Konsekwentny Draghi konsekwentnie nielubiany

16.11.2016
Minęło pięć lat, od kiedy Mario Draghi został szefem Europejskiego Banku Centralnego. Nie sprawdziły się obawy, że Włoch przemieni euro w nową wersję włoskiej liry, czego najbardziej bali się Niemcy - europejska waluta pozostała solidna. Ale niemieccy politycy i ekonomiści i tak mocno krytykują Draghiego.

Mario Draghi, szef EBC (Fot. PAP)


„Tylko nie ten Włoch! Mamma mia, przecież u Włochów inflacja jest częścią życia tak, jak sos pomidorowy należy do pasty!” – alarmowała w 2011 r. gazeta „Bild”. Lista polityków i ekonomistów, którzy według tabloidu nie powinni byli objąć funkcji prezesa EBC, była długa, a kluczowe miejsce zajmował na niej Mario Draghi. Poza złym pochodzeniem niemiecka bulwarówka zarzucała mu, że był wiceszefem oddziału Goldman Sachs w Londynie, kiedy bank pomagał władzom Grecji zamaskować prawdziwy rozmiar zadłużenia państwa (lata 2002-2005).

Draghi mógł jednak liczyć na wsparcie części wpływowych środowisk w Niemczech. „To pruski Włoch” – komplementował go dziennik „Die Welt”. Inni przekonywali, że posiada on „prawdziwie pruskie cnoty” takie, jak odpowiedzialność i solidność. Kiedy Mario Draghi ostatecznie został Mr Euro, komentator „Die Welt” podkreślał, że urząd szefa EBC jest jedną z niewielu europejskich funkcji, o której obsadzie zdecydowały najlepsze kompetencje.

Po pięciu latach też wyraźnie widać, że głosów na nie jest więcej niż komentarzy pochwalnych.  Dominują oskarżenia ze strony polityków i ekonomistów, a przecież Draghi realizuje dokładnie te cele, które przed nim postawiono. Utrzymał stabilność wspólnej waluty i zachował niezależność EBC. Już wcześniej, jako szef Banca d’Italia, dowiódł, że nie pozwala się zdominować politykom.

Równocześnie dał się poznać jako pragmatyk, który nie jest ściśle związany z jakąś ideologią. Nie zaliczał się ani do jastrzębi, którzy uważali, że bank centralny powinien ograniczać swoje działania wyłącznie do stabilności pieniądza, ani do gołębi, według których rządom narodowym należy się wsparcie w razie kłopotów budżetowych. To, że będzie szedł własną ścieżką, Draghi udowodnił już kilka dni po objęciu urzędu we Frankfurcie, kiedy ogłosił obniżenie stopy refinansowej z 1,5 proc. do 1,25 proc. Dziś ten symboliczny krok wydaje się bardzo umiarkowany, bo kolejne działania prezesa EBC były znacznie bardziej radykalne.

Największą zasługą Mario Draghiego jest ocalenie strefy euro. Dokonał tego cztery lata temu jednym krótkim zdaniem: „Whatever it takes” – powiedział na konferencji prasowej w czerwcu 2012 r. Zapowiedział, że EBC zrobi wszystko, co będzie konieczne, by chronić wspólną europejską walutę. Konkretnie oznaczało to, że ktokolwiek będzie pożyczał pieniądze zadłużonym krajom strefy euro, nie powinien już mieć obaw, że ich nie odzyska, bo w razie konieczności długi odkupi EBC. To, czego nie mogły osiągnąć specjalne szczyty przywódców eurogrupy i ich wielomiliardowe pakiety pomocowe dla dotkniętych kryzysem państw członkowskich, Draghi uzyskał jednym wystąpieniem. Od tego czasu rentowności obligacji krajów strefy euro znacznie spadły, ale jego samego zaczęto oskarżać o przekroczenie uprawnień i stawia mu się najcięższe zarzuty.

„To, że EBC zdecydował, by zagrożonym bankructwem bankom południa Europy dawać długoterminowe kredyty z negatywnym oprocentowaniem do 0,4 proc., kolejny raz dowodzi, że prowadzi on fiskalną politykę redystrybucji, której celem jest ratowanie banków-zombie i państw, które powinny zbankrutować” – pisał na wiosnę w dzienniku „Frankfurter Allgemeine” Hans-Werner Sinn, wpływowy niemiecki ekonomista.

Było to krótko po tym, jak kierowany przez Draghiego EBC po raz kolejny zdecydował o obniżce stóp, które osiągnęły rekordowo niski poziom (stopa refinansowa spadła wtedy do 0 proc, a stopa oprocentowania depozytów do minus 0,4 proc.). Poza tym EBC kontynuuje zakupy obligacji rządowych i korporacyjnych, co oznacza, że w gospodarce i na rynkach finansowych pojawia się co miesiąc dodatkowe kilkadziesiąt miliardów euro, czyli prawie bilion euro w skali roku. „Jeśli podaż pieniądza nie może ponownie zostać zredukowana, wówczas inflacja całkowicie wymyka się spod kontroli. Co to oznacza, odczuliśmy w Niemczech boleśnie w czasie hiperinflacji, która zaczęła się w 1915 r., a swoje apogeum osiągnęła w 1923 r. Dłużnicy stali się bogaci, a klasa średnia, która miała swój majątek w formie gotówki i papierów wartościowych, zubożała i zradykalizowała się, by dekadę później podążyć za niebezpiecznym demagogiem” – tak przed skutkami polityki EBC przestrzegał Hans-Werner Sinn.

Idąc jego tokiem myślenia, można odnieść wrażenie, że Mario Draghi toruje drogę nowej dyktaturze…

Inni niemieccy ekonomiści i finansiści wyrażając się o szefie EBC używają mniej dosadnych porównań, ale ich ocena wcale nie jest mniej krytyczna. Zarzucają mu erodowanie prawa, przekraczanie mandatu, obchodzenie demokratycznych reguł, wywłaszczanie drobnych ciułaczy i tworzenie spekulacyjnej bańki na rynku nieruchomości. Ich zdaniem polityka niskich stóp wcale nie zachęca do brania kredytów na inwestycje, lecz utrudnia działalność banków i oszczędzanie na starość. Tego typu opinie wyrażają w Niemczech nie tylko bezkompromisowi akademicy, ale również zazwyczaj stateczni szefowie największych instytucji finansowych.

„Draghi stosuje błędne środki do błędnych celów i musi być natychmiast powtrzymany przez władze polityczne” – domagał się w rozmowie z dziennikiem „Frankfurter Allgemeine” Nikolaus von Bomhard, szef największej na świecie firmy reasekuracyjnej Munich Re. W ocenie wielu przedstawicieli niemieckiego sektora bankowego to właśnie działania EBC spowodowały problemy w ich branży.

Jest paradoksem, że akurat Niemcy chcą, by politycy ograniczyli możliwości działania Mario Draghiego. Przecież przy tworzeniu Europejskiego Banku Centralnego niemal obsesyjnie upierali się, by zagwarantować niezależność tej instytucji. Mieli bardzo dobre doświadczenia z Bundesbankiem i chcieli je powtórzyć w europejskiej skali.

Z tym łączy się kolejny paradoks, bo przecież niezależny Bundesbank został przez Amerykanów narzucony zachodnim Niemcom, którym tak przypadł on do gustu, że szybko zaczęli go traktować jako własny wynalazek.

„Powiedziałem Mario Draghiemu: możesz być całkiem dumny. Pięćdziesiąt procent wyniku partii, która jest nowa i odnosi sukcesy w Niemczech, możesz przypisać konsekwencjom swojej polityki” – mówił Wolfgang Schäuble, minister finansów Niemiec.

Chodziło mu to, że niskie stopy procentowe podważają zaufanie Niemców do sensu oszczędzania, wspólnego europejskiego pieniądza i polityki rządu Angeli Merkel. Tym samym miałoby to wzmacniać akceptację dla antyeuropejskich postulatów prawicowo populistycznej Alternatywy dla Niemiec (AfD). Ta teza regularnie pojawia się w Niemczech, ale znaczący politycy nie stawiają jej publicznie i zapewne nie chciał tego robić również Wolfgang Schäuble. Wygłosił ją wiosną tego roku podczas zamkniętego spotkania z ordoliberalną fundacją Marktwirtschaft (Gospodarka Rynkowa), która wręczała mu swoją nagrodę.

Schäuble miał pecha, bo w gronie gości znajdował się dziennikarz Dow Jones, który później przytoczył wypowiedź niemieckiego ministra finansów. Schäuble musiał się z niej tłumaczyć, ale robił to z niewielkim przekonaniem, bo działania Draghiego również jemu się nie podobają i to od dawna. Kiedy we wrześniu szef EBC przejeżdżał do Berlina na spotkanie z posłami w komisji finansów Bundestagu, Schäuble – jak podawał dziennika „Bild” – miał wprost zachęcać deputowanych, by nie byli mili wobec Draghiego, lecz ostro przepytali go w sprawie sensu polityki zerowych stóp procentowych.

Tymczasem Mario Draghi pozostaje nieczuły na ostre ataki z Niemiec, a od czasu do czasu nawet sam uderza w niemieckie władze. Regularnie krytykuje je za politykę gospodarczą i domaga się od Niemców większych nakładów na inwestycje, które umożliwiłyby trwały rozwój gospodarczy. Robił tak również podczas wrześniowego spotkania w Bundestagu, gdzie wbrew intencjom niektórych niemieckich polityków nie dał się zepchnąć do roli oskarżonego. „Przecież Niemcy nie tylko oszczędzają. Ktoś, kto dostaje mniejsze odsetki za depozyt w banku, zapewne równocześnie oszczędza przy spłacaniu kredytu za swój dom” – przekonywał Mario Draghi po spotkaniu z niemieckimi deputowanymi.

Szef EBC nie poczuwa się również do politycznej odpowiedzialności za wzrost popularności populistów z AfD. „Pan Schäuble już doprecyzował swoje słowa. Powiedział – nie jestem w stanie dokładnie tego zacytować – że nie miał na myśli tego, co powiedział, albo że nie powiedział tego, co miał na myśli. Albo coś w stylu” – odpowiedział sarkastycznie Draghi, kiedy zapytano o atak ze strony niemieckiego ministra finansów.

Poza tym zarówno Wolfgang Schäuble, jak i całe Niemcy korzystają z tego, co robi EBC i Mario Draghi. Kiedy Partia Zielonych złożyła interpelację i zapytała o wysokość oszczędności wynikających z niskich stóp procentowych, okazało się, że w latach 2008-15 ministerstwo finansów RFN wydało o 122 mld euro mniej na obsługę zadłużenia niż pierwotnie planowało. „Szef EBC Draghi i jego polityka niskich stóp w większym stopniu przyczyniły się do zrównoważenia budżetu w Niemczech niż zrobił to Wolfgang Schäuble” – komentował w dzienniku „Handelsblatt” Sven-Christian Kindler z Partii Zielonych.

Tak pozytywnych opinii o Draghim nie ma teraz w Niemczech wiele. Wśród ekonomistów niewielu jest takich, którzy ważą się publicznie chwalić efektywność jego polityki monetarnej.

Być może notowania Draghiego wśród Niemców byłyby nieco wyższe, gdyby prowadził bardziej otwartą politykę informacyjną. Inaczej niż jego poprzednicy Wim Duisenberg, czy Jean Claude Trichet, rzadko spotyka się z dziennikarzami w formule off the record, by wyjaśniać im decyzje EBC. Co prawda Włoch lubi się uśmiechać, ale z reguły jest skryty i zdystansowany. Jedynie raz został publicznie wyprowadzony z równowagi, a było to w kwietniu 2015 r., kiedy lewicowa aktywistka wskoczyła na stół podczas jego konferencji prasowej, krzyczała „Zatrzymajcie dyktaturę EBC” i obsypała go confetti.

Mario Draghi ma przed sobą jeszcze trzy lata urzędowania na stanowisku szefa EBC. Być może wtedy jego oceny w największym kraju eurogrupy będą znacznie lepsze. Niedawno podczas sesji Banku Światowego i MFW Draghi zapowiedział, że inflacja w strefie euro zacznie rosnąć i najpóźniej na początku 2019 r. powinna przekroczyć 2 proc. Gdyby tak się stało, powinni go docenić także ciułacze w Niemczech, a wraz z nimi tamtejsza opinia publiczna. Na razie jednak droga do tego celu wydaje się bardzo długa. Cytowani przez gazetę „Bild” anonimowi politycy bawarskiej CSU już zapowiadają, że na „kolejnego Draghiego nie można sobie pozwolić” i nowym szefem Europejskiego Banku Centralnego musi wreszcie zostać Niemiec, który będzie „czuł się związany z tradycją stabilności walutowej Bundesbanku”.

Gdyby poważnie potraktować ten argument, to powinien on działać na korzyść Mario Draghiego – za jego kadencji ceny w strefie euro są bardziej stabilne niż wtedy, gdy Niemcy mieli swoją Deutsche Mark.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test