• Marek Chądzyński

Inflacja zjada płace, rynek pracy w stagnacji

16.12.2011
Wzrost płac nie nadąża już za inflacją: w listopadzie średnia pensja w sektorze przedsiębiorstw zwiększyła się o 4,4 proc. w skali roku. W tym samym czasie ceny wzrosły o 4,8 proc. To oznacza, że realnie Polacy zarabiają mniej niż rok temu, co nie najlepiej wróży konsumpcji prywatnej.

(Opr. DG)


Dla ekonomistów stosunkowo niska dynamika płac to zaskoczenie: w poprzednich miesiącach utrzymywała się ona na poziomie zbliżonym do 5 proc. Stąd zapewne tzw. konsensus rynkowy dla listopadowego tempa wzrostu wynagrodzeń wynosił  5,1- 5,2 proc. Słabszy wynik analitycy próbują tłumaczyć przesunięciami w wypłatach premii w niektórych branżach, np. w górnictwie. Niemniej jednak faktem jest, że średnio w firmach realnie zarabia się mniej, niż rok temu. Bo tempo wzrostu cen przewyższyło właśnie tempo wzrostu wynagrodzeń.

Przy tym wszystkim wielkość zatrudnienia praktycznie się nie zmienia. W porównaniu z październikiem liczba etatów co prawda zwiększyła się, ale nie był to jakiś imponujący wzrost, bo wyniósł niewiele ponad 3 tys. Biorąc pod uwagę wyjątkowo dobrą pogodę w ostatnich miesiącach może on wynikać choćby z utrzymywania pracy sezonowej w budownictwie, które zazwyczaj w listopadzie zapada już w zimowy sen. Z taką tezą zgadzają się ekonomiści BRE Banku, choć według nich stagnacja w zatrudnieniu może wskazywać też na relatywnie dużą odporność całego sektora przedsiębiorstw na spowolnienie gospodarcze.

– Wszystko wskazuje na to, że rynek pracy po prostu powoli się osuwa w dół, nie pikuje natomiast tak jak podczas poprzedniego spowolnienia, ze wszystkimi tego konsekwencjami dla konsumpcji – uważają ekonomiści BRE.

Łącząc dane o zatrudnieniu z informacjami o płacach widać jednak, że siła nabywcza gospodarstw domowych słabnie. Można to zmierzyć dynamiką tzw. funduszu plac, czyli sumy wartości wynagrodzeń na wszystkich etatach. Według wyliczeń ekonomistów Banku Millennium nominalnie fundusz płac wzrósł o 7 proc, zaś realnie o 2,1 proc. – i to był najgorszy wynik od lipca 2010 roku. Dla analityków Kredyt Banku spadająca dynamika funduszu płac to dowód na to, że z konsumpcją prywatną będzie coraz gorzej.

– Dzisiejsze dane o funduszu płac w sektorze przedsiębiorstw stanowią wsparcie dla naszej prognozy, zgodnie z którą tempo wzrostu spożycia prywatnego w IV kwartale obniży się do 2,7 proc. licząc rok do roku wobec 3,0 proc. w III kwartale – napisał w komentarzu do danych Jakub Borowski, główny ekonomista KB.

Zdaniem Jakuba Borowskiego dane o zatrudnieniu wskazują na to, że w sektorze przedsiębiorstw utrzymuje się niski popyt na pracę. Przyczyna jest ciągle ta sama: strach o popyt na produkowany towar. Ekonomista zwraca uwagę, że pogorszenie perspektyw dla popytu sygnalizują już duże firmy, zaś małe i średnie wykorzystują moce produkcyjne w niskim stopniu – więc nie mają powodów, by zatrudniać nowych pracowników.

– Oba wymienione czynniki oddziałują w kierunku ograniczenia inwestycji w nowe moce wytwórcze, z którymi zwykle związany jest relatywnie silny (w porównaniu z inwestycjami odtworzeniowymi) wzrost popytu na pracę – uważa Jakub Borowski.

Większość analityków jest zdania, że dane z rynku pracy są neutralne dla Rady Polityki Pieniężnej. RPP najprawdopodobniej jeszcze przez kilka miesięcy będzie stosować politykę „poczekamy-zobaczymy”. Co prawda inflacja jest wysoka, niemniej jednak dane z rynku pracy jasno pokazują, że nie ma ryzyka tzw. efektów drugiej rundy. Mimo wyższych cen pracownicy raczej nie będą domagać się wzrostu płac w warunkach ograniczania zatrudnienia przez firmy.

To daje radzie pewien komfort: może ona spokojnie czekać z decyzjami mimo wzrostu inflacji. Tym bardziej, że głównego celu podwyżek stóp – czyli ograniczenia inflacji – i tak zapewne nie udałoby się osiągnąć. Wzrost cen dziś nie wynika z czynników popytowych. Jego główna przyczyna to osłabienie złotego (drogi import, w tym paliwa), drożejąca żywność i skutki decyzji administracyjnych (wykupywanie leków w aptekach przez wprowadzeniem nowej listy leków refundowanych).

Według Wiktora Wojciechowskiego, głównego ekonomisty Invest-Banku, piątkowe dane z rynku pracy paradoksalnie wręcz wzmacniają pozycję tzw. gołębi w RPP, czyli zwolenników obniżek stóp. Jego zdaniem zwłaszcza informacja o spadku tempa wzrostu wynagrodzeń stanowi silny sygnał nadchodzącego spowolnienia w gospodarce. A zatrudnienie – choć nieznacznie wzrosło w listopadzie – to w kolejnych miesiącach zacznie spadać. Ekonomista Invest-Banku ocenia, że w przyszłym roku roczna dynamika zatrudnienia będzie już ujemna.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test