Innowatorzy w świecie spoczęli na laurach

28.02.2013
Gdyby nie wynalazek Edisona, to do dziś oglądalibyśmy telewizję przy świecach – zagadnął kiedyś słuchaczy Al Boliska, kanadyjski prezenter radiowy. Pojawiają się jednak opinie, że innowacyjny „motor wzrostu” ostatnio przerywa, świat gnuśnieje. W połowie XX w. wzrost mierzony produkcją towarów i usług na głowę wynosił w USA ok. 3 proc. rocznie. W XXI w. spadł poniżej 1 proc.

Zmierch innowacyjności? (CC BY-NC Cayusa)


Trzy lata temu zmarł nieodżałowany Angus Maddison – pionier rachunków narodowych i historyk gospodarczy w jednym. Dzięki jego monumentalnym badaniom zdaliśmy sobie sprawę z niesamowitego przyspieszenia, jakie jest znakiem współczesności. Jeśli przyjąć założenie, że dwóch ludzi pracuje dwa razy więcej niż jeden człowiek, to tworzy dwa razy więcej naszej wspólnej historii niż samotnik. Na tej zasadzie 7 miliardów ludzi zamieszkujących dziś Ziemię tworzy 7 razy więcej historii niż 1 mld, który zaludniał planetę w 1811 r.

Gdy wagą pomiaru względnego jest ludność, to 28 proc. „historii”, tworzonej na świecie od czasów Jezusa Chrystusa, powstało w jednym, jedynym XX w. W jeszcze bardziej szokującym ujęciu widać, że aż 23 proc. wszystkich dóbr i usług wytworzonych przez 2 tysiące lat, od Anno Domini 1 do dziś, powstało w okresie 2001-2010.

Istota innowacji zawiera się w ich czarownych cechach, umożliwiających wzrost gospodarczy przy spadku liczebności zatrudnionych. Trzeba było kilku tysięcy lat zastoju technologicznego, trwającego od wynalezienia koła do uruchomienia przez Jamesa Watt’a silnika parowego (z doniosłym przerywnikiem na innowację Gutenberga), aby ludzkość doceniła przewagi rozwoju intensywnego, napędzanego bardziej umysłem niż rękoma.

Świat gnuśnieje

Najczęściej innowacje utożsamiane są zatem z techniką i wynalazkami, ale to zbyt wąskie podejście. Najtrafniej zdefiniował je były unijny komisarz i niemiecki polityk Günter Verheugen, który powtarza, że innowacyjność to umiejętność przekształcania wiedzy w pieniądze.

Pojawiają się opinie, że świat zgnuśniał ostatnio pod tym względem. W połowie ubiegłego wieku wzrost mierzony produkcją towarów i usług per capita wynosił w Ameryce ok. 3 proc. średniorocznie. W latach 70. XX w. spowolnił do ok. 2 proc., a w XXI w. spadł poniżej 1 proc.

Wyraźnie spadkową tendencję potwierdzają badania Roberta Gordona z Northwestern University, który zmierzył wytwórczość jeszcze dokładniej, bo w roboczogodzinach. Z jego pomiarów wynika, że po ożywieniu na przełomie wieków, licząc od 2004 r., średnioroczne tempo wzrostu spadło w USA do 1,33 proc, czyli mniej więcej do poziomu z kiepskiego pod tym względem okresu 1972-1996.

Spoczynek na laurach dostrzec można także gołym okiem w najbliższym otoczeniu. 100 lat temu największym zbytkiem w kuchniach była woda z kurka w ścianie. Po kilku dekadach pomieszczeniami kuchennymi zawładnęły w niesamowitym tempie inteligentne lodówki, zmywarki, wymyślne urządzenia do gotowania i pieczenia, mikrofale, roboty i co tam jeszcze. A teraz od lat 20-30 w kuchennych nowościach praktycznie zastój, chyba że za przełom uważa się próby uruchamiania czajnika smartfonem.

Udzielający się ostatnio w światowych mediach założyciel serwisu płatności PayPal – Peter Thiel jest tym wyraźnie rozczarowany. Mówi, że obiecywano nam latające między wieżowcami samochody, a dostaliśmy jedynie 140 znaków (w Twitterze).

Od krzemu po skoordynowany ruch śrubokrętem

Co tam jednak Ameryka i reszta bardzo bogatego świata, w porównaniu z niecierpliwością nuworyszy na dorobku, jakimi są Polska i Polacy. U nas od „zarania dziejów” są kłopoty z innowacjami, nie mówiąc o wiekopomnych przełomach. Przewrót zaliczyliśmy na ziemiach polskich tylko jeden. Kopernik ruszył ziemię, ale nic nam w złocie z tego nie przyszło. Maria Skłodowska-Curie była wielka, ale frukta z jej odkryć miały wymiar ogólnoludzki, a nie państwowotwórczy i gospodarczy.

Rok 2013 został ogłoszony przez Sejm rokiem Jana Czochralskiego, którego w kraju prawie nikt nie kojarzy, a jako twórca metody otrzymywania monokryształów krzemu, prowadzącej prostą drogą do mikroprocesorów, jest nadal najbardziej znanym w świecie polskim naukowcem. Na krzemie, pomysłu profesora z Warszawy, też nie zarobiliśmy i możemy się jedynie pocieszać, że być może najważniejszą przeszkodą była w tym przypadku II wojna.

Niczego zatem z osiągnięć tej wielkiej trójki nie mamy w wąskim sensie materialnym, ale wiemy przynajmniej na ich przykładach, że coś umiemy.

Badania nad przemysłowym wycinkiem innowacji w Polsce prowadzi Instytut Nauk Ekonomicznych PAN. Zajmuje się tym prof. Tadeusz Baczko z zespołem. Podstawą ich analiz są ankiety. Firmy proszone są od 2005 r. o informacje dotyczące tzw. innowacji produktowych. Dane liczbowe można sobie właściwie darować, ponieważ wszyscy na świecie mają ogromny problem z pomiarem nakładów na badania i rozwój (B+R, ang. R & D) oraz efektów innowacji, a ponadto ankiety odesłane do PAN oddają jedynie ułamek zjawiska.

Wniosek ogólny z „Raportu o Innowacyjności Produktowej w Polsce w 2012 r.” pokrywa się z powszechnymi odczuciami – jest raczej mizernie, ale nie aż tak, żeby załamywać ręce. W Polsce na B+R (Gross Expenditure on Research and Development; GERD) idzie jakieś 0,7 proc. PKB rocznie, najlepsze wyniki światowe to 3,5, a nawet 4 proc. udziału w PKB.

Jeśli szukać na świecie prawidłowości o charakterze generalnym, to wszystkie kraje z czołówki innowacyjnej są jednocześnie eksporterami kapitału netto. Polska doświadcza wad i dobrodziejstw tzw. ujemnej międzynarodowej pozycji inwestycyjnej. Niedostatek środków finansowych, pokrywany importem kapitału z zagranicy, wynosi obecnie 250 mld euro, czyli bilion złotych.

Niska innowacyjność jest zatem w istotnej części pochodną wysokiego udziału firm zagranicznych w polskim eksporcie. W fabrykach Fiata w Tychach i Bielsku-Białej nie skupiają się na badaniach, a przede wszystkich na skoordynowanych ruchach śrubokrętem.

Na tym tle makroekonomicznym nie dziwi wniosek z raportu, że w Polsce najbardziej innowacyjne są firmy małe, a wręcz malutkie, tzw. start-up’y i przedsiębiorstwa, które istnieją dopiero na formularzach wniosków o rejestrację w KRS. Firmy te powstają z wiary w sukces nowatorskiego produktu i podejścia. W większości jest to wiara bez pokrycia, ale nie zmienia to faktu, że w niezwykle konkurencyjnym otoczeniu szanse na przeżycie mają przede wszystkim firmy z pomysłem, czyli inaczej – innowacyjne.

Polska specyfika nie odbiega znacznie od uwarunkowań innych państw (emerging) zajętych doganianiem liderów światowych. Relatywnie dużo na ich rynkach małych spryciarzy. Pośrodku, tam gdzie w Niemczech olbrzymieje tzw. Mittelstand, a w innych państwach mnożą się firmy średniej wielkości – w Polsce i podobnych gospodarkach – pustawo. Pod koniec skali obrazującej strukturę wielkości przedsiębiorstw ujawnia się natomiast od kilku do parudziesięciu olbrzymów – toutes proportions gardées.

Przypadłość strukturalna

Wielkie firmy są najczęściej własnością podmiotów zagranicznych, więc ich wydatki na B+R są minimalne, jako że działalność prorozwojowa to domena centrali. Maluchy mogą mało, bo same są małe. Brakuje firm na tyle dużych, żeby wydatek paru milionów złotych rocznie na fanaberie naukowo-techniczne nie czynił im odczuwalnej różnicy. Jest ich zbyt niewiele, żeby w skali całej gospodarki uzbierały miliardy.

Dlatego niska innowacyjność polskiej gospodarki to w wielkiej mierze przypadłość strukturalna. Lekarstwem jest czas, cierpliwość i systematyczna akumulacja kapitałów. Hasłowo: niedobry czas na B+R, gdy za rogiem czyha ZUS.

Niewielkie w skali całej polskiej gospodarki nakłady na B+R uniemożliwiają uruchomienie mnożnika innowacyjności, kryjącego się w stadnej lokalizacji. Potencjał innowacji ujawnia się tym łatwiej, im więcej w pobliżu równie ambitnych, jak my sami, partnerów do współpracy, wyścigu i konkurencji. Można takie centra dekretować i zaklinać ich powstawanie metodami biurokratycznymi, ale zda się to na nic lub na niewiele. Koń pójdzie od czasu do czasu za marchewką, ale firmy same, bez zanęty, muszą poczuć pociąg do B+R oraz innowacji.

Gdy rozpoczęła się rewolucja przemysłowa, podwojenie dochodu na głowę zajęło Brytyjczykom 150 lat. Amerykanie byli sprytniejsi – im starczyło 30 lat. Chińczycy i Hindusi uporali się ostatnio z tym zadaniem jeszcze szybciej niż Amerykanie, a są ich nie setki milionów, a sporo ponad 2,5 miliarda. Gros swego osiągnięcia Chiny i Indie zawdzięczają innowacjom sprowadzanym najczęściej z zewnątrz i wdrażanych z zaciętą konsekwencją. W Polsce też polegamy na imporcie idei oraz know-how, bo własny rynek innowacji jest więcej niż skromny.

Co Polak potrafi, obcy weźmie za swoje

INE PAN wyróżnił 20 najbardziej innowacyjnych produktów wytwarzanych w Polsce w 2012 r. Ze względu na ograniczony, ankietowy zakres badań, lista nie obejmuje z pewnością wszystkich dokonań zasługujących na uwagę.

Główny laur przypadł polskiej grupie farmaceutycznej Polpharma za opracowanie technologii i wdrożenie do produkcji serii substancji aktywnych, będących główną składową leków przeciw osteoporozie. Istota innowacyjności polega tu na opracowaniu i zastosowaniu bardziej konkurencyjnych i ekologicznych sposobów wytwarzania substancji, znanych od dawna. Dzięki temu Polpharma stała się liderem światowym w tej niszy – na liście odbiorców jest 114 klientów z całego świata.

Vigo-System z Ożarowa Maz. poszedł jeszcze dalej i ulokował swój produkt na Marsie. Jego detektor podczerwieni został użyty przez NASA w urządzeniach lądownika Curiosity, przeszukującego skrawek powierzchni Czerwonej Planety. Na niektóre asortymenty rocznej produkcji Vigo System nie trzeba więcej miejsca niż jest w kieszeni marynarki, a mimo to da się z tego wyżyć – twierdzi prezes Mieczysław Grudzień.

Oczyszczanie ścieków to wielkie polskie wyzwanie. Jeszcze niedawno pompy do tłoczenia ścieków do oczyszczalni pochodziły wyłącznie z zagranicy. Dzisiaj 60 proc. krajowego rynku zagarnęła fabryka pomp z Grudziądza Hydro-Vacuum, zatrudniająca ok. 600 osób. Jej wiceprezes Barbara Miller wskazuje, że w dziale B+R wytwórnia ma ponad 40 inżynierów i kwitnie współpraca z kilkoma politechnikami. Innowacyjna jest nie tylko wyróżniona tłocznia ścieków TSB – urządzenia wdrożone do produkcji w ciągu tylko 3 ostatnich lat zapewniają firmie aż 30 proc. bieżących przychodów.

