Innowacje kwitną na polach dobrej gospodarki

30.07.2014
Innowacje tylko gdzieniegdzie są źródłem obfitości, w warunkach polskich to głównie fetysz. W szczątkach tego, co na świecie przybiera formę rzetelnej dyskusji ekonomicznej słowo innowacje pojawia się w Polsce bezustannie - wczoraj otwarcie uczelni na innowacje zapowiedziała minister Lena Kolarska - Bobińska. Wielu jednak nie wie, o czym mówi.

(infografika Dariusz Gąszczyk/CC By Linh Nguyen)


Najważniejszym prawdopodobnie powodem niskiej u nas innowacyjności jest niezborność myśli i poglądów w sprawie jej wyzwolenia, a następnie udanej kultywacji. Większość uznaje, że innowacje wystarczy zadekretować, najlepiej w wieloletnim programie rządowym, gdzie będzie miejsce i na ulgi podatkowe, i na coraz mądrzejszych badaczy i naukowców, na ścisłą współpracę laboratoriów i przedsiębiorstw, a przede wszystkim na dotacje z życiodajnej Unii. Mało kto uznaje natomiast, że podstawowym warunkiem innowacyjności jest najzwyklejsza przedsiębiorczość, więc nie rządowe i unijne „armaty” są najważniejsze, bo główna bariera postępu to codzienna pospolitość, skrzecząca przede wszystkim w systemie gospodarczym, w regulacjach, obrocie prawnym oraz w instytucjach państwa.

Podstawowa teza do zapamiętania brzmi, że dziś przełomowe innowacje są przede wszystkim funkcją kapitału i jego dostępności. Rodzą się tam, gdzie pieniędzy jest w bród, a inwestowanie w najróżniejszych formach nie przysparza trudności. Innowacje kwitną wyłącznie na polach dobrej gospodarki uprawianej przez dobrych gospodarzy.

Zmierzchają czasy „potrzeby jako matki wynalazku” skleconego w szopie lub obmyślonego na fotelu bujanym. Newtonowi wystarczył sad jabłoniowy, a Archimedesowi wanna, dziś zarówno badania podstawowe jak i przyziemne projekty techniczne, medyczne, czy inżynieryjne podejmowane z myślą o wielorakim postępie, kosztują zazwyczaj krocie. W błędzie jest więc ten, kto liczy, że problem innowacji załatwi nam strumyk euro z Brukseli. Potrzebne są rzeki pieniędzy w firmach i budżecie państwa – więc i u nas droga prowadzić musi przez nieustanny i nieustępliwy rozwój gospodarczy.

Na tej zasadzie innowacyjnym rajem są Stany Zjednoczone, o których można napisać wiele potężnych bibliotek krytycznych tekstów, lecz nie to, że brak im kapitału i tępią tam przedsiębiorczość. Z drugiej strony są Chiny z bilionami dolarów wolnych środków, lecz z kapitałem w rozdzielnictwie i reglamentacji oraz z kagańcami nakładanymi na umysły.

Kapitał jest dziś najważniejszy, ale są również szczegóły, które są jak sól, pieprz i zioła. Nie ma więc, rzecz jasna, jednego uniwersalnego modelu udanego pochodu innowacji, ale ujawniają się w świecie wyraźne tendencje i o tym właśnie będzie mowa.

Są dwa, albo i nawet trzy podręcznikowe przykłady sukcesu innowacyjności zadekretowanej w kapitalizmie przez państwowego planistę. To Japonia i Korea Południowa oraz, po części, Tajwan. Są nie do powielenia w Polsce, bo warunkiem wstępnym jest koszarowa wręcz karność oraz niesłychana pilność i pracowitość tamtejszych społeczeństw.

Są patologiczne wzory innowacyjności wyspowej rozwijającej się kosztem innych dziedzin i całych narodów. Przykładem niesamowite sukcesy ZSRR w dziedzinie militarno-kosmicznej, czy świeżej daty przedsięwzięcia nuklearne Iranu. Oba potwierdzają tezę o nadrzędności kapitału, który zgromadzono tam wpędzając swoje narody w rozpaczliwą (jak w ZSRR) i doskwierającą (jak w Iranie) nędzę.

Najliczniejsze są jednak przykłady innowacyjności nijakiej i przypadkowej. W tej grupie mieści się Polska, gdzie dyskutuje się o jej potrzebie nawet zawzięcie, ale bez świadomości, że kluczem do niej jest pomyślność całej gospodarki wspieranej z sercem i całodobowo przez rozumną elitę państwa, a nie najopaślejsze programy i najbardziej wyszukane zaklęcia.

Mekką wciąż Ameryka

W publicystycznym sensie rajem innowacyjnym są Stany Zjednoczone. Innowacyjność polega tam również na ewolucji dominującego modelu badań, działań i przedsięwzięć powodujących postęp. W latach 70. XX wieku ogromna większość innowacji była w USA dziełem wielkich i dużych korporacji, stroniących w obawie przed konkurencją od współpracy z kimś zewnątrz. Można to zmierzyć ich dominującym udziałem (ok. 80 proc.) w grupie 100 największych innowatorów amerykańskich wyłanianych co roku przez „R&D Magazine”. Od dwóch dekad sytuacja jest jednak zupełnie inna. Nastał czas współpracy biznesu z rządem więc teraz jakieś 2/3 miejsc na liście czołowych innowatorów zajmują w USA przedsięwzięcia będące wyrazem i efektem współpracy firm z jednostkami finansowanymi przez państwo, np. z laboratoriami utrzymywanymi przez rząd, czy z uniwersytetami korzystającymi ze wsparcia budżetowego.

Morze atramentu można wylać i wyrysować wieloczynnikowe schematy zależności wpływających na modele innowacji, lecz uwagę zwracają dwa zwłaszcza mechanizmy. Po II wojnie światowej dominującą normą była w świecie dość ścisła kontrola cen. Produkty standardowe przynosiły zatem dość zunifikowane zyski. Ponadprzeciętne dochody były zatem do zgarnięcia za produkt nowy pod każdym względem i to właśnie pchało amerykańskie koncerny takie jak AT & T, General Electric, RCA, IBM, czy Xerox w kierunku innowacji oraz do zatrudniania u siebie tysięcy inżynierów oraz naukowców.

W ostatnich latach to co najważniejsze w gospodarce dzieje się jednak nie w produkcji, a na rynku finansowym. Taki zwrot wymusił myślenie i działania krótkookresowe. Wielkie korporacje tną więc koszty (także na badania i rozwój) pod dyktando oczekiwań skupionych na najbliższym kwartale, bo następna dekada to sprawa któregoś z kolejnych prezesów. Samodzielna działalność innowacyjna prowadzona w obrębie jednego podmiotu umiera przez to na chorobę o nazwie „short-termism”.

Kilkadziesiąt lat temu innowacjom przewodziły olbrzymie firmy i jeszcze potężniejsze państwa. Wg danych cytowanych przez tamtejszych ekspertów (Gregory Tassey, The Technology Imperative), przez trzy dziesięciolecia po II wojnie, udział rządu federalnego w wydatkach na badania i rozwój wynosił aż 2/3, podczas gdy teraz zmniejszył się do 1/3. W czasach zimno- i gorąco-wojennych (Korea, Wietnam) olbrzymią większość funduszy z kasy państwa pochłaniał jednak rozwój technologii stricte militarnych oraz kosmicznych. Narastająca konkurencja, wówczas przede wszystkim japońska, zmusiła jednak polityków do zmian podejścia. Fundusze zaczęły płynąć do mniejszych firm, bardzo solidne wsparcie i poparcie uzyskała kooperacja uniwersytecko-biznesowa. Wprawdzie wielu uważało, że na zwrocie tym skorzystali głównie przyjaciele i koledzy kongresmenów (poprzez precyzyjnie sterowane ulgi i inne narzędzia, głównie podatkowe), a także znaczniejszych urzędników, ale rozlanie się innowacyjności poza obszar wielkich korporacji stało się faktem.

Wywołało to znamienne skutki. Jeśli w 1971 r. miejscem narodzin aż 86 proc. (83 na 97) amerykańskich innowacji wyróżnionych w rankingu „R&D 100 Awards” był sektor prywatny, to w 2007 r. jego udział spadł do 31 proc., a palmę pierwszeństwa przejęła domena publiczna (działające samotrzeć placówki rządowe) lub mieszana (współpraca biznesu z uniwersytetami i laboratoriami rządowymi). W 1975 r. amerykański sektor publiczny otrzymał 14 wyróżnień za samodzielnie opracowane innowacje, a w 2006 r. liczba ta wzrosła do 61. Tendencja jest bezdyskusyjna. Autorzy artykułu pt. „Where Do Innovations Come From: Transformations in the U.S. National Innovations System, 1970-2006” dochodzą zatem do wniosku, że jeśli „szuka ktoś złotego wieku innowacji finansowanych w Ameryce z kieszeni prywatnych i bez pomocy państwa, to cofnąć się powinien do czasów sprzed II wojny światowej”.

Zmiany w amerykańskim obszarze innowacyjności znajdują potwierdzenie m. in. w badaniach przeprowadzonych przez dwóch naukowców z Duke University (Ashish Arora i Wesley M. Cohen) oraz ich kolegę z Georgia Institute of Technology (John P. Walsh). W pracy pt. „The Acquisition and Commercialization of Invention in American Manufacturing: Incidence and Impact” opublikowanej w czerwcu tego roku przez NBER wskazują na coraz większe znaczenie zewnętrznych (w stosunku do przedsiębiorstw) źródeł innowacji. Na podstawie danych zebranych w ponad 6000 fabrykach i wytwórniach amerykańskich doszli do wniosku, że gdyby nie napływ innowacji z zewnątrz, wskaźnik tamtejszych firm przemysłowych legitymujących się wdrożeniem innowacji, tj. wprowadzeniem na rynek nieznanego dotychczas produktu, spadłby w latach 2007-09 z 18 proc. do 10 proc. Pozafabryczne źródła nowinek, rewelacji i przełomów to przede wszystkim klienci, dostawcy i eksperci techniczni z placówek prywatnych i państwowych. Z danych zebranych przez wspomnianą trójkę wynika, że korzenie zewnętrzne miała połowa innowacji. Wprawdzie klienci stanowili najliczniejszą grupę inspiratorów, to najbardziej wartościowe innowacje pochodziły oczywiście z laboratoriów, czy to uniwersyteckich, czy to będących częścią w pełni komercyjnej części sektora badań i rozwoju (B+R).

Z badania tego wysnuwać można liczne wnioski szczegółowe, lecz istotniejsze w polskim kontekście są te ogólne. Pierwszy i najważniejszy sprowadza się do stwierdzenia, że innowacyjność to kwestia systemowa, a nie jak u nas – resortowa.

Badania bez związku ze wzrostem

Przełożenie doświadczeń amerykańskich na grunt Polski jest więc niemożliwe właśnie z powodów systemowych i praktycznych. Nie działa u nas mianowicie zasada „first things first” mówiąca o przestrzeganiu naturalnej kolejności działań.

Przełomowe odkrycia techniczne i technologie mają to do siebie, że nie dają się korzystnie skomercjalizować w warunkach małej nowoczesności i innowacyjności na podstawowych poziomach gospodarki. Nawet gdyby to we Wrocławiu albo Radomiu udało się dokonać pierwszej kontrolowanej syntezy termojądrowej z bardzo pomyślnym bilansem energetycznym, to nasza gospodarka w jej obecnym stanie i z takim jej otoczeniem jak obecne nie byłaby w stanie podjąć się samodzielnego wdrożenia takiej, czy jakiejkolwiek innej przełomowej technologii na wielką skalę przemysłową. Chodzi nie tylko o zasoby finansowe, zdolności organizacyjne, skłonność do współpracy, ale przede wszystkim o bezpieczeństwo obrotu gospodarczego w warunkach przejrzystego prawa i sprawnego rozstrzygania sporów, czy elementarne zaufanie w relacjach podmiotów prywatnych z instytucjami i jednostkami państwa. Jednym słowem, nie ma innowacyjności na poziomie elementarnym bez zdrowych warunków dla gospodarki.

W Polsce uwaga skupiona jest dziś nadmiernie na kreatywności i efektywności naszego sektora badań wszelakich, tymczasem już przed pół wiekiem brytyjscy ekonomiści Charles Carter i Bruce Williams ostrzegali, że „łatwo zaszkodzić wzrostowi [gospodarczemu] nadmiernymi badaniami, gdy zbyt wiele zasobów poświęcanych jest na powiększanie skarbnicy wiedzy, a zbyt mało środków przeznaczanych jest na korzystanie z jej [istniejącego już] dorobku”. Bruce Williams („Research and economic growth: what should we expect?”, 1964) ustalił zaś, że nie istnieje dodatnia korelacja między wzrostem gospodarczym a udziałem B+R w PKB.

Warunkiem pomyślności zawdzięczanej innowacjom są więc nie tyle rodzimi uczeni i świetne oraz liczne laboratoria, co gęsta sieć najróżniejszych firm, które potrafią podjąć się produkcji wytworów innowacji lub elementów około-innowacyjnych, np. w rodzaju „trochę-jedynie-innych śrubek” bez których wdrożenie wiekopomnego wynalazku lub bardzo zwyczajnego, ale jednak nowego produktu jest niemożliwe. Taka sieć sprawnych firm średniej lub małej zazwyczaj wielkości zgrabnie poruszających się w świecie high-tech i na jego rubieżach to warunek konieczny czerpania pożytków z osiągnięć naukowych. Taka sieć jest zarazem katalizatorem i źródłem innowacji mniejszego kalibru. Taka sieć powstaje w warunkach czegoś czego u nas nie ma, a nazwane zostało dawno temu, ale już w czasach „nouveau régime” „przyjaznym państwem”.

W przypadku państwa średniej wielkości o średnim potencjale, ograniczonych zasobach i niskiej skłonności do oszczędzania, co nie dziwi specjalnie, gdy wychodzi się z wielowiekowej biedy, istotniejsza od własnego dorobku innowacyjnego jest umiejętność sprawnego wdrażania innowacji pochodzących z zewnątrz. Zasoby finansowe nie są sztywnym warunkiem wykluczającym, bo nie chodzi o przedsięwzięcia o wielomiliardowej wartości jednostkowej, a w obecnej fazie o tysiące znacznie mniejszych projektów przynoszących zarobek i wprawę, ale też podnoszących wiarę we własne siły.

Japonia uznawana obecnie za jednego z paru zaledwie globalnych liderów innowacyjności podjęła wysiłek modernizacyjny pod koniec lat 60. XIX wieku. Wielki postęp dało się zauważyć już po niecałym półwieczu. W 1905 r. skazana przez ówczesnych na pożarcie Japonia rozgromiła wielką Rosję w walce o wpływy w Mandżurii i Korei. Wysiłek modernizacyjny trwał nadal, osiągając apogeum w ostatnich dekadach. Mimo to, Japonia nie jest w stanie doścignąć lidera innowacji i postępu naukowo-technicznego jakim pozostają Stany Zjednoczone. Morał z tego taki, żeby nie porywać się z motyką na słońce, nie zaniedbywać oczywiście nauki, profesorów, studentów i uczelni, ale skupiać się jednak na krzewieniu przedsiębiorczości i sypaniu im pod nogi kwietnych dywanów zamiast piachu w tryby.

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test