Innowacyjność potrzebna tylko, gdy ma sens

28.12.2012
Nie musimy być tak innowacyjni, jak twierdzi prof. Janusz Czapiński, bo dobrze sobie radzimy z tym co mamy. Myślenie o innowacyjności tak, jakby innowacje były przypisane do miejsca powstania, jak chłop pańszczyźniany do ziemi, to błąd tych, którzy na siłę chcieliby z Polski zrobić kraj bardziej innowacyjny, niż to konieczne.

Niebieski laser - w Polsce wynaleziony, ale nieskomercjalizowany CC BY-NC-SA FastLizard4


Profesor Czapiński, autor „Diagnozy społecznej 2011”, ubolewa w wywiadzie „Tylko miłość” w Gazecie Wyborczej, że wzrost polskiego PKB nie jest oparty na produktach high-tech, że nie mamy korzyści z niebieskiego lasera, ani z grafenu. I, że jak tak dalej będzie to produkcja ucieknie z Polski do tańszych krajów. Dodaje, że żeby być innowacyjnym trzeba też kochać bliźniego. Ja twierdzę, że miłość bliźniego jest potrzebna, ale niewiele ma wspólnego z innowacyjnością.

Na poniższym rysunku wydać wyraźnie, że w ostatnich kilkunastu latach PKB na głowę mieszkańca wcale nie wzrastał najbardziej w krajach najbardziej innowacyjnych, tylko w krajach najmniej innowacyjnych. Litwa będąca na ostatnim miejscu w Europie w obszarze innowacyjności (dane z European Innovation Scoreboard 2011) uzyskała największy przyrost PKB na głowę mieszkańca (1,9 raza). Wynik uzyskany przez Polskę znajdującą się pod koniec rankingu innowacyjności też jest bardzo dobry (1,5 raza). Kraj najbardziej innowacyjny, Szwajcaria uzyskała jednokrotną poprawę PKB na głowę mieszkańca, podobnie druga w rankingu innowacyjności Szwecja. Ale już Niemcy czwarte w rankingu innowacyjności uzyskały wzrost PKB na głowę mieszkańca o 0,7 raza (zob. Eurostat).

(oprac. Darek Gąszczyk/ CC BY-SA by CORE-Materials)

Zatem to nie innowacje sprzyjają wzrostowi i poprawie warunków życia w krajach na podobnym poziomie rozwoju jak Polska. To konkurencyjność w obszarze tych produktów, w którym kraje innowacyjne i bogate nie mogą z nami konkurować, bo są za drogie w wytwarzaniu. To dobre regulacje, dobra edukacja, mniej biurokracji, restrukturyzacja i inwestycje zagraniczne.

Mamy w tych obszarach ciągle wiele do poprawienia. Kraje drogie w wytwarzaniu muszą być innowacyjne, bo tylko w ten sposób mogą być konkurencyjne. Innowator jeśli wprowadza nowy wyrób na rynek, to przez pewien czas jest tam monopolistą i może korzystać z renty monopolowej. Kto pamięta, że telefony komórkowe na wczesnym etapie ich wprowadzania w Polsce kosztowały jedną pensję?

Innowacyjności nie wyzwala w krajach bogatych polityka ekonomiczna, mądrość polityków lub przedsiębiorców. Wyzwala ją, a właściwie wymusza przymus ekonomiczny wynikający z wysokich kosztów produkcji.

(oprac. DG/CC BY-NC-SA FastLizard4)

Na rysunku widać wyraźnie, że im koszt godziny pracy jest wyższy, tym kraj jest bardziej innowacyjny.

Myślenie o innowacyjności w taki sposób, jakby innowacje były przypisane do miejsca powstania, jak chłop pańszczyźniany do ziemi, to kolejny błąd tych wszystkich, którzy na siłę chcieliby z Polski zrobić kraj bardziej innowacyjny, niż to jest konieczne. Takie myślenie sprowadza się do cichego założenia, że jak innowacja będzie wytworzona w Polsce, to w Polsce zostanie. Tak jak ten niebieski laser czy grafen. Oba te polskie wytwory nie mogą być zaimplementowane do produkcji. Dlaczego? Nikt ich nie chce kupić? A może po prostu są przereklamowane i nie mają tej wartości jaką sobie daliśmy wmówić. Przecież świat nie zna granic dla przepływu know-how. Gdyby one miały taką wartość techniczną jaką im przypisano, to na pewno znalazłby się jakiś kupiec i zapłacił taką cenę jaka jest odpowiednia.