Bezwład państwa rezerwą innowacji

Przykłady nie powalają na ziemię, ale też nie od razu Kraków zbudowano. Rodzime firmy szukające szans w innowacyjności wskazują, że największą barierą jest brak wystarczających środków na porządne B+R. Polskie przedsiębiorstwa mają za mało pieniędzy. Zanim się wzbogacą, minie jeszcze sporo czasu. Wsparcia nie dostaną w znaczącej wielkości od państwa, w formie grantów, dotacji, czy ulg podatkowych, bo i ono jest bardzo potrzebujące, a poza tym lubuje się w marnotrawieniu pieniędzy na dużą skalę.

Pora wrócić do ujęcia innowacyjności popularyzowanego przez G. Verhaugena. Państwo nie ma własnych pieniędzy, ale może pomagać lub przeszkadzać ludziom i przedsiębiorstwom w ich zarabianiu i akumulowaniu. Największą, wręcz ogromną, i zupełnie niewykorzystaną rezerwą innowacyjności w Polsce jest bezwład państwa. Polskiej gospodarce potrzebna jest dziś przede wszystkim innowacyjność legislacyjna, rozumiana, jako tworzenie spójnego, zrozumiałego, przyjaznego ludziom prawa.

Konieczne jest innowacyjne podejście do polityki, żeby nie zaprzątać uwagi narodu kwestiami czwartorzędnymi. Czekamy innowacyjności w sądownictwie, żeby na orzeczenia nie czekać latami. Pilne są innowacje w zarządzaniu procesami rozwoju infrastruktury, a także we wszystkich dziedzinach, gdzie kierownikiem jest państwo – szkolnictwo, ochrona zdrowia, porządek publiczny. Z tego wszystkiego może być, a nie jest, góra pieniędzy.

Zbyt mocno przywiązani jesteśmy do przebrzmiałych aksjomatów. Jakże mało mędrców uczonych w słowie zdaje sobie sprawę ze sprzeczności między warunkami współczesności, w których brak popytu na ręce do taczek, a biadoleniem nad rzekomym dramatem demograficznym. Nikt, a przynajmniej mało kto, próbuje zmierzyć się z przeprowadzeniem rozumnego dowodu, że dziś 40 mln Polaków to lepszy scenariusz niż 25-30-33 mln mieszkańców Polski.

Tu interesujący przyczynek – Paul Romer z University of Rochester wysnuł przed ćwierć wiekiem tezę, że innowacyjny, niezwykle wydajny i kapitałochłonny amerykański system wytwórczy, powstający w końcu XIX wieku, miał bardzo kaloryczną pożywkę w postaci względnego (w porównaniu z W. Brytanią) niedoboru siły roboczej. Dziś proces zdaje się powtarzać. Eksport miejsc pracy do globalnej, azjatyckiej megafabryki, czyli tzw. offshoring stracił impet. Wzrost płac w „tanich krajach” może stać się impulsem nowej fali innowacyjności na szeroko rozumianym Zachodzie.

Przeważają głosy, że najlepsza pożywka innowacji to współpraca nauki z przemysłem. Na krótką metę tak, ale dobrodziejstwa o największym ciężarze gatunkowym ujawniają się gdy nauka ma warunki i ochotę na bardzo szerokie badania podstawowe. Wtedy ugór zamienia się w grunt, na którym rosną nie tylko innowacje techniczne, ale wszelkie inne, w tym organizacyjne i kulturowe, sprzyjające lepszemu współdziałaniu ludzi w miejscu zamieszkania, firmie, a także w ramach państwa.

W 2001 r. dwaj informatycy założyli w Gdyni firmę, która dziś nazywa się Ivona Software. Celem był rozwój syntetyzatora mowy. Postępy na tym polu poczynili takie, że na początku 2013 r. firma została przejęta przez globalnego giganta – koncern Amazon. Transakcja doczekała się odnotowania w artykule własnym wielkiej gazety światowego biznesu „The Wall Street Journal”. Ma ten tekst kilka krótkich akapitów o dokonaniach firmy i nadziejach koncernu, ale zabrakło miejsca na informację, że Ivona jest z Polski. I to byłaby znamienna uwaga na koniec.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły