Globalne konsekwencje chińsko-amerykańskiej zimnej wojny

30.05.2019
Stosunki chińsko-amerykańskie będą kluczową kwestią geopolityczną tego stulecia. Jakiś stopień rywalizacji jest nieunikniony. Najlepiej byłoby jednak, gdyby obie strony potrafiły prowadzić ją w sposób konstruktywny, dopuszczając współpracę w niektórych kwestiach i zdrową konkurencję w innych.

Nouriel Roubini (PS)


Kilka lat temu, jako członek zachodniej delegacji w Chinach, spotkałem się z prezydentem Xi Jinpingiem w Wielkiej Hali Ludowej w Pekinie. Zwracając się do nas, prezydent Xi stwierdził, że wzrost potęgi Chin będzie miał charakter pokojowy i że inne kraje – a konkretnie Stany Zjednoczone – nie muszą się obawiać o tzw. „pułapkę Tukidydesa”, nazwaną tak od imienia greckiego historyka, który opisał, w jaki sposób obawy Sparty odnośnie rosnącej potęgi Aten sprawiły, że wojna między nimi stała się nieunikniona.

W opublikowanej w 2017 roku książce „Skazani na wojnę? Czy Ameryka i Chiny unikną pułapki Tukidydesa?” Graham Allison z Uniwersytetu Harvarda analizuje 16 wcześniejszych przypadków rywalizacji między rządzącym mocarstwem a wschodzącą potęgą. Autor stwierdza, że w 12. z nich doszło do wojny. Prezydent Xi bez wątpienia chciał, abyśmy skupili się na pozostałych czterech przypadkach.

Pomimo obopólnej świadomości pułapki Tukidydesa oraz przekonania, że ​​historia nie jest zdeterminowana Chiny i Stany Zjednoczone wydają się właśnie w tę pułapkę wpadać. Chociaż wizja gorącej wojny między dwoma głównymi światowymi mocarstwami wciąż wydaje się odległa, rośnie prawdopodobieństwo zimnej wojny.

Amerykanie obarczają Chiny winą za obecne napięcia. Od chwili przystąpienia do Światowej Organizacji Handlu w 2001 roku kraj ten czerpie korzyści z globalnego systemu handlu i inwestycji, zarazem nie przestrzegając jego wymogów i łamiąc jego zasady.

Według Stanów Zjednoczonych, Chiny uzyskały nieuczciwą przewagę dzięki kradzieży własności intelektualnej, wymuszonemu transferowi technologii, a także stosowaniu dotacji dla firm krajowych i innym instrumentom kapitalizmu państwowego. Jednocześnie rząd tego państwa staje się coraz bardziej autorytarny, przekształcając Chiny w orwellowskie państwo policyjne.

Chińczycy natomiast podejrzewają, że prawdziwym celem Stanów Zjednoczonych jest zatrzymanie dalszego rozwoju Chin oraz ograniczenie wpływów i potęgi tego państwa poza jego granicami. W ich opinii jest czymś zupełnie naturalnym, że druga pod względem wielkości gospodarka na świecie pod względem będzie dążyła do wzmocnienia swojej pozycji na arenie światowej.

Ponadto chińscy przywódcy twierdzą, że ich rządy spowodowały znacznie większą poprawę sytuacji bytowej 1,4 miliarda Chińczyków niż byłyby to możliwe w ramach systemów politycznych Zachodu, które pogrążone są w impasie.

To, co zaczęło się jako wojna handlowa między Chinami i USA, może przerodzić się w trwały stan wzajemnej wrogości.

Niezależnie od tego, która strona ma mocniejsze argumenty, być może eskalacja napięć gospodarczych, handlowych, technologicznych i geopolitycznych była nie do uniknięcia. Jednak to, co zaczęło się jako wojna handlowa, może teraz przerodzić się w trwały stan wzajemnej wrogości. Znalazło to odzwierciedlenie w przygotowanej przez administrację prezydenta Trumpa Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, w której Chiny uznawane są za strategicznego „konkurenta”, którego wpływy powinny zostać ograniczone na wszystkich frontach.

W związku z tym Stany Zjednoczone gwałtownie ograniczają chińskie bezpośrednie inwestycje zagraniczne we wrażliwych sektorach gospodarki i podejmują inne działania w celu zapewnienia dominacji Zachodu w strategicznych branżach, takich jak sztuczna inteligencja czy telefonia 5G.

Stany Zjednoczone wywierają presję na swoich partnerów i sojuszników, aby ci odstąpili od uczestnictwa w inicjatywie Pasa i Drogi (Belt and Road Initiative), która jest ogromnym chińskim programem budowy projektów infrastrukturalnych na terenie Eurazji. Ponadto Amerykanie zwiększają ilość patroli Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych na Morzu Wschodniochińskim i Morzu Południowochińskim, gdzie Chiny w coraz bardziej agresywny sposób zgłaszają swoje wątpliwe roszczenia terytorialne.

Globalne konsekwencje chińsko-amerykańskiej zimnej wojny byłyby jeszcze bardziej dotkliwe, niż skutki zimnej wojny między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim. O ile Związek Radziecki był schyłkową potęgą z niesprawnym modelem gospodarki, Chiny wkrótce staną się największą gospodarką świata i na tym nie poprzestaną. W dodatku Stany Zjednoczone i Związek Radziecki prowadziły bardzo ograniczoną wymianę handlową, podczas gdy Chiny są w pełni zintegrowane z globalnym systemem handlowym i inwestycyjnym, a szczególnie bliskie związki mają ze Stanami Zjednoczonymi.

W związku z tym zimna wojna na pełną skalę mogłaby zapoczątkować nowy etap de-globalizacji lub przynajmniej podziału globalnej gospodarki na dwa niekompatybilne bloki gospodarcze. W obu scenariuszach handel towarami, usługami, kapitałem, pracą, technologiami i danymi byłby poważnie ograniczony, a w sferze cyfrowej nastąpiłby rozpad Internetu, w wyniku którego zachodnie i chińskie sieci nie byłyby już ze sobą połączone.

Po tym jak Stany Zjednoczone nałożyły sankcje na ZTE i Huawei, Chiny będą się starały zagwarantować dla swoich krajowych gigantów technologicznych dostawy niezbędnych środków produkcyjnych na rynku krajowym, albo przynajmniej od przyjaznych partnerów handlowych, którzy nie są uzależnieni od Amerykanów.

Chiny i Stany Zjednoczone w podzielonym świecie będą oczekiwać od innych państw opowiedzenia się po jednej ze stron konfliktu.

W tym podzielonym świecie Chiny i Stany Zjednoczone będą oczekiwać od wszystkich innych państw opowiedzenia się po jednej ze stron konfliktu, natomiast większość rządów będzie próbowała utrzymać dobre stosunki gospodarcze z obydwoma mocarstwami. Wszakże wielu amerykańskich sojuszników już teraz prowadzi więcej interesów (w sensie handlu i inwestycji) z Chinami niż ze Stanami Zjednoczonymi. Jednak w przyszłej gospodarce, w której Chiny i Stany Zjednoczone oddzielnie kontrolują dostęp do kluczowych technologii, takich jak sztuczna inteligencja i telefonia 5G, zajmowanie kompromisowego stanowiska najprawdopodobniej stanie się niemożliwe. Każdy będzie musiał wybrać swoją stronę, a na świecie może się rozpocząć długi proces de-globalizacji.

Cokolwiek się zdarzy, stosunki chińsko-amerykańskie będą kluczową kwestią geopolityczną tego stulecia. Jakiś stopień rywalizacji jest nieunikniony. Najlepiej byłoby jednak, gdyby obie strony potrafiły prowadzić ją w sposób konstruktywny, dopuszczając współpracę w niektórych kwestiach i zdrową konkurencję w innych. W praktyce Chiny i Stany Zjednoczone wytworzyłyby w ten sposób nowy porządek międzynarodowy, oparty na zrozumieniu, że nieuchronnie rosnąca nowa potęga powinna zdobyć należną sobie pozycję w kształtowaniu globalnych reguł i instytucji.

Jeśli wzajemnymi stosunkami będzie zarządzać się w sposób nieumiejętny – czyli Stany Zjednoczone będą próbowały przeszkadzać Chinom w rozwoju i powstrzymywać wzrost ich pozycji, Chiny zaś będą agresywnie wykorzystywać swoją siłę w Azji i na całym świecie – dojdzie do zimnej wojny na pełną skalę. Nie będzie także można wykluczyć wojny gorącej lub serii wojen zastępczych. W XXI wieku w pułapkę Tukidydesa wpadłyby jednak nie tylko Stany Zjednoczone i Chiny, ale cały świat.

Nouriel Roubini jest prezesem firmy Roubini Macro Associates oraz profesorem ekonomii w Szkole Biznesu Sterna na Uniwersytecie w Nowym Jorku.

Project Syndicate, 2019.

http://www.project-syndicate.org/


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test