Kaukaski fenomen

28.12.2014
Prezydent Giorgi Margwelaszwili uważa, że największe trudności Gruzja ma już za sobą. Zbliżenie z UE i aktywne wspieranie działań NATO wyraźnie pokazuje kierunek, który ją interesuje. Gruzini skoncentrowali się na zapewnieniu inwestorom zagranicznym jak najlepszych warunków działania.

Tbilisi (CC By KM)


Choć Michaiłowi Saakaszwilemu można zarzucić łamanie standardów w czasie sprawowania prezydentury (między innymi nadużycie władzy w 2007 r., gdy wydał rozkaz użycia siły wobec uczestników antyrządowych demonstracji, za co zresztą ściga go gruzińska prokuratura), nie sposób zaprzeczyć, że swoją konsekwencją i odważnymi pomysłami zmienił mały, górski kraj w nowoczesne państwo, które o kilka długości wyprzedziło większość postsowieckich republik.

Saakaszwili doszedł do władzy w wyniku tzw. rewolucji róż, czyli pokojowego przejęcia władzy przez opozycję, po tym, jak rządzący sfałszowali wybory parlamentarne w 2003 r.. Wznosząca fala rewolucji może być bardzo groźna. Jeśli przywódca, którego wyniosła na szczyt, nie spełni pokładanych w nim nadziei, może po prostu zostać wyeliminowany z polityki w wyniku kolejnych zamieszek. To realne ryzyko. Saakaszwili, absolwent amerykańskich uniwersytetów, chciał go uniknąć, więc od razu przystąpił do całościowego reformowania państwa. Po pierwsze dokonał praktycznie całkowitej wymiany najwyższych kadr urzędniczych, co było motywowane dwiema przesłankami: brakiem zaufania do ludzi do niedawna współpracujących z Eduardem Szewardnadze i świadomością, że nie można przebudowywać państwa, gdy na czele instytucji stoją ludzie skorumpowani, a przynajmniej tacy, którzy zarządzania uczyli się jeszcze w Związku Radzieckim.

Ojciec zmian

Prezydent postawił m.in. na Kachę Bendukidze, z wykształcenia biologa, który po 1991 r. zajął się biznesem. W 2004 r. dostał propozycję objęcia ministerstwa gospodarki. Jak na zwolennika deregulacji i prywatyzacji przystało, zwykł mawiać: „Gruzja powinna sprzedać wszystko oprócz honoru”. W swych reformach był o wiele bardziej radykalny niż Leszek Balcerowicz, więc grono jego przeciwników szybko rosło. W szczególności krytykowali go ci, którzy w wyniku cięć zatrudnienia w administracji stracili pracę. Była to potężna armia ludzi: w wyniku redukcji aparatu biurokratycznego z 2492 urzędników posadę zachowało 600, a tylko w pierwszych dniach po wejściu w życie pakietu reform 1,5 tys. urzędników i funkcjonariuszy podległych Ministerstwu Spraw Wewnętrznych otrzymało wypowiedzenia.

Bendukidze opracował koncepcję reformy podatkowej, służby zdrowia i masowej prywatyzacji majątku publicznego. Efektem było z jednej strony utrzymujące się na wysokim poziomie przez wiele lat bezrobocie (o ile w 2004 r., a więc na początku porządków ekipy Saakaszwilego wynosiło ono 12,6 proc., to w szczytowym okresie, w 2010 r., zbliżało się już do 17 proc.). Dziś oscyluje w granicach 14 proc., co rzuca poważny cień na gruziński sukces. Z drugiej jednak strony, jeśli porównać Gruzję z sąsiednimi krajami: biedną, popadającą w coraz większe uzależnienie od Rosji Armenią i autokratycznym Azerbejdżanem, należy przyznać, że Gruzja i tak poszła najlepszą z możliwych dróg.

Zagraniczny kapitał mile widziany

Wydaje się, że Gruzja poszła tym samym tokiem rozumowania, co Macedonia. Mały, górski kraj nie zainteresuje zagranicznego inwestora, jeśli nie zaproponuje o wiele lepszych warunków niż oferują inne państwa. Jako że przejrzystość systemu podatkowego jest jednym z kluczowych czynników zachęcających do lokowania kapitału, Gruzja dokonała jego maksymalnego uproszczenia – w sumie zredukowała liczbę podatków z 21 do sześciu. Zasada jednego okienka działa na tyle sprawnie, że procedura rozpoczęcia prowadzenia działalności gospodarczej trwa zaledwie kilka godzin. Różnicą w stosunku do zasad obowiązujących w tym zakresie w Polsce jest to, że przyszły przedsiębiorca może złożyć dokumenty w niektórych bankach, w których urzędują wskazani przez Ministerstwo Sprawiedliwości pełnomocnicy.

W materiałach zachęcających inwestorów do wejścia na gruziński rynek podkreśla się wysoką ocenę w rankingu „Doing Business” (w 2005 r. Gruzja znajdowała się na 112. miejscu, lecz w najnowszej edycji uplasowała się już na pozycji 15.). Akcentowane jest strategiczne położenie kraju – niekiedy określa się go „bramą do rynków azjatyckich” – i liberalny system handlowy. Podkreśla się, że dzięki zawarciu umowy stowarzyszeniowej z UE współpraca z podmiotami z Europy będzie jeszcze łatwiejsza.

Gruzja ma też jeden z najbardziej liberalnych kodeksów pracy na świecie. Roztacza bardzo małą ochronę nad pracownikami i w maksymalny sposób upraszcza procedurę przyjmowania, ale i zwalniania z pracy. Takie rozwiązania pracownicy oceniają oczywiście negatywnie, niemniej gruzińskie prawo pracy uważa się za nowoczesne i sprzyjające rozwojowi gospodarki.

Korupcja jest, ale inna

Najczęściej powtarzane stwierdzenie na temat Gruzji czasów Saakaszwilego brzmi: może i zmierzał w kierunku autorytaryzmu, ale za to jak doskonale rozprawił się z korupcją! Rzeczywiście, o ile w latach 90. XX w. gruzińskimi miastami rządziły mafie, a policjanci w zamian za koperty z dowolną walutą roztaczali parasol ochronny nad przestępcami, dziś w życiu codziennym Gruzini nie stykają się z koniecznością wręczania korzyści majątkowych w zamian za załatwienie czegokolwiek. Korespondent Polskiego Radia Maciej Jastrzębski określił ten fenomen następująco: „Dziś gruziński policjant nie weźmie łapówki za przymknięcie oka za wykroczenie drogowe. Urzędnicy także wolą pochwalny wpis w księdze petentów niż kopertę z dolarami”.

Jednocześnie przywołał opinię politologa prof. Aleksandra Rondellego, który wskazał, że choć korupcja została praktycznie całkowicie wyeliminowana z codziennych sytuacji, to na szczytach władzy wciąż jest realnym problemem. O ile więc z jednej strony w 2011 r. tylko 3 proc. Gruzinów przyznało, że w ostatnich 12 miesiącach zetknęło się z korupcją (takiej samej odpowiedzi udzieliło 2 proc. Niemców i 5 proc. Amerykanów), to niedające się wytłumaczyć szybkie pomnażanie majątku przez czołowych polityków nadal ma miejsce, a uwaga wygłoszona przez przedstawiciela gruzińskiego oddziału Transparency International, że „powyżej pewnego poziomu zawsze natrafia się na Cypr albo skrytkę pocztową na Bahamach” zachowuje aktualność.

Wytyczony kierunek

Pod koniec listopada w Polsce przebywał rządzący Gruzją od 2013 r. prezydent Giorgi Margwelaszwili z partii Gruzińskie Marzenie (z tego samego ugrupowania wywodzi się premier Bidzina Iwaniszwili). W trakcie spotkania z dziennikarzami w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych w Warszawie przypomniał, że Gruzja aktywnie współpracuje z NATO (w ramach ustanowionej w 2008 r. w celu wsparcia Gruzji w drodze do członkostwa w Pakcie Północnoatlantyckim Komisji NATO – Gruzja). Wyraził przekonanie, że skoro Gruzja bardziej niż inne nienależące do sojuszu państwa przyczynia się do realizacji jego zadań statutowych (np. poprzez wieloletnią obecność gruzińskich żołnierzy w Afganistanie), jego kraj powinien w większym stopniu odczuwać korzyści wynikające z tej współpracy. Wydaje się, że to ostatnie może zostać spełnione już niedługo. W 2014 r. ówczesny sekretarz generalny NATO Anders Rasmussen poinformował, że NATO przygotuje dla Gruzji konkretny pakiet, który pozwoli się jej zbliżyć do NATO.

Pytany o przyszłość Gruzji prezydent Margwelaszwili powiedział, że spodziewa się, że największe trudności Gruzja ma już za sobą. Wprawdzie nic nie wskazuje na to, by Osetia Południowa i Abchazja miały do niej wrócić, ale zbliżenie z Unią Europejską, której przykładem jest podpisana 27 czerwca 2014 r. umowa stowarzyszeniowa, stało się czymś naturalnym.

Czy umowa jest wstępem do pełnego członkostwa w Unii? Tego chce Tbilisi, natomiast państwa UE nie są w pełni przekonane do tego pomysłu. Dla większości państw Europy Zachodniej (choć i Europa Środowa ma swoje uwagi) Gruzja nie jest państwem europejskim – w pewnym stopniu pozostaje w kręgu kultury europejskiej, lecz ciągle niewystarczająco. Pod takim stwierdzeniem zdecydowanie nie podpisuje się Polska, która jest najważniejszym ambasadorem Gruzji na arenie międzynarodowej. Innym powodem, dla którego Unia Europejska może być niechętna wobec zacieśniania współpracy z Gruzją, jest to, że w razie akcesji problem Abchazji i Osetii Południowej stanie się problemem Unii Europejskiej, a w przypadku jakichkolwiek zatargów Gruzji z Rosją Bruksela będzie musiała brać stronę Gruzji. Unię kosztuje wiele już popieranie Ukrainy, więc nie dziwi, że wcale nie szuka ona nowych obszarów konfrontacji z Kremlem.

Przystąpienie do Unii to pieśń przyszłości, na razie zainteresowani powinni szukać nowych obszarów współpracy – a tu wciąż jest wiele do zrobienia. Tbilisi konsekwentnie walczy o zwiększenie wartości obrotów handlowych z krajami UE. Najważniejszymi partnerami handlowymi Gruzji są Turcja, Azerbejdżan i Chiny. Wymiana z państwami UE jest na dalszych pozycjach, choć niezaprzeczalnie wzrasta. W pierwszych sześciu miesiącach 2014 r. eksport do Unii wzrósł o 49 proc. w stosunku do analogicznego okresu roku 2013, a jego wartość wyniosła 2,9 mld dol., co odpowiada 26 proc. całkowitych gruzińskich obrotów handlowych. Na rynek unijny trafiają przede wszystkim wyroby chemiczne, metalurgiczne i spożywcze (w tej ostatniej grupie wymienimy warzywa i wina). Z przekraczaniem granicy w drugą stronę jest już gorzej, bo zakup towarów z UE stanowi tylko 0,1 proc. unijnego eksportu.

W związku z wejściem w życie 1 września 2014 r. umowy o wolnym handlu z krajami Unii Europejskiej, wymiana handlowa będzie na pewno wzrastała – tym bardziej, że rynek rosyjski jest dla gruzińskich towarów praktycznie zamknięty od 2008 r. Tylko czy zainteresowanie Gruzji eksportem do UE wystarczy?

A jak wygląda w tym wszystkim współpraca z Rosją? Coraz lepiej, bo jeśli wziąć pod uwagę, że po wojnie pięciodniowej w 2008 r. jakiekolwiek relacje między tymi krajami zostały zamrożone, a dziś wzajemnie się sondują, czy jednak nie można by choć w minimalnym stopniu współpracować w obszarze energetyki, to można mówić o ociepleniu stosunków. Z drugiej jednak strony Gruzja nie utrzymuje z Rosją stosunków dyplomatycznych i władze w Tbilisi zapowiadają, że to się nie zmieni, dopóki Rosja nie przestanie okupować Abchazji i Osetii Południowej, czyli niemal 20 proc. terytorium Gruzji. Na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych zamieszczona jest lista państw, z którymi Gruzja nie utrzymuje stosunków. Oprócz Federacji Rosyjskiej znajdują się tam kraje, które uznały niepodległość spornych republik, czyli Nikaragua, Wenezuela, Nauru oraz wyspy Vanuatu i Tuwalu.

Wprawdzie premier Bidzina Iwaniszwili postrzegany był w kampanii wyborczej jako polityk prorosyjski, jednak nie nastąpiło to, czego obawiali się jego przeciwnicy – nie stał się lobbystą rosyjskich interesów.  Wprawdzie zapowiedział, że jego rząd będzie dbał o „pragmatyczne stosunki handlowe, gospodarcze, kulturalne oraz humanitarne” z Rosją, jednak otwarcia nie widać. Objawem poprawy sytuacji może być wzrost eksportu do Rosji (z 1,9 proc. w 2012 r. do 6 proc. w roku 2013), ale akcentowane zbliżenie Gruzji do Unii Europejskiej (i wystąpienie ze Wspólnoty Niepodległych Państw w 2008 r.) jednoznacznie wskazują, który kierunek interesuje ten kraj.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test