Klasa średnia pod coraz silniejszą presją

13.05.2013
Na kryzysie najwięcej mogą stracić nie biedni i nie bogaci, ale klasa średnia. Ta hipoteza znajduje coraz większe zainteresowanie ekonomistów. Trzy pytania pozostają wciąż bez odpowiedzi. Jak głęboki będzie proces osłabienia klasy średniej? Czy będzie miał implikacje polityczne? Czy dotknie takich krajów jak Polska?

(CC By Moretso)


Dla firm, należący do klasy średniej są najbardziej łakomym kąskiem, bo jest ich dużo i mają pieniądze na coś więcej niż jedzenie i czynsz. Dla socjologów to fundament demokracji, ponieważ stanowi bufor między zamożnymi elitami i ubogimi dołami. Dla artystów obiekt drwin ze względu na przeciętność gustów lub powód do zadumy nad pustką społeczeństwa konsumpcyjnego (nikt nie pokazał tego tak dosadnie jak Sam Mendes w oskarowym filmie „American Beauty“ z 1999 r.).

Klasę średnią, czyli ludzi znajdujących się pomiędzy najzamożniejszymi i najbiedniejszymi, można bardzo różnie definiować. Czasami przyjmuje się, że to ci, co przynajmniej jedną trzecią dochodu mogą przeznaczyć na wydatki nieobowiązkowe. Ostatnie lata przyniosły wzmożone zainteresowanie ekonomistów tą grupą. Z jednej bowiem strony, rośnie klasa średnia w krajach rozwijających się. Z drugiej strony, wygląda na to, że klasa ta zaczyna tracić na znaczeniu w krajach rozwiniętych. Zaczęto dostrzegać, że zamożni radzą sobie całkiem dobrze, najniżej usytuowani zawsze znajdują jakieś zajęcie, a klasa średnia traci pracę, płace i znaczenie. To oczywiście pewne uproszczenie, ale coś jest na rzeczy.

Od kilku lat pojawia się wiele badań, które próbują opisać zjawisko tzw. polaryzacji pracy. Polega ono na przyroście liczby miejsc pracy oraz płac na krańcach dystrybucji wynagrodzeń i talentów – wśród najlepiej usytuowanych oraz wśród najsłabiej wykształconych. Pierwszy raz zjawisko to opisali Maarten Goos i Alan Manning w 2003 r., ale to od 2008 r. zaczął się cały wysyp badań na ten temat. Wiele z nich pokazuje, że w ostatnich dwóch dekadach polaryzacja pracy miała miejsce w większości krajów rozwiniętych. Zatrudnienie najbardziej rośnie wśród menadżerów, wysokiej klasy specjalistów, osób zajmujących się zadaniami kreatywnymi, a także wśród osób wykonujących bardzo proste zadania manualne, takie jak sprzątanie, proste roboty budowlane, opieka. Natomiast wśród zawodów średniego szczebla występuje stagnacja lub nawet spadek zatrudnienia. Co ciekawe, to właśnie średnia grupa odczuła najbardziej ostatni globalny kryzys finansowy.

Daron Acemoglu i David Autor pokazują, że w USA od końca lat 70. do końca pierwszej dekady XXI w. udział zawodów średnich spadł z 57 do 45 proc. Przy czym największy regres średniego szczebla ma miejsce od lat 90. Wspomniani Goos i Manning dostrzegli, że bardzo podobne zjawisko występuje w większości krajów Europy Zachodniej. Udział w przepracowanych łącznie godzinach wzrósł o 6 pkt proc. w przypadku zawodów z wyższej pułki (do 38 proc.), o 1,6 pkt proc. wśród zawodów z niższej półki (do 24 proc.) i spadł niemal o 8 pkt proc. wśród zawodów średniego szczebla (do 40 proc.). Brak jest danych za ostatnie trzy-cztery lata, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że trendy z poprzednich lat były kontynuowane – możliwe, że ze zdwojoną siłą. Nir Jaimovich i Henry Siu udowadniają, że kryzys znacząco wpływa na zjawisko polaryzacji pracy.

Jakie są przyczyny takiego zjawiska? Hipotez jest wiele, ale dwie wydają się najbardziej prawdopodobne: technologie i globalizacja.

Technologie o odbieranie miejsc pracy oskarżano co najmniej od XIX wieku, kiedy ruch luddystów w Wielkiej Brytanii niszczył krosna w proteście przeciw automatyzacji pracy. Praktyka pokazała jednak, że postęp technologiczny prowadził do powszechnej poprawy jakości życia wszystkich klas, łącznie z robotnikami. Dopiero w latach 90. XX wieku temat ponownie powrócił na szeroką skalę, kiedy dostrzeżono znaczące rozwarstwienie płac między osobami wykształconymi i niewykształconymi. Ekonomiści postawili diagnozę, że specyfika nowych technologii zwiększa popyt na pracę wśród osób z wyższym wykształceniem.

W ostatnich latach natomiast dostrzeżono, że zmiany na rynku pracy są bardziej skomplikowane – popyt rośnie nie tylko na najlepiej, ale też najsłabiej wykształconych. David Autor, Frank Levy i Richard Murnane postawili tezę, że nowe technologie najbardziej uderzają w zawody oparte na rutynizacji pewnych czynności. Chodzi nie tylko o robotników, ale również pewne zajęcia biurowe – wszystkie, które opierają się na powtarzaniu określonych czynności i które dzięki temu można zautomatyzować. Jednocześnie zaś technologia nie jest w stanie znacząco zmniejszyć znaczenia prostych czynności manualnych, jak malowanie ściany, mycie samochodu, czy podmywanie chorego w szpitalu, a także czynności wymagających umiejętności abstrakcyjnych, jak zarządzanie, projektowanie, analizowanie.

(infografika: D.Gąszczyk/CC BY Phillie Casablanca)

(infografika: D.Gąszczyk/CC BY-NC-SA Hossam el-Hamalawy)

Globalizację również często oskarżano o niszczenie miejsc pracy, tyle że w krajach najbiedniejszych. Wystarczy przypomnieć ruch antyglobalistów, który bardzo aktywnie „brał udział“ w spotkaniach Światowej Organizacji Handlu pod koniec lat 90. – szczególnie w Seattle i Genui. Kiedy kolejna dekada pokazała, że globalizacja daje krajom rozwijającym się ogromne szanse, ruch antyglobalistów osłabł.

W ostatnich latach coraz częściej zwraca się natomiast uwagę, że globalizacja może niszczyć miejsca pracy w krajach rozwiniętych i że najbardziej zagrożone są miejsca pracy klasy średniej. Mechanizm jest prosty – rozwój klasy średniej na rynkach wschodzących odbiera miejsca pracy klasie średniej w krajach rozwiniętych. W badaniu, które odbiło się bardzo szerokim echem i było zarówno krytykowane jak i potwierdzane, Alan Blinder z Princeton (były wiceszef Rezerwy Federalnej USA) wskazał, że ok. 29 proc. miejsc pracy w USA może być zagrożonych tzw. offshoringiem w nadchodzących dwóch dekadach.

Co najważniejsze, ryzyko przeniesienia miejsca pracy do innego kraju było w tym badaniu pozytywnie skorelowane z poziomem edukacji, co sugeruje – wbrew intuicji – że globalizacją będą zagrożeni coraz lepiej ustawieni finansowo obywatele. Na Harvard Business School zreplikowano badania Blindera i dowiedziono dodatkowo, że najmniej zagrożeni globalizacją są najmniej i najwięcej zarabiający, czyli w centrum zagrożenia jest klasa średnia.

Zjawisko polaryzacji pracy będzie miało prawdopodobnie głęboki wpływ na społeczeństwa krajów rozwiniętych, na sposób funkcjonowania demokracji i prowadzenia polityki gospodarczej. Ale żeby ten wpływ zrozumieć, trzeba najpierw odpowiedzieć na kilka pytań, na które jednoznacznej odpowiedzi na razie nie ma.

Po pierwsze, jak szerokie kręgi klasy średniej zostaną zagrożone polaryzacją pracy? Jeżeli rozwój technologii będzie osłabiał zawody zrutynizowane, ale jednocześnie wzmocni szerokie grupy dobrze wykształconych pracowników, a także pozwoli na pewien awans dochodowy pracownikom o najniższym statusie, to proces ten może przynieść wiele efektów pozytywnych: większe bodźce do edukacji, rozwój tzw. upper-middle class, większe szanse dla najuboższych, może nawet w pewnych warunkach zmniejszenie nierówności.

Jeżeli jednak będziemy mieli do czynienia z rosnącą siłą pracowników na samych krańcach dystrybucji dochodów i talentów, a szczególnie na górnym krańcu, wówczas narastać mogą nierówności, a wraz z nimi poczucie niesprawiedliwości, braku szans, frustracja itd. Przed takim zagrożeniem ostrzega wielu ekonomistów, wśród których największy rozgłos zyskuje noblista Joseph Stiglitz, autor książki „The Price of Inequality“.

Po drugie, jak zmiana pozycji społecznej poszczególnych grup zawodowych zmieni ich opinie i apiracje polityczne? Na świecie widać ewidentnie wzrost presji politycznej na redystrybucję dochodu, co pokazują zarówno wyborcze sukcesy takich polityków jak Barack Obama, czy Francois Hollande (a wkrótce dołączyć może do nich tzw. „Czerwony Ed“, czyli Ed Miliband – przywódca brytyjskiej Partii Pracy), jak i po rosnąca popularności tzw. modelu skandynawskiego (ostatnio nawet konserwatywny „The Economist“ nazwał model skandynawski modelem do naśladowania dla świata).

Na pewno będzie w związku z tym pojawiał się konflikt między elitami finansowymi i klasą średnią. Jeżeli na tym się skończy, nie będzie źle. Gorzej, jeżeli utrata znaczenia klasy średniej przyjmie formę, która przełożyłaby się na wzrost znaczenia partii populistycznych. Takie zjawiska już widać np. we Francji i Włoszech. Pamiętając o proporcjach, warto przypomnieć, że Benito Mussoliniego czy Adolfa Hitlera do władzy wyniosła klasa średnia.

Po trzecie, co istotne dla Polski, czy bardziej rozwinięte rynki wschodzące również doświadczą procesu polaryzacji pracy? Wiele zależy od tego, co jest główną przyczyną tego procesu. Jeżeli jest nią rozwój technologii i spadek popytu na prace zrutynizowane, to prawdopodobnie polaryzacja pracy dotknie takie kraje jak Polska, ze wszystkimi dobrymi lub złymi tego konsekwencjami. Jeżeli jednak głównym czynnikiem powodującym zmiany jest globalizacja, wówczas Polska może na polaryzacji pracy w krajach rozwiniętych zyskać. Część miejsc pracy utraconych na zachodzie będzie bowiem przenoszonych nad Wisłę.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły