• Zyta Gilowska

Gilowska: rządowi przetarła się jedwabna poduszka

05.08.2010
Podwyżka VAT i brak kompleksowej reformy finansów publicznych może komplikować zadania, jakie ustawodawca postawił przed RPP. - Polska jako państwo na dorobku, z niskim poziomem PKB per capita, musi bardzo ostrożnie kalkulować swoją trajektorię rozwojową. Nie możemy sobie pozwolić na spadek wiarygodności polityki gospodarczej – mówi prof. Zyta Gilowska, członek Rady Polityki Pieniężnej.

Minister finansów Jacek Rostowski powiedział 4 sierpnia, że z powodu decyzji podjętych przez rząd, w którym Pani była ministrem finansów, obecnie do kasy państwa wpływa mniej o 25 mld zł ze składek rentowych, 6 mld zł z ulgi prorodzinnej i 9 mld zł z tytułu zmniejszenia stawek PIT. Uważa, że to były słuszne zmiany, ale powinno im było towarzyszyć obniżenie wydatków.

Rząd wpadł w pułapkę własnych iluzji, co w środowisku zawodowych magików raczej się nie zdarza. Jak zrozumiałam z wcześniejszych wypowiedzi premiera, sugerował on, że poprzednicy perfidnie obniżyli podatki i oddali władzę, żeby następców wprowadzić na minę. Rozumowanie to jest kuriozalne. Przejmując władzę, obecny rząd odziedziczył sektor finansów publicznych zmierzający do równowagi.

Kiedy Platforma Obywatelska przejmowała władzę, w budżecie państwa była nadwyżka. Deficyt na koniec 2007 roku wyniósł niespełna 16 miliardów złotych, a wyniósłby niespełna 10 miliardów, gdyby nasz rząd awansem nie przekazał Funduszowi Ubezpieczeń Społecznych 3 mld złotych na skompensowanie skutków obniżki składki rentowej i gdybyśmy również awansem nie spłacili 3 miliardów z zadłużenia zagranicznego przypadającego do spłaty w 2008 r.

Budżet, który przekazaliśmy ministrowi Rostowskiemu, był prawie zrównoważony. Deficyt całego sektora finansów publicznych w 2007 r. wyniósł zaledwie 22 mld zł – konsolidacja finansów była więc dość zaawansowana. Nie było wówczas potrzeby gwałtownego obniżania wydatków.

Rząd PO pozwolił sobie na rozmaite dodatkowe wydatki, które pochłonęły dodatkowe środki z podatków. W latach 2008-2009 minister Rostowski otrzymał do budżetu z podatków prawie 74 mld zł więcej niż ja miałam w 2007 r. W 2008 r. wpływy z VAT, PIT i CIT były nominalnie prawie o 30 mld zł większe niż w 2007 r., a w 2009 r. prawie o 44 mld zł wyższe niż w 2007 r. Wszystkie te pieniądze hojnie wydano i system utracił równowagę.

Na tym nie koniec, także na 2010 r. rząd premiera Tuska zaplanował w budżecie wydatki większe o ponad 22 mld zł niż wykonane w 2009 r., a chodzi o wydatki nie związane z naszym członkowstwem w Unii Europejskiej. Rząd po prostu od trzech lat mówi o oszczędnościach, a równocześnie wydaje za dużo, chaotycznie i marnotrawnie.

Zmiany przeforsowane przez poprzednią ekipę dały dwa lata na przygotowanie kompleksowej reakcji na kryzys, który na rynkach nieruchomości zaczął się wiosną 2007 r. Obecny rząd wpadł w pułapkę spokoju. Przejął władzę i przez dwa lata siedział na jedwabnej poduszce. W trzecim roku się zdziwił, bo poduszka się podarła, jako że jedwab jest materiałem delikatnym.

W tej chwili deficyt finansów publicznych wynosi ponad 7 proc. PKB, dług publiczny przekracza 50 proc. PKB, a rząd proponuje podwyżkę  VAT o 1 pkt proc. Jakie będą skutki tej decyzji?

Trzeba uświadomić sobie, że wzrost o 1 pkt proc. podstawowej stawki VAT oznacza, że dla towarów i usług nią objętych podatek wzrośnie o ponad 4,5 proc. Jednocześnie rząd nie ukrywa, że nie prowadzi większych starań o przedłużenie derogacji zezwalającej na stosowanie niższych stawek w odniesieniu do innych towarów. Pogodził się z faktem, że te stawki będą wyższe, i to dużo wyższe, bo zamiast stawki 3 proc. będzie 5 proc., a zamiast 7 proc. stawka 8 proc.

Mówiąc wprost, to jest masywna podwyżka, która opodatkowuje konsumpcję. VAT jest źródłem największych dochodów podatkowych – to jest broń masowego rażenia. Na dodatek rząd nie ukrywa, że w istocie zaplanował serię takich podwyżek. Wszystko na to wskazuje, że już niedługo będziemy mieć najwyższą w Europie stawkę podstawową VAT, tj. 25 proc.

Przedstawiciele rządu wielokrotnie powtarzali, że Polskę przed kryzysem uratował popyt wewnętrzny, w tym konsumpcja prywatna, i na pewno mają świadomość, że podnosząc VAT, osłabiają wkład konsumpcji we wzrost PKB. Równocześnie muszą liczyć się ze wzrostem cen, czyli ze wzrostem inflacji, zwłaszcza żywności, gdzie obok skutków powodzi wystąpi radykalny wzrost podatku – z 3 do 5 procent. Taka zależność musi być uwzględniana w analizach zmian nominalnych stóp procentowych, co również pogarsza perspektywy dynamiki gospodarczej.

W moim przekonaniu zmiany podatkowe, które zaproponował rząd, są szkodliwe i nielogiczne. Gdyby nawet rząd zrealizował, w co wątpię, wszystkie majaczące dzisiaj na horyzoncie zmiany stawek podatku VAT, to „docelowo”, w perspektywie 3 lat liczyłby, oczywiście w ujęciu statycznym, na dodatkowe 15-20 mld zł rocznie, czyli mniej niż wynosi lekkomyślny, tegoroczny wzrost „nieeuropejskich” wydatków budżetowych. To nie miałoby ekonomicznego sensu, bo gospodarka jest układem dynamicznym i na takie dictum zareaguje spowolnieniem.

Dlaczego więc, Pani zdaniem, rząd zdecydował  się na takie rozwiązanie?

Uważam, że ta decyzja wynika z powodów politycznych. Najwyraźniej rząd formatuje opinię publiczną, czyli szykuje grunt pod inne działania – zmiany zasad rozliczania składki emerytalnej i zmniejszenie środków kierowanych do OFE. Chodzi też o przyzwolenie na prywatyzację energetyki na kiepskich warunkach, bo przy tak marnej koniunkturze dobre być nie mogą. Tym celom zdaje się służyć ta upokarzająca dla liberałów operacja podwyższenia podatków pośrednich.

Do tej pory rząd zapewniał, że jesteśmy „zieloną wyspą”. Dlaczego teraz miałby przekonywać, że jest całkowicie odwrotnie?

Rząd mówiąc, że jesteśmy „zieloną wyspą”, wprowadzał ludzi w błąd. Powtarzam to od dwóch lat. Rząd zdawał sobie sprawę, że impulsy rozwojowe, które polska gospodarka otrzymała po obniżce danin publicznych, są na wyczerpaniu. Przeczekał dwa lata, praktycznie nic nie robiąc, następnie dotrwał do wyborów prezydenckich i obecnie przechodzi do aktu drugiego.

W drugim akcie rząd nie obiecuje, że przeprowadzi poważne reformy finansów publicznych. A powinien. Konieczna jest reforma instytucjonalna, którą przygotował poprzedni rząd i pozostawił w postaci dwóch obszernych projektów ustaw. Gdyby te ustawy zostały przyjęte przez Sejm, oznaczałyby nową organizację państwa polskiego. Bo nowa organizacja sektora finansów publicznych, to jest w istocie nowa organizacja państwa polskiego – nowe reguły budowy dróg, ochrony środowiska, gospodarki wodnej, likwidacja dziesiątków zbędnych instytucji, przemieszczenie około 100 tys. ludzi z kokonu sektora finansów publicznych do sektora rynkowego.

Rząd nie zamierza przeprowadzić  reformy instytucjonalnej. Rząd nie zapowiada nawet reformy funkcjonalnej, o czym szeroko mówili eksperci jeszcze dwa lata temu w kontekście budżetu zadaniowego. Budżet zadaniowy powinien być dopełnieniem reformy instytucjonalnej. Bo budżet zadaniowy nie jest żadnym rozwiązaniem, dopóki istnieją zbędne instytucje. One zawsze znajdą sobie jakieś zadania, aby uzasadnić swoje istnienie, i bez trudu te zadania przerobią na mierniki i wskaźniki. W Polsce należy zacząć od likwidowania instytucji zbędnych. Co było moim osobistym celem przez lat kilkanaście i co mi się nie udało. Ale ten rząd tylko kupuje czas.

Podniesienie stawki VAT może spowodować  wyhamowanie wzrostu konsumpcji przy równoczesnym wzroście inflacji. A to może wymusić na RPP podwyżkę stóp procentowych, która w konsekwencji jeszcze bardziej zdusi popyt. Jak w tym kontekście będzie wyglądał trzeci akt?

Akt trzeci to będzie Grecja. Wprawdzie nie wiem, czy rząd się tym bardzo martwi, bo choć nie posiadamy wysp, to już padają sugestie, że mamy inne aktywa, które możemy uruchomić. Może w akcie trzecim chodzi o możliwość w miarę bezkonfliktowego sprywatyzowania tego co jeszcze pozostało – w tym ziemi i lasów.

Co w tym złego?

Sens prywatyzacji to temat na inną rozmowę. Ale budowanie latyfundiów w czasie kryzysu, w państwie ociężałym instytucjonalnie, grozi jakąś recydywą feudalizmu.

Na ile obecna sytuacja może skomplikować podejmowanie decyzji przez RPP – z jednej strony groźba wzrostu inflacji, z drugiej – zahibernowania konsumpcji, co może osłabić wzrost gospodarczy?

Ta sytuacja niesłychanie komplikuje zadania, jakie ustawodawca postawił przed RPP. Dzisiaj prawie cały świat prowadzi mało restrykcyjną politykę i monetarną, i fiskalną. Te elementy zacieśnienia, które się pojawiają zwłaszcza w Europie, nie dotyczą na razie polityki monetarnej.

Polska jako państwo na dorobku, z niskim poziomem PKB per capita, musi bardzo ostrożnie kalkulować swoją trajektorię rozwojową. Nie możemy sobie pozwolić na spadek wiarygodności polityki gospodarczej. Każdy punkt procentowy wzrostu rentowności obligacji przekłada się na koszt 6 – 7 mld zł rocznie. Nas na to nie stać.

Nie możemy sobie pozwolić na takie zwalczanie kryzysu jak Stany Zjednoczone czy część  państw europejskich. Jesteśmy nadal dość biedni, a przez to surowo oceniani przez rynki finansowe.

Tak jak dwa lata temu rynki finansowe surowo oceniły Węgry.

Właśnie my w RPP planując nasze działania, musimy pamiętać co się stało na Węgrzech dwa lata temu, kiedy rynki finansowe zażądały 3 pkt. proc. podwyżki rentowności obligacji. W realiach Polski byłby to wzrost kosztów obsługi długu o 20 mld zł. Musimy robić wszystko, by tego typu zawirowań uniknąć.

Tylko czy te ewentualne żądania rynków finansowych nie będą po części skutkiem wypowiedzi wybitnych ekonomistów, którzy tak jak Pani, ale także prof. Rybiński, prof. Gomułka i inni, suchej nitki nie zostawiacie na planie rządu? Przecież Państwa opinia idzie w świat.

Ja sobie nigdy nie pozwalałam na tak ostre słowa, jak prof. Rybiński, że tylko zacytuję z niego fragment – „Lepper powrócił tylko mniej opalony i nosi tańsze garnitury”. Proszę pamiętać, że poprzednia ekipa trzymała na wodzy Andrzeja Leppera. Alternatywą dla obniżki podatków, którą wówczas przeforsowałam, był trwały wzrost wydatków. W warunkach populistycznej koalicji wymuszenie obniżki podatków było bardzo trudne, taka typowo polska szarża. Właśnie w Polsce wykonalna, może tylko w Polsce.

O, znów nie zostawia Pani suchej nitki, a rynek tego słucha i myśli sobie – tak wielu uznanych ekonomistów nie może się mylić…

W czerwcu minęły trzy lata od obniżek danin publicznych. Milczałam przez pierwsze półtora roku. Potem udzieliłam ok. 20 wywiadów, przestrzegałam przed konsekwencjami nicnierobienia, wskazywałam rozwiązania. I znowu zamilkłam na pół roku. Ile można milczeć? Ile można, powtórzę za Władysławem Broniewskim,  „deptać gardło własnej pieśni”? Zagrożenie jest zbyt istotne i zbyt długo lekceważone.

Pozostaje tylko presja fachowców na reformy, w tym instytucjonalne, na co ja kładę szczególny nacisk – zlikwidowanie zbędnych dyrekcji, agencji, funduszy oraz zmiany reguł funkcjonowania państwa. Ta może dziwaczna dla zwykłych ludzi formułka „sektor finansów publicznych” oznacza przecież całą machinę państwową, tyle że widzianą od kulis. Pozbawioną dekoracji.

Rozmawiali: Beata Tomaszkiewicz, Krzysztof Nędzyński

Prof. Zyta Gilowska jest członkiem Rady Polityki Pieniężnej, była wicepremierem i ministrem finansów w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, autorka ok. 250 publikacji z zakresu decentralizacji finansów publicznych, ekonomiki samorządu terytorialnego, polityki regionalnej oraz organizacji i funkcjonowania sektora finansów publicznych.

Artykuły powiązane


Tagi

Popularne artykuły

test