Z drugiej strony polski przedsiębiorca jeśli potrzebuje jakiegoś bardziej nowoczesnego produktu to nie musi czekać aż Polscy innowatorzy go wymyślą. Łatwiej, szybciej i pewniej jest kupić go gdzieś na świecie. Będzie przetestowany i gotowy do zastosowania. Mniej ryzyka wiąże się z taką strategią niż z postawą tworzenia czegoś od początku i czekania na niepewny efekt końcowy.

Wreszcie ostatnia sprawa. Skąd biorą się takie stanowiska i wiara w innowacyjność jak u prof. Czapińskiego? Kiedyś zapytał mnie o to młody naukowiec z SGH piszący pracę na temat innowacyjności. Wydaje mi się, że zachodzi tu zbieg paru rzeczy.

Po pierwsze nasi ekonomiści zafascynowani są teoriami powstającymi na Zachodzie, czyli w krajach bogatych. A tamci ekonomiści piszą, że innowacyjność jest potrzebnym czynnikiem rozwoju gospodarczego i mają rację. Bo kraje bogate muszą być innowacyjne. Bezkrytycznie przejmują to nasi naukowcy i nieszczęście gotowe. Bardziej przy tym dogmatyczni w przekonaniu, że to innowacje dają wzrost i bogactwo w kraju takim jak Polska są ci ekonomiści, którzy w dużej części kształtowali się przed rokiem 1990. Młodsze pokolenie ekonomistów już nie jest tak dogmatyczne.

Po drugie, jest to łatwa i wygodna recepta na przyspieszenie wzrostu gospodarczego. Wszyscy lub prawie wszyscy tak mówią, to ja bezpiecznie powtarzam, bo nie mam lepszego pomysłu.

Po trzecie, kraje bogate dominują we władzach Unii Europejskiej. Wobec tego strategie i inne dokumenty europejskie pisane są „pod” kraje bogate. Ostatnia inwencja w tym względzie to tzw. smart growth (inteligentny wzrost), gdzie się chce przemycić treści niesione przez zdarte już nieco hasło gospodarka oparta na wiedzy.

Nasza administracja bezrefleksyjnie hasła te przyjmuje i powiela. Tak jakby recepta dobra dla krajów bogatych była równie dobra dla krajów doganiających. Z drugiej strony jak ma nie powielać skoro nasi eksperci nie potrafią jej powiedzieć, że kraj na niższym poziomie rozwoju nie musi być innowacyjny, żeby konkurować, dawać ludziom pracę, bogacić się. To taki efekt stadny wśród ekspertów wynikający z pierwszego i drugiego czynnika.

Po czwarte wreszcie ważnym czynnikiem są środki europejskie, które są wydawane na różne ekspertyzy lub pseudoekspertyzy. Ponieważ daliśmy sobie wmówić, że innowacyjność jest u nas ważna, to różnego rodzaju ośrodki dysponujące pieniędzmi europejskimi zamawiają prace eksperckie z tezą. Co zamawiają, to otrzymują. Podam przykład Regionalnych Strategii Innowacyjności. Każdy region kraju je robi, monitoruje, odświeża, zatrudnia ekspertów, tylko nic z tego nie wynika. Niczemu one nie służą, poza wydawaniem pieniędzy, marnowaniem czasu ludzi i drukowaniem papieru. Para idzie w gwizdek.

Wszystko to razem nie oznacza, że mamy unikać innowacyjności. Powinna ona by ć zwłaszcza tam, gdzie warunki ekonomiczne na to pozwalają, zwłaszcza tam gdzie nie wytrzymamy konkurencji rynkowej. Z innowacyjności nie należy jednak robić fetyszu. Bo jeśli z natury ok. 2,5 proc. społeczeństwa jest innowacyjne (zob. Everett Rogers, 1962), to sam fakt uczynienia z innowacyjności specjalnego programu wspieranego finansowo doprowadzi do deprecjacji innowacyjności, czyli do wprowadzenia na rynek pseudoinnowacji. A to oznacza marnotrawstwo środków i wysiłków ludzkich, rozczarowania, a przez to uboższe i mniej szczęśliwe będzie społeczeństwo.

Z biegiem lat kiedy będziemy bogatsi będziemy musieli być także bardziej innowacyjni, bo w ten sposób będziemy mogli być konkurencyjni na światowych rynkach. Wymusi to na nas rynek.

Alfred Bieć

Autor jest ekonomistą Szkoły Głównej Handlowej, był ekspertem Parlamentu Europejskiego ds. rynków finansowych, prezesem i członkiem zarządów banków, podsekretarzem stanu w rządach T. Mazowieckiego, J. K. Bieleckiego i J. Olszewskiego.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test