Misja specjalna

20.08.2011
Jednym z głównych celów wizyty amerykańskiego wiceprezydenta Joe Bidena w Państwie Środka było uspokojenie Chińczyków co do stanu gospodarki USA. Chiny są i będą jeszcze długo największym nabywcą amerykańskich obligacji. Wprawdzie zapowiadają już od jakiegoś czasu dywersyfikację swych rezerw, jednak pole manewru mają ograniczone. Obietnice złożone w Europie na razie pozostają bez pokrycia
Joe Biden, wiceprezydent USA, uspokajał chiński biznes co do amerykańskiej gospodarki. (CC By SA richiec)

Joe Biden, wiceprezydent USA, uspokajał chiński biznes co do amerykańskiej gospodarki. (CC By SA richiec)

Joe Biden, wiceprezydent USA, uspokajał chiński biznes co do amerykańskiej gospodarki. (CC By SA richiec)

– Chcę jasno powiedzieć, że nie macie się czym martwić – zapewniał w piątek w Pekinie Joe Biden, wiceprezydent USA.

Na każdym kroku podkreślał, iż jego kraj dotrzyma słowa jeśli chodzi o rządowy dług. Premier Wen Jiabao, biorący udział wraz z Bidenem w spotkaniu z ludźmi świata biznesu, powiedział kurtuazyjnie, iż amerykańska gospodarka jest bardzo prężna.

Niedawne obniżenie wiarygodności amerykańskich obligacji rządowych podziałało na władze w Pekinie jak zimny prysznic. W tutejszych mediach nie brakowało ostrych i krytycznych komentarzy, już nie tylko dotyczących stanu amerykańskich finansów, ale amerykańskiej polityki gospodarczej w ogóle. Angielskojęzyczny Global Times ubolewał, iż Amerykanie dali światu sygnał, że nie potrafią rozpocząć reform i są „w stanie bezradności”. Najważniejszy dziennik prezentujący oficjalne stanowisko władz chińskich Renmin Ribao napisał, że problemy trapiące Stany Zjednoczone jak i Unię Europejską to wynik złego funkcjonowania zachodnich demokracji.

Oczywiście Chiny przede wszystkim troszczą się o własne interesy, czyli posiadane rezerwy walutowe wynoszące 3,2 bln dolarów. Państwo to ma najwięcej na świecie amerykańskich obligacji skarbowych wartości 1 bln 160 mld dolarów, i ta właśnie waluta stanowi 70 procent ogółu chińskich rezerw. Chiny obawiają się spadku siły nabywczej swych rezerw, co mogłoby fatalnie odbić się na stanie ich gospodarki, której tempo wzrostu słabnie.

Co ciekawe, amerykańskie reakcje na chińskie niepokoje wyrażane w dość bezpardonowy sposób, są utrzymane w tonie  uspokajającym i łagodzącym ewentualny konflikt. Obawy żywią bowiem nie tylko Chiny, choć podstawy do nich mają z pewnością większe aniżeli Amerykanie. Stany Zjednoczone potrzebują również chińskich inwestycji w swoje obligacje. Wprawdzie mimo obniżki ratingu nadal będą one kupowane przez świat, to jednak Chiny są i będą jeszcze długo największym ich nabywcą. Chiński bank centralny zaniepokojony rzeczywiście stanem zadłużenia USA mógłby zacząć wyprzedawać posiadaną amerykańską walutę. To jednak z pewnością zachwiałoby dolarem. Takiego scenariusza boją się zarówno Amerykanie jak i Chińczycy. Wprawdzie ci ostatni zapowiadają już od jakiegoś czasu dywersyfikację swych rezerw, jednak pole manewru mają ograniczone. Jak dotąd Chiny nie weszły – mimo zapowiedzi – bardziej zdecydowanie na rynek obligacji emitowanych choćby przez państwa strefy euro. Nie zachęca ich do tego sytuacja Grecji, Portugalii czy Hiszpanii.

Za chińskimi marcowymi deklaracjami o zakupie za duże kwoty obligacji europejskich państw dotkniętych kryzysem finansowym nie poszły czyny. Na razie Chiny obserwują bacznie jak Unia Europejska sama poradzi sobie z problemami swych największych dłużników i wolą w Europie dokonywać raczej bezpośrednich inwestycji i zakupów. Jednak i w tym wypadku, jako kraj spoza Unii, też mają ograniczone możliwości a i same chińskie władze nie chcą już dopłacać do każdego zagranicznego interesu swoich firm, jak często dotąd bywało. Pokazał to choćby ostatni przypadek firmy COVEC, która musiała wycofać się z Polski porzucając budowę jednego z odcinków autostrady A2. Na zmianę struktury rezerw finansowych Chin więc się raczej nie zanosi.

Amerykańskie obligacje mimo słabszego ratingu, nie mają konkurencji i Chiny – i nie tylko one – są na nie po prostu skazane, choć nie jest powiedziane, że taka sytuacja trwać będzie w nieskończoność. Na razie jednak mało które obligacje są tak łatwo zbywalne jak amerykańskie i tak opłacalne by lokować w nich handlowe nadwyżki. Główny ekonomista Deutsche Banku w Chinach Ma Jun na łamach China Daily też uważa, że trudno liczyć na nagłe przyśpieszenie dywersyfikacji chińskich rezerw. Ponadto twierdzi, iż taki ruch może być niebezpieczny dla samych Chin jak i całej światowej gospodarki. Spadek wartości dolara – uważa Ma Jun – pociągnie za sobą spadek wartości juana w stosunku do innych walut, ponieważ Chiny kurs swej waluty ściśle powiązały z kursem amerykańskiej. To spowodowałoby protesty ze strony innych partnerów gospodarczych Państwa Środka, którzy skarżą się, że ich bilans handlowy jest ujemny właśnie w skutek zaniżonego kursu juana. Jak z powyższego widać łańcuch ewentualnych konsekwencji, prawdziwej, a nie tylko deklarowanej dywersyfikacji chińskich rezerw, jest długi, a jej skutki mogą być groźne dla samych Chin.

Nie brakuje jednak głosów, że wiarygodność amerykańskiej gospodarki systematycznie, ale jednak, maleje co może doprowadzić do tego, iż w końcu nie sprosta ona swym zobowiązaniom. Czym to grozi, już nie tylko Stanom i Chinom lepiej nie mówić. Dlatego słowa amerykańskiego wiceprezydent o tym, iż „pomyślność światowej gospodarki zależy od znalezienia porozumienia przez obydwa kraje”, nie są wcale na wyrost.

Wizyta Bidena miała między innymi uspokoić chińskie obawy i – jak wynika z oficjalnych wypowiedzi – swe cele osiągnęła. Tak chińscy jak i amerykańscy przywódcy zdają sobie bowiem sprawę, że na ewentualnej finansowo – handlowej wojnie obie strony stracą więcej aniżeli zyskają, tym bardziej, że groźba kolejnej odsłony światowego kryzysu jest coraz bardziej realna.

Same chińskie władze słowami choćby rzecznika Chińskiego Państwowego Komitetu Reform i Rozwoju Li Pumina, czy Ba Shusonga z Centrum Badań Rady Państwowej – czyli chińskiego rządu – w piątek jeszcze raz podkreśliły konieczność wzmożenia kontroli nad tutejszą gospodarką, polityką pieniężną i cenami, czyli utrzymania w drugim półroczu kursu na „schładzanie gospodarki”, choć takie określenie wprost nie pada. Tym razem jednak uzasadniają te posunięcia już nie tylko rosnącą w kraju inflacją, ale przede wszystkim „niestabilnymi czynnikami międzynarodowymi”.


Tagi


Artykuły powiązane