Obserwator Finansowy logo

Jak Węgry przekraczają granice

04.09.2013
Dwaj węgierscy intelektualiści socjalliberalnej proweniencji - były prezes Węgierskiego Banku Narodowego György Surányi oraz zarządzający od 1990 r. Instytutem Badań Finansowych wybitny publicysta László Lengyel – postanowili, jak sami mówią, dokonać rachunku sumienia i sporządzić inwentaryzację życia w książce.


Powstał tom Határátkelés (Przekraczanie granic), tom fascynujący, obejmujący ostatnie ponad trzy dekady węgierskiego życia politycznego i gospodarczego, a więc zmierzch epoki Kádára, systemową transformację (1988-1990) oraz dotychczasowy okres demokracji z analizą doprowadzoną niemal do końca 2012 r.

Nie będziemy tu wchodzili w rozważania historyczne obu rozmówców, skupiając się jedynie na okresie ostatnim, zwanym „systemem Orbána”, czyli po 2010 r., który jest bardzo dynamiczny, jako że dokonują się na Węgrzech gruntowne zmiany, narzucane przez tamtejszego charyzmatycznego premiera.

Co może być zaskakujące, ale jest w pełni uzasadnione, tytułowych „przejść granicy” autorzy wcale nie utożsamiają – jak czyni to wielu – z dojściem Orbána do władzy, lecz zasadniczą cezurę w sensie polityki gospodarczej kraju stawiają już na rok 2001, kiedy to oba walczące ze sobą obozy, „orbaniści” oraz socjaliści i liberałowie rozpoczęli, katastrofalną w skutkach, licytację na obietnice, które potem socjaliści, z obawy przed napierającym Fideszem Orbána, zaczęli spełniać, rujnując budżet i państwo.

To ten mechanizm przyniósł ze sobą pamiętną wypowiedź premiera Ferenca Gyurcsánya, zgodnie z którą, idący ponownie do władzy socjaliści „kłamali o każdej porze dnia i nocy”. Co więcej, ten mechanizm, trwającej bezustannie zimnej wojny domowej dwóch zwalczających się zawzięcie obozów, przyniósł ze sobą kolejne „przekroczenie granicy”, jakim były demonstracje i rozruchy na ulicach Budapesztu jesienią 2006 roku.

To było katharsis, po którym – zdaniem Lengyela – „nie tylko nam obu, ale całej węgierskiej inteligencji przyszło dokonanie wyboru, jaki wybrać kierunek na tym rozdrożu…Od jesieni 2006 r. narastało w człowieku poczucie, że dotychczas był u siebie w domu, a teraz utracił i ojczyznę, i własny świat, w którym dotąd dobrze się czuł”.

Z kolei Surányi uważa, że Węgry „do 2001 r. w zasadzie zmierzały ku budowie zachodniego i europejskiego systemu wartości, natomiast po nim zeszły z tej drogi. Od 2002 r. (czyli zwycięstwie socjalistów – przyp. autora) tendencja ta się zaostrzyła, nabierając jeszcze większego rozpędu po 2006 roku”.

Innymi słowy, rujnowaniu budżetu państwa i szybkiemu zadłużaniu się – z obawy, że wygra bezkompromisowy rywal, po obu stronach malowany na czarno – towarzyszyła szybka radykalizacja polityki i społeczeństwa, coraz bardziej sfrustrowanego i poszukującego „zbawiciela”, który zakończy ten nieznośny stan. To jest „węgierska lekcja”, o której warto pamiętać teraz w Polsce, bowiem widać wyraźne paralele, jak też pewne nostalgie zawarte w haśle, że „będzie jeszcze Budapeszt w Warszawie”.

Tak dochodzimy do kolejnego „przekroczenia granicy” przez Węgrów, czyli oddania wladzy na tacy przez społeczeńdstwo zmęczone bezustanną szarpaniną i jazgotem w mediach silnemu Orbánowi. A ten szybko, przekraczając oczekiwania tak zwolenników, jak przeciwników, czyli obu autorów tego tomu, zaczął zmieniać realia w kraju. Zdaniem Lengyela: „Zerwał z poprzednią polityką gospodarczą…Wciskano w umysły węgierskich obywateli, że to jest nasze państwo, prawdziwe państwo węgierskie, które pomaga, broni, kształci i moralnie wychowuje. To jest nasz rząd, który buduje własną klasę średnią… To już nie obywatel sam określa swój los, lecz … rząd, który idelogicznie zaczął wszystko dyktować, rozpoczynając od pompowania zasobów na własną rzecz w gospodarce”.

Rynek zastąpiono centralizacją i silną wolą rządzących. Dodając przy tym „sporo narodowego zadęcia, zgodnie z którym Węgry (…) mają stanowić przykład narodowego średniego mocarstwa w Europie Środkowej i Wschodniej”. Natomiast w sensie gospodarczo-społecznym, w co trudno było uwierzyć, nastąpił „powrót do Kádára i epoki … wymuszającego posłuszeństwo, paternalistyczego systemu”.

Stąd się wzięły tezy i hasła, z czasem coraz bardziej nasilające się, mówiące o „wietrze ze Wschodu”, a więc dynamice płynącej z dynamicznych Chin czy szybko rozwijających się „wschodzących rynków”, a równocześnie „zmierzchu Zachodu”. Stąd też wyłonila się, też się nasilająca, tendencja mówiąca o konieczności „podważenia demokracji, rynku, konstytucyjnych graczy i gospodarczych instytucji, a nawet zagranicy”. Przyszedł czas narzucania specjalnych podatków na obce banki i ponadnarodowe korporacje, czas sporu z MFW – właśnie triumfalnie wyprowadzanego z kraju – i instytucjami europejskimi.

Pod hasłem „trzeba odzyskać własność” szybko przekraczano kolejne granice. Stawiając na budowę własnej klasy średniej i silne państwo początkowo oparto system na trzech filarach: podatku liniowym, zmniejszaniu zadłużenia (wewnętrznego i zgranicznego) oraz obniżaniu podatków. Tyle tylko, że z wnikliej, rozbudowanej analizy przeprowadzonej przez Surányiego wynika, że nie był to system koherentny i spójny, „to była iluzja”, która dzisiaj odzywa się stałym podwyższaniem podatków i zaciskaniem pasa, którego nie miało być.

Co więcej, szczególnie atak na Zachód, przy znacznie skromniejszych od oczekiwanych wpływach ze Wschodu (niewiele wyszło ze „strategicznego partnerstwa” z Chinami), doprowadził do niepokojących zjawisk, takich jak „kurczący się budżet państwa, mniejsza podaż kredytowa i słabe zapotrzebowanie na kredyty, przy stale pogarszającej się koniunkturze, co razem nieuchronnie prowadzi węgierską gospodarkę ku recesji”.

Mimo ogłoszenia wiosną 2011 r. „planu Kálmána Szélla”, mającego za zadanie rozkręcenie wewnętrznej koniunktury, ambitne plany gospodarcze jak dotąd nie powiodły się. Gdyby nie trzy wielkie inwestycje w sektorze samochodowym, Mercedesa, Audi i Opla, tak rynek, jak eksport węgierski w każdej chwili mógłby się załamać. Poziom inwestycji w 2012 r. był na Węgrzech o 25 proc. niższy niż pięć lat wcześniej.

Jednakże ambitny Orbán nie zraża się niepowodzeniami oraz zauważalną już społeczną apatią. Stale pogłębia koncentrację władzy i majątku w rękach państwa (czytaj: jego własnych i akolitów), a przy tym podnosi poprzeczkę i zaostrza retorykę, wołając – w stosunku do UE i całego Zachodu – „nie będziemy kolonią”.

W ten sposób wprowadzono w życie nowy porządek konstytucyjny, który „rozbił zręby państwa prawnego”, rodzi się „antydemokratyczna kultura”. Wyłania się nowa rzeczywistość, w ramach której „trzeba pogodzić się z tym, że jakość, wiedza fachowa, udana kariera życiowa czy dyplom nie liczą się, albowiem ważniejsze są lojalność i powiązania z osobami z rządu”. Doszło do „kompletnego zaniku dialogu społecznego”, o politycznym nie mówiąc, a „nowe ustawy przyjmuje się w ciągu jednej nocy, również bez żadnego dialogu, nawet we własnych szeregach”.

Ku czemu to wszystko prowadzi? Jakie jeszcze granice przekroczą Węgrzy prowadzeni twardą ręką Viktora Orbána?

Surányi ma chyba rację twierdząc, że tego „nigdy do końca nie da się przewidzieć. Nigdy nie jest pewne, czy to już ostatnia kropla przed przepełnieniem pucharu. Próba wyciągnięcia z długów we frankach szwajcarskich około 600 tys. dłużników, co z rodzinami daje ok. 2 mln osób, którą teraz planuje rząd (prawdopodobnie denominując te długi w forintach, ale szczegółów brak – przyp. autora) może okazać się taką ostatnią kroplą w serii, którą zapoczątkował 98 proc. podatek (dla najbogatszych), a potem rozszerzył podatek nałożony na banki i rożne sektory oraz na przejęcie prywatnych funduszy emerytalnych”.

Lengyel widzi to nieco inaczej, a zarazem ostrzej prezentuje swoje poglądy. Jego zdaniem, atak na banki i obce firmy „na dłuższą metę ogranicza potencjał wzrostu na Węgrzech, osłabia możliwości rozwoju… W wymiarze krótkoterminowym sytuacja finansowa państwa wydaje się być stabilna, ale modernizacja, możliwości rozwojowe i potencjał państwa w efekcie takiej polityki nie rosną. Oznacza to bardzo trudną sytuację i sprawia, iż … w ocenie międzynarodowych rynków Węgry zamieniły się w kraj ryzyka”.

Książka ukazała się na początku lata. Tymczasem swoiste pendant do niej dał 27 lipca konsekwentny w swych planach i dążeniach premier Orbán na obozie dla przedstawicieli węgierskiej mniejszości w Rumunii. Wydaje się, że zainicjował tam kampanię przed przyszłorocznymi wyborami, które nadal ma wielkie szanse wygrać.

Nie wygląda na to, by w jakimkolwiek stopniu wziął pod uwagę krytyczne oceny płynące z obozu socjalliberalnego, w tym tak wybitnych jego przedstawicieli, jak Lengyel czy Surányi. Wręcz przeciwnie, nadal twierdzi, że „po 1990 r. mimo odzyskania politycznej wolności, w sensie gospodarczym Węgry pozostały państwem wykorzystywanym i podporządkowanym”. Powstały na ich terenie „pompy wysysające pieniądz”, jak obce banki czy transnarodowe korporacje, które rocznie – według jego kalkulacji – zabierają z Węgier sumy rzędu „2 tys., miliardów forintów, czyli wielkość 2/3 całości wypłacanych emerytur, czy całość środków przeznaczonych na oświatę”.

Dlatego za nadrzędny cel premier stawia zadanie, by „wszystkie zasoby, które wypracowano na terenie Węgier, na ich obszarze pozostały”. Innymi słowy, nadal głównym zadaniem pozostaje budowa „nowego systemu politycznego i gospodarczego”, który – co Orbán przyznał otwarcie po raz pierwszy – „nie jest liberalny” i „opiera się na równowadze praw i obowiązków”, a nie tylko polega na nadawaniu praw, jak w Europie i UE.

Tym samym, jest to otwarte już wyzwanie wobec instytucji europejskich, Rady, Komisji i Parlamentu Europejskiego, co do których Orbán – jak mówi – „doszedł w ostatnich trzech latach do przekonania, iż nie są w stanie sobie poradzić przed stojącymi przed Europą historycznymi wyzwaniami”. Odpowiedzi na kryzys będą – w jego przekonaniu – udzielać tylko i wyłącznie państwa narodowe, od Niemców i Francuzów, po Brytyjczyków czy Węgrów. Dlatego jego uświęconym celem jest dalsza konsolidacja systemu, tak ostro krytykowanego przez europejskich socjalistów czy liberałów.

Historia udzieli zapewne odpowiedzi, kto ma rację – Orbán czy jego krytycy, którzy ostatnio dopuszczają nawet możliwość, że może on wygrać następne wybory. Tyle tylko, że w ich ocenie taki antyliberalny i jawnie już antyeuropejski program doprowadzi do niczego innego, jak do ruiny gospodarczej i społecznej w ciągu następnych dwóch, trzech lat – jak wieszczy bliski kiedyś kompan Orbána, Gábor Fodor.

Jedno jest pewne: tym razem chodzi już nie tylko o same Węgry, ale o Europę i jej przyszłość, dla której w sensie wartości i modelu rozwoju małe Węgry stały się ostatnio papierkiem lakmusowym.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły