Internet przestanie być najbardziej innowacyjną branżą

20.12.2011
Przełom wieku XIX i XX był bardziej innowacyjny niż przełom wieku XX i XXI. Wspierać innowacyjność należy inaczej niż prostą filozofią „im więcej pieniędzy na to damy, tym lepiej”, a Polska ma szansę na swojego Steve’a Jobsa, ale raczej nie w branży internetowej –przekonuje Alex Tabarrok, profesor George Mason University.

Proszę szukać innowatorów w branży biotechnologicznej - radzi Alex Tabarrok (CC BY-NC-ND Shell)


Obserwator Finansowy: Profesorze, sądzi Pan, że w Polsce może pojawić się innowacyjny przedsiębiorca na miarę Steve’a Jobsa?

Alex Tabarrok: Dlaczego nie? Komunizm upadł u was 20 lat temu, macie wolność, jesteście wykształceni, potraficie myśleć nieschematycznie…

Mimo to jakoś na horyzoncie nikogo takiego nie widać.

Bo może szuka pan nie tam, gdzie trzeba.

Sektor IT, Internet, to złe tropy?

Pańskie myślenie jest bardzo tradycyjne. Proszę szukać innowatorów w branży biotechnologicznej, zwłaszcza w dziedzinie biologii syntetycznej. [połączenie biologii molekularnej i inżynierii – przyp. red.] Ta branża obecnie przeżywa swój rozkwit na całym świecie, ponieważ koszty eksperymentów spadają bardzo szybko. Firma zajmująca się biologią syntetyczną może być założona w garażu, jak Apple, czy HP.

Choć znam polskie firmy biotechnologiczne, to nie słyszałem, by któraś dostała państwowe bądź unijne wsparcie na tego typu eksperymenty.

Ma pan na myśli urzędowe komisje wspierające innowacje? To jest zły pomysł. Tak naprawdę myślę, że najlepszy model wspierania innowacji mamy w USA. Subsydiowane są badania o znaczeniu globalnym. Im lepsze recenzje otrzymają projekty badawcze danego uniwersytetu od światowej społeczności naukowej, tym ten uniwersytet otrzyma więcej pieniędzy. To nie jest proces doskonały, ale o wiele lepszy niż odgórne planowanie.

U nas wciąż żywe jest przekonanie, że liczy się przede wszystkim stosunek nakładów na badania i rozwój do PKB. Im większy, tym będziemy bardziej innowacyjni. To prawda?

ZSRR inwestowało w badania i rozwój bardzo dużo, a jednak niewiele z tego miało. Rozumiem prawdziwą innowację, jako umiejętne łączenie pomysłów, pieniędzy i rynków. Chodzi o to, że wielkie idee zrodzone przez kreatywnych ludzi, którzy dysponują profesjonalną wiedzą, bez pieniędzy umierają. Żeby jednak zdobyć pieniądze potrzeba tętniących życiem rynków giełdowych, funduszów typu venture capital i banków. Jednym słowem ludzi, którzy chcą zaryzykować swoje oszczędności, inwestując je w te idee. A dlaczego właściwie chcą ryzykować? Bo wiedzą, że mogą odsprzedać je potem na rynku z dużym zyskiem.

I jeszcze a propos Jobsa i rodzajów innowacyjności. Nie można zapominać, że do przedsiębiorstw będących najbardziej innowacyjnymi zaliczają się nie tylko te produkujące dobra, ale także te, które je sprzedają. Jak Walmart.

Żartuje pan? Cała filozofia dyskontów polega na tym, by sprzedać taniej niż inni. Co w tym innowacyjnego? Proszę się powiedzieć pracownikom Walmartu, albo polskiego odpowiednika, Biedronki, że ich firma jest innowacyjna.

A co mają do tego pracownicy?

Są „innowacyjnie” nisko opłacani. Taka przynajmniej jest powszechna opinia.

I dlatego w powszechnej opinii za innowacyjne uznaje się wyłącznie firmy takie, jak Apple. Najważniejsze innowacje – przynajmniej w gospodarce USA – pojawiały się jednak w ciągu ostatnich 20 lat w sektorze handlowym. Czy wie Pan, że dzięki Walmartowi, największej korporacji świata, konsumenci oszczędzają ćwierć biliona dolarów rocznie? A do grupy konsumentów należą również pracownicy Walmartu! Firma osiągnęła to dzięki niespotykanej zdolności do zwiększania swojej produktywności i skutecznego konkurowania z innymi.

To wymagało setek, tysięcy małych innowacji, które trudno nawet opisać. Menedżerowie Walmartu, mówiąc ogólnie, są na przykład mistrzami w efektywnym szkoleniu swoich pracowników i kontrolowaniu łańcucha dostaw.

Często wskazuje się, że kuleje system edukacji w Europie i to ma być jedną z fundamentalnych przyczyn problemów z innowacyjnością. Jak poprawić proces kształcenia, by promował innowatorów?

Obawiam się, że nie można. Nauczyciele nie lubią kreatywnych uczniów. To jedna z najlepiej udokumentowanych tez w dziedzinie badań nad innowacją. Nietrudno zrozumieć, dlaczego tak jest, ale wie pan… nie powinniśmy winić nauczycieli.

Jak to?

Ludzie kreatywni z definicji mają niemal za nic konwencje społeczne. Mówią bez ogródek, co myślą, są aroganccy i często po prostu nie budzą sympatii. Z badań wynika, że są często najzwyczajniej w świecie trochę nieuczciwi w kontaktach z innymi, bo skoro łamią konwencje w jednym aspekcie życia, czemu mieliby nie łamać ich w pozostałych? Wszyscy wiemy, że Steve Jobs był kreatywny, był wielkim przedsiębiorcą, ale z jego biografii uczymy się, że potrafił być też zwykłym palantem. Więc nawet, jeśli nauczyciele mówią, że lubią kreatywnych uczniów, to nie mówią prawdy. Obecnie w niemal wszystkich szkołach i uniwersytetach świata uczy się tak naprawdę respektowania reguł, a nie przełomowego myślenia. Żeby to się zmieniło, musiałaby się zmienić mentalność polityków, musiałby ulec transformacji cały system…

Może rząd jako instytucja też może podlegać innowacjom?

Póki co polityka hamuje innowacje. Z drugiej strony mój przyjaciel prof. Robin Hanson jest pionierem pewnych zmian. Otóż to on zapoczątkował ideę rynków prognostycznych (prediction markets), które pozwalają z bardzo dużą dokładnością – większą niż sondaże – szacować, kto wygra wybory. Ceny, które ludzie oferują za „akcje” dane polityka są interpretowane jako prawdopodobieństwo jego wygranej.

Iowa Electronic Markets, stworzone na Uniwersytecie Iowa, to najbardziej znany przykład zastosowania idei Hansona. Profesor Hanson chciałby jednak iść dalej i używać wyników generowanych w ten sposób do podejmowania decyzji, np. politycznych. To wspaniała idea i z niecierpliwością czekam na eksperymenty. Nie jestem jednak pewien, czy świat jest na to gotowy.

Jest w Polsce pewien ekscentryczny publicysta-polityk wolnorynkowy, który twierdzi, że w XX i XXI pojawiło się o wiele mniej innowacji niż w wieku XIX, w wieku wolności…

Nie jest to twierdzenie głupie. Proponuję eksperyment myślowy. Najpierw podróż wstecz jakieś 60 lat. Społeczeństwo nie było tak zaawansowane technologicznie, jak nasze, ale było jawnie nowoczesne – jeździło samochodami, były telefony, telewizory, samoloty itd. Były nawet komputery! 2011 r. wygląda jak ulepszona wersja 1951 r. A teraz proszę cofnąć się do 1891 r. To był zupełnie inny świat. Nie było samolotów, radia, samochodów (w 1899 r. Benz, który był największym producentem samochodów wytwarzał 572 sztuki rocznie), telewizorów… Były telefony, ale niewiele. Sądzę, że przełom XIX i XX wieku był najbardziej innowacyjnym w całej historii rodzaju ludzkiego. Niewykluczone jednak, że XXI wiek go pobije.

Rozmawiał Sebastian Stodolak

Alex Tabarrok (rocznik 1966), professor George Mason University. Specjalizuje się w zagadnieniach z dziedziny teorii gier, ekonomii prawa i ekonomii sektora usług zdrowotnych. Wraz z prof. Tylerem Cowenem prowadzi jeden z najbardziej popularnych blogów ekonomicznych na świecie – marginalrevolution.com. Właśnie opublikował w USA książkę „Launching The Innovation Renaissance: A New Path to Bring Smart Ideas to Market Fast”.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test