content

Jak nierówności hamują wzrost gospodarczy

07.02.2019
Modele, w których wzrost gospodarczy nie obejmuje całego społeczeństwa, a więc zwiększa nierówności, z reguły prowadzą do porażki.

Michael Spence (PS)


Jakieś dziesięć lat temu Komisja ds. Wzrostu Gospodarczego i Rozwoju (której przewodniczyłem) opublikowała raport, w którym próbowaliśmy sprowadzić dwie dekady badań i doświadczeń – w wielu krajach – do postaci konkretnych wniosków dla gospodarek na drodze rozwoju. Najważniejszym chyba okazał się ten, że modele, w których wzrost gospodarczy nie obejmuje całego społeczeństwa, a więc zwiększa nierówności, z reguły prowadzą do porażki.

Przyczyna tej porażki nie leży właściwie po stronie gospodarki. Jest nią narastająca frustracja ludzi, którzy ucierpieli na skutek rozwoju, a także tych, którzy nie mogą w dostatecznym stopniu czerpać z jego dobrodziejstw. Podsyca to podziały społeczne, co może skutkować rozchwianiem politycznym, paraliżem lub doraźnym charakterem decyzji. A wszystko to brzemienne jest w długofalowe skutki.

Nie ma powodu sądzić, że wykluczenie wpływa na perspektywy wzrostu jedynie w krajach rozwijających się. Natomiast konkretne scenariusze zależą od pewnej liczby czynników. Między innymi, rosnące nierówności spowodują zapewne mniej społeczno-politycznego zamętu w środowisku silnego wzrostu (rzędu 5-7 proc. rocznie) niż w warunkach wzrostu niskiego lub jego braku, gdy dochody i perspektywy jakiejś części społeczeństwa stoją w miejscu lub się zmniejszają.

Ten ostatni scenariusz rozgrywa się w ciągu ostatniego miesiąca na naszych oczach we Francji, w postaci fali protestów „żółtych kamizelek”. Bezpośrednią ich przyczyną był nowy podatek od paliw. Dodatkowe koszty nie były szczególnie wysokie (około 30 centów za galon). Ale ceny paliw we Francji i tak należały do najwyższych w Europie (ok. 7 dolarów za galon, włącznie z dotychczasowymi podatkami).

Podatek w tej wysokości może służyć celom ekologicznym, powodując zmniejszenie emisji gazów, ale też rodzi obawy o konkurencyjność międzynarodową. Co więcej, choć podatek ten (obecnie wycofany), przyniósłby nowe dochody budżetowe, nie pomyślano o tym, by sfinansować z nich wsparcie dla walczących o byt gospodarstw domowych, zwłaszcza na prowincji.

W gruncie rzeczy wybuch protestu żółtych kamizelek spowodowany był nie tyle samym wprowadzeniem podatku, ile tym, o czym ono świadczyło – mianowicie obojętnością rządu na trudności, z którymi boryka się klasa średnia spoza wielkomiejskich ośrodków Francji. A ponieważ dochodowe i zawodowe nierówności wzrosły w ostatnich dziesięcioleciach we wszystkich gospodarkach rozwiniętych, niepokoje we Francji powinny być sygnałem ostrzegawczym dla innych.

Niekorzystne cechy wzrostu gospodarczego w gospodarkach rozwiniętych miały swój początek 40 lat temu, kiedy udział pracy w dochodzie narodowym zaczął spadać.

Wszystko wskazuje na to, że niekorzystne różnicujące cechy wzrostu gospodarczego w gospodarkach rozwiniętych miały swój początek mniej więcej czterdzieści lat temu, kiedy to udział pracy w dochodzie narodowym zaczął spadać. Następnie zaś pracochłonne sektory przemysłowe tych gospodarek zostały poddane rosnącej presji ze strony coraz bardziej konkurencyjnych Chin, a ostatnio również automatyzacji.

Przez pewien czas wzrost gospodarczy i zatrudnienie nie zwalniały, maskując rozwarstwienie dochodów i możliwości pracy. Ale gdy w roku 2008 wybuchł kryzys finansowy, wzrost się załamał, a bezrobocie poszybowało do góry. Banki zaś, którym pozwolono urosnąć do takich rozmiarów, że nie mogły upaść, musiały zostać uratowane w imię uniknięcia ogólnej apokalipsy gospodarczej. To obnażyło głęboką niepewność warunków bytowych, podważając zaufanie do przywódców i instytucji establishmentu.

Owszem, Francja, podobnie jak wiele krajów Europy, boryka się z właściwymi sobie barierami wzrostu i zatrudnienia, na przykład w zakresie struktury i regulacji rynku pracy. Ale wszelkie próby ich usunięcia muszą iść w parze z działaniami na rzecz ograniczenia, a ostatecznie odwrócenia, polaryzacji dochodów i pracy. Podsyca ona bowiem niezadowolenie ludzi i polityczny zamęt.

Jak dotąd jednak Europa kompletnie zawodzi na tym froncie, płacąc za to wysoką cenę. W wielu krajach rosną w siłę ugrupowania nacjonalistyczne i antyestablishmentowe. W Wielkiej Brytanii niezadowolenie z rozwoju spraw przesądziło o zwycięstwie zwolenników brexitu w referendum z 2016 roku. Podobne nastroje zagrażają dziś rządom Francji i Niemiec. We Włoszech przyczyniły się do powstania populistycznego rządu koalicyjnego. W chwili obecnej trudno dostrzec jakiekolwiek realne pomysły wzmocnienia europejskiej jedności, nie mówiąc o przywództwie politycznym zdolnym je zrealizować.

Niewiele lepiej wygląda to w Stanach Zjednoczonych. Podobnie jak w Europie, przepaść między środkiem a najbogatszym krańcem rozkładu dochodów i majątku – a także pomiędzy wielkimi miastami a resztą – gwałtownie się powiększa. Było to jedną z przyczyn odrzucenia przez wyborców polityków głównego nurtu, co utorowało drogę do zwycięstwa Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich z 2016 roku. Ten zaś wykorzystał frustrację elektoratu do realizacji posunięć, które nierówności mogą tylko powiększać.

Długotrwały wzrost nie obejmujący całości społeczeństwa może z czasem prowadzić do paraliżu decyzyjnego, ewentualnie szamotania się między jedną a drugą polityczną skrajnością. Ameryka Łacińska na przykład ma bogate doświadczenia z populistycznymi rządami, które realizują budżetowo fantastyczne scenariusze faworyzujące kompensowanie nierówności kosztem inwestycji wspierających wzrost. Z drugiej strony, ma doświadczenie gwałtownych zwrotów ku modelom skrajnie rynkowym. Modele te ignorują wzajemnie uzupełniające się role rządu i sektora prywatnego w podtrzymywaniu silnego wzrostu.

Ostra polaryzacja polityczna rodzi też coraz bardziej wojownicze postawy w stosunkach międzynarodowych. Będzie to szkodzić światowemu wzrostowi gospodarczemu, podważa się bowiem zdolność globalnej społeczności do modyfikowania reguł rządzących handlem, inwestycjami, przepływem ludzi i informacji. Postawy te będą też ograniczać zdolność świata do stawienia czoła wyzwaniom długofalowym, takim jak zmiany klimatu czy reforma rynku pracy.

Ale wróćmy do sedna. Podstawowy wniosek z doświadczeń gospodarek niegdyś rozwijających się, a dziś rozwiniętych, jest taki, że szeroko pojęty rozwój stabilny (ang. sustainability) z jednej strony, a „włączenie” całego społeczeństwa z drugiej, są ze sobą nierozerwalnie związane. Co więcej, nieskuteczna walka z wykluczeniem niweczy efekty reform i inwestycji warunkujących długofalowy wzrost. Wzrost gospodarczy i postęp społeczny powinny być realizowane skutecznie – nie przy pomocy listy doraźnych posunięć i reform, ale na podstawie strategii i starannego planowania kolejności i harmonogramu reform. Plan taki musi poświęcać więcej niż przelotną uwagę efektom dystrybucyjnym.

W konstruowaniu strategii „wzrostu bez wykluczenia” trudne jest nie tyle określenie stanu docelowego, ile wymyślenie sposobów jego osiągnięcia. To jest realna trudność oraz powód, dla którego zdolności strategiczno-polityczne, a także przywódcze odgrywają tak wielką rolę.

Michael Spence, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, jest profesorem ekonomii w Stern School of Business Uniwersytetu w Nowym Jorku, a także członkiem rzeczywistym Instytutu Hoovera.

© Project Syndicate, 2018

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły