikacja ta bazuje na jego pracy doktorskiej.

Na kartach swojej książki Mrowiec wyraźnie przedstawia stagnację gospodarczą Japonii. Tempo wzrostu PKB Kraju Kwitnącej Wiśni wyraźnie zmalało już w latach 90. XX wieku (1,1 proc. średniorocznie, podczas gdy dla Unii Europejskiej ten wskaźnik wyniósł 2,3 proc.), by spaść niemal do zera (0,8 proc. średniorocznie) w pierwszej dekadzie XXI wieku ( dla UE wskaźnik wyniósł 1,4 proc., dla USA 1,7 proc., a dla Australii już 3,1 proc.). Gdy spojrzy się na średnie tempo wzrostu PKB na zatrudnionego, to już nie wygląda to tak fatalnie (w latach 2001-10 wyniosło 1 proc., i było wyższe niż choćby w Niemczech, Francji czy Kanadzie).

Mrowiec wyraźnie podkreśla, że stracone dekady Japonii rozpoczęły się, gdy zaczął znacząco rosnąć dług publiczny w relacji do PKB, co pociągnęło władze w kierunku stosowania nadmiernie luźnej polityki monetarnej. Jeszcze w latach 80. dług utrzymywał się w okolicach 70-80 proc. PKB. Obecnie relacja długu publicznego do PKB wynosi 250 proc., podczas gdy drugi w kolejności kraj rozwinięty ma ten wskaźnik na poziomie ledwie 133 proc. (Włochy). Wartość wyemitowanych przez Japonię obligacji sięga już niemal 900 bln jenów, podczas gdy 20 lat temu było to ledwie około 280 bln jenów. Mrowiec zwraca uwagę, że japoński rząd już teraz – przy bardzo niskich stopach procentowych – przeznacza około 42 proc. wpływów podatkowych na obsługę zadłużenia.

„Scenariusz skokowego wzrostu kosztów obsługi tego zadłużenia oznacza realne ryzyko, że koszty obsługi długu okazałoby się wyższe niż całe wpływy podatkowe. Do zachwiania wiarą inwestorów w wypłacalność Japonii wystarczyłby wzrost kosztów obsługi zadłużenia rzędu 200 pb, czyli w skali niebędącej niczym nadzwyczajnym na innych rynkach rozwiniętych” – przekonuje Mrowiec. „Biorąc pod uwagę narosłe do tej pory zadłużenie oraz rosnące w najbliższych dekadach wydatki związane ze starzeniem się japońskiego społeczeństwa, dług tego kraju jest zasadniczo niespłacalny w klasycznym rozumieniu tego słowa, tzn. Poprzez nadwyżki budżetowe” – przestrzega Mrowiec.

Jak to możliwe, że Japonia tkwi w tej błędnej polityce? Mrowiec na wyjaśnienie tego zjawiska poświęca większą część książki. Powody są dwa: kultura oraz zaszłości historyczne. Japońskie społeczeństwo od dawna wyżej ceni interes grupy, niż jednostki. Przedkłada ład i hierarchię przed wolność i swobodę. O ile na początku XX wieku w Japonii „panował” wolny rynek, o tyle skończył się w 1923 roku, gdy doszło do wielkiego trzęsienia ziemi.

Władzom Japonii dość łatwo przyszło przekonanie Japończyków, że ważniejsze od indywidualnej pomyślności jest odbudowanie kraju i jego potęgi. Powrócił do łask etos samurajski, uważający poświęcanie się dla pana za coś o wiele wznioślejszego, niż pracowanie dla zysku. To skierowało system gospodarczy Japonii na tory interwencjonizmu i biurokratyzmu. Sprawę pogorszyła jeszcze decyzja amerykańskich władz okupacyjnych, które tuż po II wojnie światowej nie „wyczyściła” biurokracji (nie chcąc uchodzić za władzę surową), za to zlikwidowała zaibatsu – rodzinne kartele będące ostatnią ostoją sprawnego, prywatnego biznesu.

W latach 50. i 60. XX wieku Japonia pogrążyła się w etatyzmie i interwencjonizmie. Wtedy urosła potęga banków. Doszło do tego, że jeden człowiek – którym był wieloletni prezes Banku Japonii Hisato Ichimada – decydował o kredytowaniu nie tylko całych gałęzi gospodarki, ale i pojedynczych koncernów i firm. Nazywany był „papieżem kredytu”. Kwitł nepotyzm, który doprowadził do tego, że pracę można było zdobyć lub zmienić tylko dzięki znajomościom i koligacjom rodzinnym. Elity biznesowe i biurokratyczne wywodziły się niemal w całości z Uniwersytetu Tokijskiego (szczególnie z wydziału prawa). Ten stan rzeczy trwał aż do końca lat 90.

Do dziś, jak wskazuje Mrowiec, japońska przedsiębiorczość jest skrępowana mnóstwem regulacji i licencji. Do dziś banki grają pierwsze skrzypce w krwioobiegu gospodarczym, będąc primus inter pares. Do dziś w Japonii nie ma akceptacji dla bankructw, a więc dla „kreatywnej destrukcji”. „Wykształcenie struktury niezdolnej do efektywnej realokacji zasobów pracy i kapitału było czynnikiem zasadniczo przyczyniającym się do narastania problemów gospodarki Japonii. W dekadzie lat 80. XX wieku procesy te były jeszcze słabo widoczne […] gdyż gospodarkę wspierała dobra koniunktura zewnętrzna […] dodatkowo dopalana rozkręcającym się boomem na rynku nieruchomości i akcji. Pęknięcie baniek spekulacyjnych […] ujawniło strukturalne problemy gospodarki, które pozostają wyzwaniem do dziś […].”

No dobrze, a co ma z tym wszystkim wspólnego skrajnie liberalna austriacka szkoła ekonomii (ASE)? Jak pokazuje na kartach swojej publikacji Mrowiec, Carl Menger, twórca austriackiej szkoły, i jego następcy dowodzą, że pieniądz jest przede wszystkim środkiem wymiany, więc jego druk nie powoduje przyrostu bogactwa i może wywołać tylko chwilowy, krótkotrwały impuls wzrostowy dla gospodarki. Japońskie władze nie rozwiążą strukturalnych problemów poprzez utrzymywanie radyklanie niskich stóp i druk pieniądza.

Mrowiec w swojej książce przypomina kilka przykładów podobnego postępowania z przeszłości, które nie kończyły się dla eksperymentatorów zbyt dobrze. W tym kontekście warto zwrócić w uwagę na okładkę publikacji: wielki żaglowiec, utworzony z chmur, góruje nad o wiele mniejszym, zbudowanym z drewna, płynącym po wzburzonym morzu. Ilustracja nawiązuje do historii floty chińskiego imperatora Yongle. Składała się ona z 1618 statków o wielkości nawet 8-krotnie przekraczającej ówczesne konstrukcje europejskie. Podczas jej budowy (w latach 1404-07) imperator nie zwracał uwagi na koszty, zwiększając wydatki państwa i drukując bez umiaru papierowe pieniądze, które w Chinach funkcjonowały od niemal 400 lat. To doprowadziło po kilkunastu latach do pojawienia się hiperinflacji, która zmusiła pierwszych władców z dynastii Ming do powrotu do standardu srebra (od 1430 roku).

Wielkie żaglowce Yongle okazały się ulotne – flota chińska przestała istnieć i nie odbudowała się przez wiele wieków.

Główny ekonomista banku Pekao umieścił w swojej publikacji kilka pożytecznych aneksów. Między innymi znajdziemy tam bardzo sprawne porównanie austriackiej szkoły ekonomii z innymi szkołami i nurtami oraz sylwetki najważniejszych postaci w historii ASE (m.in. Ludwiga von Misesa i Murraya Rothbarda).

Wielką zaletą książki jest jej forma. Co prawda bazą dla niej była praca doktorska Mrowca, ale czytelnik szybko o tym zapomina. Autor i redakcja postarali się, by pozycja była tak zrozumiała i przejrzysta, jak to tylko możliwe. Została więc wypełniona wykresami, tabelami, grafikami, a najważniejsze fragmenty i terminy są wytłuszczone lub wyjaśniane w ramkach. Pewną niedogodnością jest umieszczenie przypisów (które są liczne) na końcu rozdziałów, a nie na dole stron.

Oczywiście, można się z tezami Mrowca, a więc i całej ASE, nie zgadzać. Tym samym stając po stronie Kazimierza Łaskiego i pokrewnych mu ekonomistów twierdzących, że kraj może zadłużać się niemal w nieskończoność. Wtedy staje się w opozycji do historycznych faktów.

Wydaje się, że do tej pory nie było na polskim rynku publikacji tak dogłębnie diagnozującej problemy strukturalne gospodarki Kraju Kwitnącej Wiśni. To jest lektura obowiązkowa, szczególnie w kontekście problemów demograficznych Polski, które mogą stać się przyczyną powtórzenia losów Japonii.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły