Indyjski pociąg zwalnia

14.11.2019
Indie w alarmującym tempie przekształciły się z najszybciej rosnącej, dużej gospodarki świata w kraj przypominający powolny, indyjski pociąg. Złożyły się na to niekonsekwencja i wolne tempo reformowania gospodarki krajowej.


Hinduscy planiści mają nadzieję, że dzięki superszybkim pociągom uda się, w ciągu kilku lat, skrócić z sześciu do dwóch godzin czas 500-kilometrowej podróży między biznesową stolicą kraju czyli Mumbajem a Ahmedabadem, największym miastem w stanie Gujarat, z którego wywodzi się premier Narendra Modi.

Na razie prawo chroni drobnych właścicieli, którzy wstrzymują budowę linii kolejowej. Dwa lata po rozpoczęciu projektu finansowana przez Japończyków inwestycja nie zdołała się uporać z wykupem nawet połowy ziemi pod budowę. Dla porównania tylko w 2018 r. Chiny powiększyły swoją sieć kolei wysokich prędkości o kolejne 4000 km.

Spada sprzedaż ciastek i mydła

Historycy uważają, że przez większą część dziejów oba azjatyckie giganty miały gospodarki porównywalnej wielkości. Dopiero od lat 90. XX wieku, czyli od kiedy Chiny rozpoczęły swoje śmiałe, głębokie reformy gospodarcze, wysforowały się do przodu.

Nominalne PKB Chin jest dziś pięciokrotnie większe od indyjskiego. Chiński smok zwolnił tempo, ale mimo to, jak zauważa raport Rakesha Mohana, profesora Yale i byłego zastępcy prezesa centralnego banku Indii, wciąż jeszcze każdego roku rośnie o odpowiednik czwartej części gospodarki Indii.

Jeśli Indie miałyby utrzymać wzrost PKB na poziomie 7 proc. – czyli swoją średnią z ostatnich dwóch dekad – do 2030 r. udałoby się jedynie dotrzeć do tego miejsca, w którym Chiny są dzisiaj. Nawet taki cel może się okazać zbyt ambitny.

W drugim kwartale stopa wzrostu PKB Indii spadła do 5 proc., najniższego poziomu od sześciu lat.

Indie w alarmującym tempie przekształciły się z najszybciej rosnącej, dużej gospodarki świata w kraj przypominający powolny, indyjski pociąg. W drugim kwartale stopa wzrostu spadła do 5 proc., najniższego poziomu od sześciu lat.

Inne wskaźniki są jeszcze bardziej niepokojące. Sprzedaż ciężarówek i autobusów spadła we wrześniu o 45 proc. w ujęciu rocznym, zmniejszyła się nawet sprzedaż tanich ciastek i mydła.

W ciągu dwóch kwartałów (do wrześnie 2019 r.) akcja kredytowa dla przedsiębiorstw spadła o 88 proc. (w porównaniu do tego samego okresu z zeszłego roku). A to oznacza właściwie zamrożenie kredytu.

Rząd przegapił sygnały ostrzegawcze

Powodowany wiarą we własną politykę stymulacji gospodarczej rząd przeoczył sygnały ostrzegawcze. Mimo coraz wyraźniejszego spowolnienia gospodarczego, Modiemu udało się wygrać majowe wybory dużą większością głosów.

Pierwszy budżet jego drugiej kadencji, ogłoszony w lipcu przez nowego ministra finansów, Nirmala Sitharamana, sygnalizował kontynuację dotychczasowej polityki. Nacisk położono na nowe podatki, świadczenia, regulacje, ratowanie banków publicznych i mało realistyczny cel podwojenia PKB Indii do 5 bilionów dolarów w ciągu pięciu lat.

Pod koniec lata było już jasne, że gospodarka zwróciła się przeciwko premierowi Modiemu, nawet jeśli elektorat pozostał mu wierny. Obecnie pytanie brzmi, kiedy spowolnienie będzie tak dotkliwe, że zmusi premiera do przeprowadzenia niektórych z potrzebnych reform, unikanych przez niego w czasie pierwszej kadencji? W ciągu kilku ostatnich miesięcy wprowadzono już pewne zmiany.

Początkowe korekty z sierpnia nie przyniosły wielkiego efektu, ale już 20 września rząd wprowadził nagłą, dużą obniżkę podatków od przedsiębiorstw. Efektywną stopę 35 proc. obniżono do dużo bardziej konkurencyjnego poziomu 25 proc. Posunięcie to skutkowało największą w ciągu dekady zwyżką na giełdzie w Mumbaju. Natychmiastowa i przesadnie optymistyczna reakcja giełdy sugeruje dwie rzeczy.

Pierwsza – istnieje duża energia w gospodarce indyjskiej, która byłaby uwolniona, gdyby rząd prowadził rozsądniejszą politykę. Druga – rząd premiera Modiego, przy odrobinie wysiłku, jest w stanie taką politykę prowadzić. Przedsiębiorstwa obserwują rozwój sytuacji. Pojawiają się pogłoski o masowej prywatyzacji. Nie jest jednak jasne, czy reformatorska strona premiera wygra z jego konserwatyzmem, który jest przychylny państwowemu interwencjonizmowi, protekcjonistycznym politykom handlowym i opiniom związków zawodowych Hindutva, a także lobby oraz ideologom małego biznesu.

Był postęp

Napięcia były widoczne w pierwszej kadencji Modiego, w czasie której wprowadzono niektóre potrzebne reformy. Długo oczekiwane przepisy regulujące upadłość przedsiębiorstw teoretycznie skróciły czas procedowania z czterech lat do dziewięciu miesięcy.

Wprowadzenie podatku od towarów i usług, pomimo skomplikowanych procedur, pozwoliło na zniesienie absurdalnych podatków międzystanowych i przyspieszyło handel wewnętrzny. Dzięki dyscyplinie fiskalnej inflacja była umiarkowana. Nastąpiła znacząca poprawa infrastruktury – w szczególności dostaw energii. W minionej dekadzie co roku 30 milionów mieszkańców przyłączano do sieci elektroenergetycznej, która dociera już do 90 proc. mieszkań.

Indie zdumiewiająco poprawiły swoją pozycję w rankingu Doing Business Banku Światowego. Przeskoczyły o 65 miejsc i przyciągnęły rekordową pulę inwestycji zagranicznych w wysokości ponad 35 miliardów dolarów rocznie przez ostatnie 3 lata.

Niekonsekwencje w reformach

Mimo to rząd wielokrotnie wzdragał się przed zaryzykowaniem swojego kapitału politycznego w imię głębszych reform strukturalnych. Prawo pracy, które sprawiło, że zwolnienie pracownika stało się zbyt kosztowne, stanowiło barierę dla wzrostu, podobnie jak przepisy wzbraniające firmom nabywania ziemi.

Tego typu bariery torpedują próby zbudowania w Indiach bazy wytwórczej podobnej do chińskiej i nie pozwalają stworzyć dużej liczby nisko płatnych miejsc pracy w fabrykach, przede wszystkim dla ludności emigrującej z terenów wiejskich. Zamiast wsparcia dla drobnych przedsiębiorstw, rząd eksperymentował z szokową demonetyzacją, osobliwymi, nowymi formami podatku oraz zwiększoną ściągalnością.

Premier odrzucił wezwania do prywatyzacji niektórych banków, branż i przedsiębiorstw.

Zamiast promować handel, unieważnił istniejące umowy bilateralne, podniósł cła i wszedł w spór z WTO. Rozczarowując swoje zaplecze biznesowe, premier odrzucił wezwania do prywatyzacji niektórych banków, branż i przedsiębiorstw użytku publicznego, w zamian zmuszając dobrze zarządzane firmy państwowe do przejmowania źle zarządzanych.

Jednocześnie regulatorzy działali zbyt wolno, by zmierzyć się z nowym, pilnym problemem. W wyniku nazbyt optymistycznych prognoz i nepotyzmu poprzedniego rządu, państwowe banki zakumulowały toksyczne kredyty w wysokości 200 miliardów dolarów. Po czym w obawie przed rosnącą kontrolą zmniejszyły akcję kredytową, jeszcze bardziej osłabiając inwestycje i wpychając inwestorów w objęcia niebankowych instytucji finansowych.

W październiku 2018 r. upadek jednej z nich spowodował reperkusje w całym sektorze finansowym. Pomimo pomocy w wysokości 30 miliardów dolarów dla banków państwowych i stopniowego zmniejszenia się poziomu toksycznych aktywów, pożyczkodawcy i pożyczkobiorcy wciąż są ostrożni.

Choć poziom bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) w trakcie pierwszej kadencji Modiego pozostał wysoki, zdecydowana większość z tych środków została ulokowana w sektorze usług lub przeznaczona na kilka dużych przejęć, nie zaś na branże tworzące miejsca pracy lub produkty eksportowe.

Największą transakcją było kupno internetowej sieci detalicznej Flipkart przez amerykańskiego giganta, sieć Walmart, za 16 miliardów dolarów. Jeszcze atrament nie zdążył dobrze wyschnąć na czeku wystawionym przez Walmart, gdy rząd drastycznie zmienił zasady prowadzenia e-handlu, które skłoniły Walmart do nabycia. Drobni handlowcy, którzy stanowią ważną część wpływowego lobby biznesowego Hindutva, wymogli zmiany na rządzie. Pokazało to też, na jakie przeszkody w przyszłości trafią konieczne reformy.

Tymczasem mówienie o wzroście gospodarczym Indii przesłoniło takie fakty jak spadające ceny towarów rolnych u producenta, stagnację płac w miastach, zerowy wzrost eksportu, rosnące zadłużenie gospodarstw domowych, długoterminowy spadek oszczędności i stopy inwestycji oraz stagnację lub spadek wydatków konsumenckich.

Problemy z pomiarem PKB

Niektórzy z czołowych indyjskich ekonomistów zwrócili uwagę na ponure liczby i zdali sobie sprawę, że ponieważ główny urząd statystyczny kraju zmienił swoją metodologię w 2011 r., pojawiła się rosnąca rozbieżność miedzy obliczeniami PKB oraz szeregiem innych wskaźników. Sceptycy, jak np. Arvind Subramanian, główny ekonomiczny doradca rządu od 2014 r. do 2018 r., nie sądzą, żeby chodziło o celowe działanie, a raczej o mankamenty metodologii spotęgowane przez trudności w pomiarze sektora „nieformalnego”, który odpowiada za 45 proc. gospodarki i 75 proc. zatrudnienia.

Stopa wzrostu gospodarczego od 2011 r. mogła być przeszacowana o 2-2,5 proc. rocznie.

Jeśli sceptycy mają rację, stopa wzrostu gospodarczego od 2011 r. mogła być przeszacowana o 2-2,5 proc. rocznie. Jak zauważa prof. Subramanian, problem z niewiarygodnymi danymi jest podobny do jazdy z uszkodzonym prędkościomierzem. Istotnie najsilniejszą poszlaką tego, że wzrost był przeszacowany jest fakt, że Indie wydają się zbaczać z kursu. Obecne spowolnienie można w znacznej mierze przypisać polityce prowadzonej przy błędnym założeniu, że rozpędzona gospodarka Indii rośnie w tempie 7-8 proc. rocznie, podczas gdy rzeczywisty wzrost był bliżej 5-6 proc.

Odkąd spowolnienie stało się widoczne, minister finansów Nirmala Sitharaman zlikwidowała większość uciążliwych nowych podatków i procedur. Ogłosiła również, że rząd będzie wspierać niebankowe instytucje finansowe i dofinansuje programy mające na celu ułatwienie dostępu do kredytów eksportowych i mieszkaniowych.

Wraz z kolejnymi cięciami stóp przez bank centralny rząd wymusił serię fuzji między państwowymi bankami, które teoretycznie polepszą ich sytuację księgową i skłonią do wznowienia akcji kredytowej. Nagłym cięciom podatków od przedsiębiorstw towarzyszyły dalsze zachęty w postaci dwuletnich ulg dla nowych inwestycji przemysłowych ze stopą podatkową na poziomie zaledwie 17 proc.

Firmy generalnie dobrze przyjęły te posunięcia, a także cięcia podatków o jedną trzecią, ale obawy wciąż istnieją. Choć manewrowanie stroną podażową pomaga, nie oznacza osobistego zainteresowania ze strony premiera Modiego, a tym bardziej zmiany polityki, co według wielu obserwatorów jest konieczne do pobudzenia wzrostu. „Brak wizji gospodarczej mnie zdumiewa,” – mówi naukowiec z konserwatywnego think-tanku, który żałuje, że głosował na premiera Modiego. „Dostają klarowny sygnał w postaci jednoznacznego werdyktu wyborców, a potem nic nie robią?”

Konieczne działania fiskalne

Skomasowanie dziesięciu nierentownych banków państwowych w cztery większe może wzmocnić sektor finansowy w długim horyzoncie czasowym. W krótszej perspektywie wyłączy z obiegu instytucje finansowe wtedy, kiedy gospodarka ich potrzebuje.

Rząd obiecuje większe zakupy samochodów z własnych środków i obniżkę stóp procentowych na zakup mieszkań dla funkcjonariuszy publicznych, ale zaniedbuje wprowadzenie silniejszych bodźców po stronie popytu, jak na przykład roboty publiczne na terenach wiejskich.

Minister Nirmala Sitharaman (indyjska minister finansów – przyp. red.) mówi o korzystniejszych kredytach eksportowych i szybszych zwrotach podatków dla eksporterów, podczas gdy w dużo większym stopniu eksport poprawiłaby dewaluacja rupii. Ostro skrytykowała urzędników podatkowych za zbyt agresywne podejście do swych obowiązków, ale oprócz cięcia stóp podatku dla przedsiębiorstw, które jedynie zbliży Indie do średniej światowej, nie zaproponowała żadnej innej śmiałej obniżki podatków.

Indie mają jeden z najbardziej skomplikowanych systemów podatkowych na świecie.

A tych kraj bardzo potrzebuje. Indie mają jeden z najbardziej skomplikowanych systemów podatkowych na świecie, który w dodatku jest skrupulatnie egzekwowany. Procedury podatkowe są zawiłe, a stawki na niektóre produkty zaporowo wysokie.

Cement i samochody są opodatkowane stawką w wysokości 28 proc. (do których w przypadku samochodów dochodzą jeszcze inne znaczące daniny), co jest raczej dziwne, jeśli ma się na celu ocalenie miejsc pracy w przemyśle lub ożywienie inwestycji mieszkaniowych.

Niektóre opowieści jeżą włos na głowie. Jeden z menedżerów firmy produkującej dobra luksusowe opowiada, jak inspektorzy podatkowi naszli go w domu w środku nocy z bronią w ręku i przetrzymywali go, wraz z żoną, przez dwa dni, grożąc więzieniem za brak współpracy, gdy przetrząsali szafki w mieszkaniu. Nic nie znaleźli, ale wstrząśnięty biznesmen postanowił opuścić kraj.

Pomimo wysokich podatków rząd znajduje się w sytuacji chronicznego deficytu. Oficjalnie wynosi zaledwie 3,4 proc., ale po uwzględnieniu ukrytych zobowiązań pozabudżetowych i zadłużenia stanów, ogólne potrzeby pożyczkowe są bliższe 9 proc.

Sierpień przyniósł ulgę z powodu znacznej i kontrowersyjnej wypłaty z banku centralnego, która podtrzymała dochody państwa. Ale polityka polegania na tego typu wpływach pozabudżetowych, potrzeby poszczególnych stanów i kurczące się wpływy z podatków wkrótce postawią finanse państwa pod ścianą.

Nie można polegać na start-upach

Nie wszystko, co prawda, jest pogrążone w mroku. Sektor IT wart 180 miliardów dolarów, skoncentrowany w tak prężnych miastach jak Bengaluru (uprzednio Bangalore) i Hyderabad, wciąż prosperuje. Izba przemysłowa NASSCOM naliczyła w 2018 r. 7200 start-upów, z których osiem przekroczyło próg wyceny w wysokości miliarda dolarów.

Tata Consulting Services zaliczyła kolejny kamień milowy dla indyjskich firm IT, osiągając kapitalizację w wysokości 100 miliardów dolarów. Jednak sektor informatyczny nie może ciągnąć całego kraju i ma też własne ograniczenia. NASSCOM przewiduje, że automatyzacja prawdopodobnie zmniejszy liczbę stanowisk w branży, których obecnie jest ponad 4 mln, o około 14 proc. w ciągu następnych pięciu lat.

Jeśli nie wystąpi kryzys globalny, nawet bez nowej polityki, Indie mogą wyjść z zapaści.

Wzrost populacji, rosnąca produktywność i rosnące aspiracje prawdopodobnie mogą rozpędzić dużą, zdywersyfikowaną gospodarkę do 5 proc. rocznie i utrzymać ją na tym poziomie. Jeśli nie wystąpi kryzys globalny, nawet bez nowej, ambitnej polityki, Indie mogą wyjść z zapaści. Powrót na trajektorię 7-8 proc. zabrałby więcej czasu.

W ciągu kilku lat, przy odrobinie szczęścia, obecne załamanie może być pamiętane jako moment przełomu, tak jak kryzys z 1991 r., który zapoczątkował w Indiach pierwsze reformy rynkowe. Niemniej powrót do odważnej, ryzykownej ekspansji z połowy pierwszego dziesięciolecia XXI wieku nie będzie łatwy.

Wiele osób uwierzyło Modiemu, gdy w 2014 r. obiecał achhe din – dobre czasy. Za rozpoczęcie drugiej kadencji od głębokiego spowolnienia może winić tylko siebie. Co gorsza, jak twierdzą krytycy, nie ma się do kogo zwrócić.

Minister Sitharaman jest twarda i bezpośrednia, ale jej współpracownicy nie budzą zaufania. „Zawsze mieliśmy kiepskie instytucje, ale też kilka naprawdę utalentowanych osób – wojowników ninja – których można było posłać, by załatwili sprawę,” – mówi były wysoki urzędnik ministerstwa finansów. „Teraz mamy pustynię, jak w administracji Trumpa”.

Niniejszy artykuł ukazał się w dziale „Finanse i ekonomia” papierowego wydania The Economist pod tytułem „Wake-up call”.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test