content

Kierował koleją, ma poprowadzić Austrię do sukcesu

18.05.2016
W ostatnich latach niewielu biznesmenom, którzy odnieśli sukcesy w gospodarce, powiodło się w polityce. Czy Christian Kern – właśnie zaprzysiężony kanclerz Austrii – będzie jednym z tych wyjątków? Czy skuteczni przedsiębiorcy w ogóle mogą być dobrymi politykami?

Christian Kern, kanclerz Austrii (CC BY-SA Manfred Werner - Tsui)


Christian Kern był do niedawna szefem Austriackich Kolei Federalnych (ÖBB). Dzięki niemu wielki państwowy koncern stał się wreszcie rentowny i nowoczesny. Teraz Kern ma uratować republikę przed politycznym kryzysem i gospodarczą stagnacją. Czy poradzi sobie z ofensywą populistów?

Na każdą tezę znajdzie się dowód

Transfery z biznesu do polityki są przeważanie bardzo głośne. Jedni przyjmują je z nadzieją, bo wreszcie pojawia się ktoś, kto – jak mówią – „uczciwie zarabiał na swoje utrzymanie i zrobi porządek ze skorumpowanymi politykami”. Inni obawiają się „kapitalistów, którzy stworzą oligarchiczny system i wykorzystają polityczne wpływy dla swoich profitów”. Przykładów z niedawnej przeszłości jest tyle, że można udowodnić każdą z tych tez. Silvio Berlusconi, Michael Bloomberg, Petro Poroszenko, a teraz Donald Trump

W 2015 roku premierem Australii został Malcolm Turnbull, były szef banku inwestycyjnego Goldman Sachs w tym kraju i do niedawna jeden z najbogatszych Australijczyków. Turnbull nieustannie mówi o miejscach pracy i wzroście gospodarczym. Jego performance w polityce zostanie poddany ocenie już w lipcu, w czasie wyborów parlamentarnych.

Także w krajach sąsiadujących z Polską do polityki weszli niedawno ludzie, którzy wcześniej koncentrowali się na powiększaniu własnej fortuny. Dwa lata temu prezydentem Słowacji został Andrej Kiska, który najpierw zarobił miliony na firmie pożyczkowej, a później zajął się działalnością dobroczynną. Wygrał z prominentnymi politykami, bo miał bardziej ludzki wizerunek. Większość Słowaków nadal mu ufa. Podobny mechanizm zadziałał też w Czechach, gdzie miliarder Andrej Babiš założył Akcję Niezadowolonych Obywateli (ANO 2011) i wprowadził swoich ludzi do parlamentu i rządu. Teraz Babiš, jeden z najbogatszych Czechów, jest wicepremierem i ministrem finansów i nadal cieszy się wsparciem wyborców. A jak potoczą się losy nowego kanclerza Austrii?

Imperium narodowej dumy

Christian Kern co prawda nie stworzył własnego biznesu, ale dokonał rzeczy wielkiej. Austriackie Koleje Federalne (ÖBB) to firma w 100 proc. należąca do państwa, która zatrudnia ponad 40 tys. pracowników i wykazuje ponad 5 mld euro obrotów rocznie. Przez lata obciążała ją reputacja molocha, który nie kieruje się dobrem pasażerów, lecz jako tzw. czerwona kolej jest instytucją potrzebną głównie z powodu licznych synekur dla lewicowych polityków i związkowców.

– Chciałbym, by Austriacy znów byli dumni ze swoich kolei – mówił Kern, obejmując stanowisko prezesa ÖBB w 2010 r.

Wcześniej przez 13 lat pracował w branży energetycznej, dokąd trafił po krótkim epizodzie w mediach i Socjaldemokratycznej Partii Austrii (SPÖ). Jego zaangażowanie i zdecydowanie sprawiły, że austriackie koleje znowu zaczęły na siebie zarabiać, a w 2014 r. chwaliły się już najwyższym w historii zyskiem (172 mln euro). Symbolem jego sukcesów była budowa nowoczesnego Dworca Głównego w Wiedniu, która zakończyła się w terminie i bez przekraczania zaplanowanego budżetu. „Jedziemy do słońca i z powrotem” – reklamuje się dziś austriacka kolej (należą do niej również linie autobusowe Postbus) i z dumą podaje, że jej pojazdy przemierzają rocznie prawie 300 mln kilometrów.

Kern sprawił, że ÖBB jest dziś za uznawana jednego z najbardziej dynamicznych przewoźników kolejowych w Europie. W 2014 r. został nawet szefem Wspólnoty Kolei Europejskich (CER), która w Brukseli reprezentuje interesy sektora wobec instytucji UE. Kiedy jesienią 2015 r. został wybrany na drugą kadencję, zapowiadał, że będzie twardo walczył, by Komisja Europejska umożliwiła kolei uczciwą konkurencję z przewoźnikami drogowymi. Jako szef CER zabiegał też o europejskie fundusze dla kolejnictwa i angażował się w negocjacje nad tworzeniem jednolitego obszaru kolejowego. Na ponad rok przed upływem kadencji zakończył tę europejską misję.

