Gospodarka nie rozwinie się sama

20.09.2011
Wielu ekonomistów twierdzi, że rynki wschodzące mają przed sobą kilka dekad szybkiego wzrostu. Dani Rodrik z Uniwersytetu Harvarda ostrzega jednak, że przyszłość wcale nie rysuje się w tak jasnych barwach. Choć poglądy tego ekonomisty mogą wydawać się kontrowersyjne, warto wsłuchać się w niektóre jego argumenty.

(Opr.DG)


W czasach, kiedy załamanie na giełdach doprowadza wielu inwestorów do rozpaczy, a strach o przyszłość zaczyna zaglądać pod strzechy, wielu osobom możnaby polecić najnowszą książkę Michael’a Spence’a, noblisty z ekonomii z 2001 r., pt. „The Next Convergence“. Może podziałać jak bajki o Kubusiu Puchatku na dzieci bojące się same zasnąć w ciemnym pokoju.

Spence widzi przyszłość globalnej gospodarki w jasnych barwach. Wskazuje, że w najbliższych dekadach 75 proc. światowej populacji będzie powoli osiągać standard życia podobny do tego, jakim dziś cieszą się mieszkańcy krajów rozwiniętych. Przyczyną będzie proces konwergencji, czyli zamykania się luki technologicznej (w dużym uproszczeniu chodzi o zmniejszanie się różnicy w poziomie wydajności pracy) między krajami bardziej i mniej rozwiniętymi. Jego zdaniem konwergencja będzie się rozprzestrzeniała i postępowała szybciej niż do tej pory, a wiele krajów czekają z tego powodu lata szybkiego wzrostu PKB.

Spence nie jest osamotniony w takich prognozach. W lutym tego roku analitycy Citigroup, ze znanym brytyjskim ekonomistą Willemem Buiterm na czele, opublikowali raport na temat przyszłości globalnej gospodarki, w którym wskazali, że światowy PKB będzie rósł w solidnym tempie przez co najmniej cztery dekady – najpierw średniorocznie o 4,6 proc. do 2030 r., a następnie o 3,8 proc. do 2050 r. Motorami wzrostu mają być rynki wschodzące, takie jak Chiny, Indie, czy Nigeria, które osiągają coraz wyższy poziom stabilności politycznej i instytucjonalnej, niezbędnej do utrzymania długookresowego wzrostu.

Teoria o skazanych na sukces

Wszyskie te prognozy opierają się na dość prostym modelu wzrostu gospodarczego. Kraje o niskim poziomie produktywności (czyli de facto niskim dochodzie na głowę mieszkańca) doświadczają realnej konwergencji, czyli wzrostu produktywności. Funkcjonuje to trochę tak, jak wyrównywanie się poziomu płynu w naczyniach połączonych – jeżeli gdzieś jest go mniej, siły grawitacji wszystko wyrównają.

Oczywiście podobne siły grwitacji muszą istnieć w gospodarce, a należą do nich m.in. otwartość gospodarki na wymianę handlową i kapitałową, stabilne instytucje i ochrona praw, czy też stabilny system polityczny. Jeżeli te „siły“ działają, to konwergencja powinna postępować jak dobrze naoliwiona maszyna. Oczywiście proces ten nie musi przebiegać gładko, jest i będzie przerywany kryzysami i turbulencjami, jednak w długim okresie konwergencja powinna zapewnić światu wzrost dochodu i dobrobytu. Tak przynajmniej twierdzą optymiści.

W trybach tej dobrze, wydawałoby się, naoliwionej maszyny można jednak dostrzec ziarnka piasku. Pytanie, na ile mogą one spowolnić lub zatrzymać jej działanie pozostanie otwarte, jednak warto podrzucić kamyczek do ogródka optymistów. Uczynił to ostatnio Dani Rodrik, turecki ekonomista z Uniwersytetu Harvarda (Kennedy School of Government), od wielu lat sceptycznie nastawiony do niektórych potencjalnych korzyści z obecnego modelu globalizacji. Jego praca pt. „The Future of Economic Convergence“ poddaje w wątpliwość tezę o nieuchronności konwergencji. Rodrik twierdzi, że konwergencja może występować w pewnych krajach, ale nie jest to w żaden sposób zagwarantowane przez jakieś naturalne mechanizmy. Oto dwa z jego zastrzeżeń.

Wątpliwości Rodrika

Skoro konwergencja jest taka naturalna, to dlaczego tak rzadko występowała w historii? Od początku XIX wieku zaledwie kilka krajów zdołało utrzymać wzrost PKB na średnim poziomie 4,5 proc. przez trzy dekady lub dłużej. Historia gospodarcza świata jest pełna przykładów krajów, które notowały bardzo wysoki wzrost gospodarczy przez jedną lub dwie dekady, ale później wpadały w stagnację lub przynajmniej znacząco spowalniały. Mało jest zaś przykładów „gwiazd“, które świeciły przez długie lata. Można znaleźć kilka takich krajów np. w Azji, ale na pewno nie można znaleźć empirycznych dowodów na to, że istnieją jakieś ponadczasowe mechanizmy realnej konwergencji. Jest ona feneomenem relatywnie nowym i dlatego trudno określić jej trwałość.

Wątpliwości Rodrika zbieżne są z badaniami prowadzonymi przez amerykańskiego ekonomistę Barry’ego Eichengreena, o których w Obserwatorze Finansowym pisałem przed kilkoma miesiącami. Eichengreen wskazuje, że w historii wiele krajów wpadało w tzw. pułapkę średniego dochodu. Oznacza to, że dość szybko wychodziły ze sfery ubóstwa, ale miały duży problem z utrzymaniem wzrostu gospodarczego w momencie osiągnięcia średniego poziomu zamożności.

Eichengreen szacuje, że przełomowy jest poziom dochodu per capita w wysokości ok. 17 tys. dolarów amerykańskich z 2005 r. Po przekroczeniu tej bariery proste rezerwy wzrostu, takie jak transfer siły roboczej z rolnictwa do przemysłu, często wyczerpywały się, a nowoczesne mechanizmy wzrostu, takie jak wzrost innowacyjności, nie były uruchamiane.

Dlaczego szybko rozwijały się też kraje, które nie stosowały się do książkowych zasad określających najlepszy przepis na rozwój? Wielu ekonomistów wskazuje, że współczesny świat jest inny niż kiedyś, że na wszystkich kontynentach przeprowadzane są reformy, które nigdy wcześniej nie miały miejsca. Do czynników, które odróżniają teraźniejszość od przeszłości, należą przede wszystkim:

1) poprawa w jakości polityki fiskalnej i polityki pieniężnej, które lepiej kontrolują stabilność makroekonomiczną,

2) dużo większa otwartość na handel międzynarodowy i przepływy kapitałowe,

3) poprawa w jakości rządów i instytucji prawnych,

4) integracja rynków międzynarodowych.

Łatwo jednak zauważyć, że wiele krajów rozwijało się znacznie szybciej w okresie, kiedy te współczesne czynniki wzrostu nie były jeszcze tak silne. Brazylia i Meksyk notowały znacznie wyższy wzrost PKB w latach 1950-1980 niż obecnie, mimo że wówczas luka technologiczna dzieląca je od krajów rozwiniętych (czyli potencjał konwergencji) była mniejsza. Nietrudno również dostrzec, że współcześnie bardzo szybko rozwijają się kraje, które nie stosowały się do wielu książkowych zasad globalizacji. Najlepszym przykładem są Chiny, gdzie do niedawna niemal nie istniała ochrona własności prywatnej, gdzie eksporterzy subsydiowani są poprzez sztucznie zaniżony kurs walutowy i gdzie przepływy kapitałowe są bardzo ograniczone. Te przykłady mogą podważać tezę, że to osiągnięcia współczesnej ekonomii i polityki gospodarczej pozwalają rynkom wschodzącym na osiągnięcie wysokiego wzrostu w długim okresie.

Co może zrobić rząd

Kluczowa obserwacja Rodrika jest taka, że same siły rynkowe nie wystarczą, aby podtrzymywać proces konwergencji. Potrzebna jest jeszcze inteligentna i aktywna polityka rządu. Poszczególne kraje muszą podejmować trudny wysiłek w celu przekierowania zasobów gospodarczych (pracy i kapitału) do bardziej produktywnych branż.

Często rynki wschodzące posiadają zbyt słabe instytucje – społeczne, prawne, polityczne itd. – do rozwoju nowoczesnych gałęzi gospodarki. Produktywność w niektórych branżach w przemyśle rośnie zwykle szybko, problemem jest jednak wzrost produktywności w całej gospodarce. Wprowadzenie szybkich zmian instytucjonalnych nie jest zaś takie łatwe, gdyż instytucje są w większym stopniu kwestią długokresowych zmian w mentalności i kulturze, a w mniejszym stopniu kwestią zapisów prawnych.

– Nawoływanie państw Afryki czy Ameryki Łacińskiej, żeby czerpały wzorce instytucjonalne ze Stanów Zjednoczonych czy Szwecji, jest jak powiedzenie im, że najlepszym sposobem na rozwój jest bycie rozwiniętym – pisze Rodrik. Jego zdaniem nie ma określonego przepisu na szybki rozwój, choć wspomina on wielokrotnie o wsparciu państwa dla branż, które mogą stać się priorytetowe. Pisze o wsparciu w postaci subsydiów, ulg podatkowych, tworzeniu specjalnych stref ekonomicznych, ochronie niektórych branż.

Wiele osób uzna zapewne nawoływanie do większej ingerencji państwa za brednie. Inni za lewicowe odchylenie. W Polsce komentatorzy polityczni i gospodarczy są często bardzo wrażliwi na kwestie zbyt dużej roli państwa, co wynika z oczywistych doświadczeń historycznych kraju. Możliwe jednak, że w słowach ekonomisty, który według rankingu IDEAS znajduje się wśród 60 najczęściej cytowanych ludzi z branży, da się dostrzec wartościowe ostrzeżenia.

Rodrik nie docenia prawdopodobnie faktu, że w wielu rejonach świata ingerencja państwa wiąże się z korupcją polityczną, która hamuje rozwój instytucji i wzrost gospodarczy. Dostrzega to, ale zbytnio wierzy, że można sobie z tym poradzić. Kiedy pisze o wsparciu dla priorytetowych branż, nie ma zapewne na myśli polskiego górnictwa, które przez całe lata „priorytetowe“ było jedynie ze względów politycznych. Kiedy pisze o tym, że obniżanie cen walut krajowych może być skutecznym wsparciem eksporterów, nie bierze zapewne pod uwagę, że kiedy wszystkie kraje zaczną to robić, dojdzie do wybuchu wojny walutowej i wzrostu protekcjonizmu. W wielu kwestiach poglądy Rodrika wydają się kontrowersyjne. Ekonomista ten znajduje się pod ewidentnym wrażeniem sukcesu azjatyckich tygrysów, zapominając, że kultura społeczeństw azjatyckich jest bardzo specyficzna.

Jednak kluczowa kwestia, w której warto posłuchać Rodrika, to poddanie w wątpliwość samoczynnych mechanizmów konwergencji. I postawienie znaku zapytania nad prognozami świetlanej przyszłości rynków wschodzących. Nie ma jednego sposobu na doganianie krajów rozwniętych. Nie wystarczy zliberalizować rynki, zmienić prawo, otworzyć granice, czy znieść cła. Rolą rządu jest zidentyfikowanie kluczowych wyzwań dla kraju, priorytetowych branż, i wprowadzenie instytucji, które zapewniałyby tym branżom rozwój. Nie muszą to być subsydia, które generują korupcję. Rząd nie musi uczestniczyć w gospodarce jako gracz, powinien być jednak dobrym sędzią. Może na przykład tworzyć odpowiednie bodźce finansowe czy prawne do rozwoju określonych aktywności. Kłopot w tym, że nie każdy kraj z takimi wyzwaniami będzie sobie radził.

Polska jest doskonałym przykładem kraju, który pod względem stabilności makroekonomicznej i otwartości na świat może świecić przykładem, lecz który w wielu dziedzinach jest bardzo mocno zacofany. Innowacyjność polskich firm leży, pod względem badań jesteśmy na jednym z ostatnich miejsc w Europie. Trudno jednak, żeby było inaczej, skoro naukowcy nie posiadają żadnych bodźców finansowych do prowadzenia badań mogących wnieść wkład w rozwój światowej nauki. Od wielu lat nic się w tej dziedzinie nie zmienia.

Zmagamy się niestety z problemem totalnej ignorancji władz w wielu obszarach kluczowych dla wygenerowania wysokiego wzrostu PKB. Możliwe, że zbytnio pokutuje w Polsce żartobliwe stwierdzenie, że gospodarka ma się najlepiej, kiedy rząd ją zostawi w spokoju. Warto w każdym razie dostrzec, że wysoki wzrost gospodarczy wcale nie jest nam dany raz na długie lata.

Autor jest ekonomistą Polskiego Banku Przedsiębiorczości, publicystą


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test