Austriackie koleje to instytucja prawdziwie narodowa, jej znaczenie jest o wiele większe niż np. w Polsce. W Europie jeszcze tylko Szwajcarzy podróżują pociągami tak często jak Austriacy. Stanowisko prezesa ÖBB to także funkcja polityczna, z której Kern bardzo dobrze się wywiązywał.

– Niejednemu z nas zakręci się teraz łezka w oku – tak odejście prezesa komentował w austriackich mediach jeden ze związkowych liderów. 

Yes, We Kern

Co prawda wielu uważa obecnego kanclerza za zbyt pewnego siebie i aroganckiego, jednak kolejarzom dał się on poznać jako empatyczny szef, który potrafi słuchać i ma silne kompetencje społeczne. Z pewnością miał na to wpływ jego robotniczy dom rodzinny w Wiedniu.

Niektórzy uważają, że Kern od dawna planował wejście do wielkiej austriackiej polityki. Z czasem coraz rzadziej słychać było o twardych negocjacjach z maszynistami, a częściej było widać, jak Kern w małych miasteczkach otwiera odrestaurowane stacje. Prezes ÖBB jeszcze mocniej zaistniał w 2015 roku, kiedy do Austrii zaczęli masowo napływać uchodźcy. Austriacka kolej zaskakująco dobrze przygotowała swoje dworce i tabor do tego wyzwania. Jej szef nakazał, by przybyszy traktować wyrozumiale i pozwalać im podróżować nawet bez biletów.

– Musimy się do nich odnosić przyzwoicie, jak do innych ludzi, pasażerów czy klientów – apelował.

Kiedy jednak kryzys się przedłużał, zajął bardziej pragmatyczne stanowisko i domagał się już powstrzymania fali migracji.

„Yes, We Kern!” – tak zaprzysiężenie nowego kanclerza komentowali w sieciach społecznościowych jego zwolennicy. Byli pod wrażeniem jego pierwszej konferencji prasowej, podczas której pokazał swoje komunikacyjne talenty i wielu słuchaczom dał nową nadzieję. Dziś Austria rządzą dwie niegdyś wielkie partie ludowe – socjaldemokratyczna SPÖ i konserwatywna ÖVP. Jeszcze nigdy nie były one jednak tak mało popularne jak dziś. Żadna z nich nie była w stanie wprowadzić swojego kandydata do drugiej tury wyborów prezydenckich. Odbędą się one w najbliższą niedzielę, a o zwycięstwo w nich walczą przedstawiciele opozycji: Partii Zielonych i populistycznej prawicy z FPÖ. Zadaniem Christiana Kerna jest odwrócenie tych politycznych trendów.

Wielkie oczekiwania ma wobec niego także austriacki biznes. W ostatnich latach, kiedy w większości krajów UE bezrobocie spadało, w Austrii zwiększyło się o połowę. Wzrost austriackiego PKB jest niemal najsłabszy w Unii. „Pod względem inwestycji ostatnie lata były stracone”, „to hańba, że spadliśmy tak nisko” – diagnozują sytuację szefowie organizacji gospodarczych ankietowani przez Austriacką Agencję Informacyjną (APA). „Austria musi na nowo stać się liderem wzrostu gospodarczego” – apelują do nowego kanclerza, licząc m.in. na to, że wprowadzi ulgi inwestycyjne, zmniejszy obciążenie podatkowe, doprowadzi do deregulacji gospodarki i liberalizacji rynku pracy. Dziś niemal wszędzie w Austrii obowiązują porozumienia taryfowe, a w niektórych branżach nadal płaci się w roku 14 miesięcznych pensji.

– Kern posiada umiejętności menedżerskie. Potrafi stawiać cele i zyskiwać dla nich poparcie, realizować zaplanowane zadania i sprawować nad nimi controlling – ocenia Christoph Leitl, przewodniczący Izby Gospodarczej.

Liczy on, że pod kierownictwem nowego szefa rząd doprowadzi w kraju do wielkich inwestycji, m.in. w sieci szerokopasmowe i budownictwo mieszkaniowe.

Tak wielkie nadzieje wiązane z Christophem Kernem nieco dziwią, bo Austriacy jeszcze niedawno bardzo sceptycznie podchodzili do przedsiębiorców angażujących się w politykę. W 2012 r. swoją partię polityczną założył przemysłowiec Frank Stronach (nazwał ją… Team Stronach). Jest on też założycielem i właścicielem koncernu motoryzacyjnego Magna, który zatrudnia ponad 100 tys. pracowników na całym świecie i wykazuje się 27 mld dol. rocznego obrotu. Stronach piętnował korupcję wśród polityków wielkich partii i zapewniał, że naprawi państwo, m.in. przez przywrócenie znaczenia tradycyjnych wartości, takich jak prawda, przejrzystości i uczciwość. Zapowiadał też reformy administracji, wprowadzenie podatku liniowego (nazywał go fair tax) oraz zakazu zaciągania przez państwo nowych długów. Szerszą popularność chciał zdobyć postulatami zastąpienia wspólnej europejskiej waluty poprzez „narodowe euro” w każdym z krajów eurolandu i przywrócenia kary śmierci dla „zawodowych morderców”. Nie przekonał jednak tymi hasłami wyborców, którzy w wyborach 2013 r. oddali na jego partię niecałe 6 proc. głosów. Sam Stronach mandat zdobył, ale już po dwóch posiedzeniach parlamentu z niego zrezygnował. W jednym z opublikowanych wówczas sondaży okazało się, że ponad 50 proc. Austriaków nie życzy sobie, by kolejni przedsiębiorcy, którzy odnieśli biznesowy sukces, angażowali się w politykę.

Na świeczniku i z tylnych siedzeń

W większości państw demokratycznych parlamentarzyści to najczęściej prawnicy, nauczyciele i urzędnicy. Wielcy biznesmeni rzadko mają czas, by poświęcać się publicznej działalności, nieustannie negocjować i zabiegać o kompromisy. Na tym tle wyjątkiem jest Szwajcaria, której gospodarka pełni de facto nadrzędną rolę wobec polityki i przedsiębiorcy są dobrze reprezentowani w politycznych gremiach.

Kolejność priorytetów dobrze ilustruje przewodnie hasło obecnego prezydenta federalnego Johanna Schneidera-Ammanna: „Wspólnie na rzecz miejsc pracy i dla naszego kraju”. W Szwajcarii prezydenci federalni wybierani są na rok spośród członków rządu. Schneider-Ammann pełni również funkcję ministra gospodarki, co z dumą podkreśla – podobnie jak swoje wcześniejsze doświadczenia w biznesie, m.in. w radzie nadzorczej koncernu Swatch.

Podobne przykłady trudno byłoby znaleźć w Niemczech. Tam członkowie władz koncernów nie sprawują tak prominentnych funkcji publicznych, a co najwyżej doradzają władzom lub partiom. W 2013 r. wyborcy wyrzucili z Bundestagu liberałów z FDP, którzy nie mogli się pozbyć opinii reprezentantów wielkiego kapitału. Michael Frenzel, prezes turystycznego giganta TUI, jest szefem redy ekonomicznej centrolewicowej SPD. Jego recepty są bardzo prorynkowe (m.in. dalsze podnoszenie wieku emerytalnego), jednak Frenzel wie, że przy rekordowo niskich notowaniach socjaldemokratów jego propozycje nie mogą być teraz wykorzystywane przez partię. Jedynie konsultacyjną rolę w niemieckiej polityce pełni również Werner Bahlsen, właściciel koncernu spożywczego specjalizującego się w produkcji ciastek i równocześnie szef rady gospodarczej CDU.

Czy nie byłoby lepiej, gdyby większy wpływ na politykę mieli ci, którzy nie są od niej bezpośrednio uzależnieni?

„Moje doświadczenia z parlamentów dwóch europejskich krajów prowadzą mnie do wniosku, że z reguły nic nie zyskujemy na tym, że więcej przedsiębiorców wejdzie do polityki” – pisał 10 lat temu Lord Ralf Dahrendorf, słynny niemiecko-brytyjski socjolog. „Mówi się, że przedsiębiorcy decydują szybciej i efektywniej, i z tego powodu są predysponowani, by pełnić funkcje publiczne, jednak proste przeniesienie zachowań z biznesu do polityki nie przynosi dobrych rezultatów. Parlamenty to nie są coroczne walne zgromadzanie akcjonariuszy, a zabieganie o poparcie wyborców to nie to samo co walka o zysk. Większość przedsiębiorców to nie są najbardziej skuteczni demokraci” – uważał Lord Dahrendorf.

Ten sceptycyzm wybitnego politologa i polityka, który zasiadał w niemieckim Bundestagu i brytyjskiej Izbie Lordów, wynikał głównie z obaw o kulturę polityczną w liberalnej demokracji. Dahrendorf cenił jednak rolę przedsiębiorców w polityce, ale nie ze względu na ich sukcesy czy umiejętność zarządzania, lecz doświadczenia zawodowe – zupełnie inne od tych, które są udziałem nauczycieli czy prawników.

Możliwe, że Christian Kern będzie potrafił godzić logikę gospodarki z wymogami polityki. Niektórzy z komentatorów widzą w nim austriacką wersję Gerharda Schrödera. Niemiecki kanclerz nazywany był towarzyszem prezesów, bo długo cieszył się poparciem zarówno zwykłych robotników, jak i szefów wielkich firm. Dzięki temu udało mu się przeprowadzić reformy zwieszające konkurencyjność niemieckiej gospodarki. Miał na to siedem lat, podczas gdy Christian Kern musi niemal wszystko robić natychmiast. Jeśli w niedzielnych wyborach na prezydenta Austrii zostanie przedstawiciel populistycznej prawicy, bardzo prawdopodobna będzie kolejna zmiana na stanowisku szefa austriackiego rządu i przedterminowe wybory. Mogłoby się wówczas okazać, że kanclerz Kern nazbyt lekkomyślnie porzucił biznes. Jego kontrakt na stanowisku prezesa austriackich kolei ÖBB wygasał bowiem dopiero w 2019 r.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły