Kryzys ideologii

05.09.2012
Przez ostatnie dekady umysłami ekonomistów rządził paradygmat neoliberalny. Opracowany przez Friedmana wydawał się dobrze sprawdzać, kolejne deregulacje przynosiły wymierne korzyści. Wzrost gospodarczy trwał nieprzerwanie najdłużej w historii, z drobnymi tylko zawirowaniami. Tak przytłaczająca dominacja jednej szkoły ekonomii powodowała jednak narastającą frustrację zwolenników innych poglądów.

Była to dość szeroka koalicja myślicieli głownie lewicowych od alterglobalistów po socjalistów, niektórych politologów, socjologów. Niestety neoliberalizm wraz ze swoim przekonaniem o indolencji państwa odbierał wszystkim inżynierom społecznym narzędzia do rozwiązywania społecznych problemów trapiących ludzkość. Trzeba było przeczekać.

Oczekiwany przełom przyniósł kryzys 2008 r. Bardzo zgrabnie udało się stworzyć ładny i spójny obraz. Do jednego worka wrzucono chciwych bankierów, agencje ratingowe, rynki finansowe, wielkie korporacje, upaństwowienie strat, a na tym worku napisano „neoliberalizm”. Obraz przemawia do serc i dusz osób pokrzywdzonych przez kryzys, gotowych demonstrować, że nie chcą płacić za nie swój kryzys.

Nawet w Polsce, gdzie kryzys jeszcze nie dotarł, już w 2009 roku Solidarność ’80 demonstrowała pod tym hasłem. Ruchy occupy i im podobne stały się nadzieją lewicy na nowy impuls pozwalający powrócić do serc ludzi, a – co za tym idzie – do władzy. Guru nowego ruchu stali się nobliści Joseph Stiglitz i Paul Krugman, a u nas nieodżałowany prof. Kowalik.

Co ciekawe w prezentowanym obrazie zabrakło głównych odpowiedzialnych za nasze obecne tarapaty czyli polityków. Bowiem pomimo zwycięstwa neoliberalizmu jako obowiązującej doktryny rzeczywistość polityczna była zupełnie inna. Znaczna część ostatniej dekady rozwoju opierała się na nieodpowiedzialnej polityce po obu stronach oceanu. Jak pisał prof. Kowalik, praktyka polityczna odbiegała od zasad neoliberalizmu. W 2005 roku jeszcze ją chwalił.

Polityka bardzo niskich stóp procentowych w USA, kontynuowana do dnia dzisiejszego, powodowała jednak pojawianie się kolejnych baniek na aktywach: najpierw były to spółki internetowe, potem nieruchomości, giełda jako taka, a obecnie surowce.

Dopiero ta ostatnia bańka przypomina efekt, którego wszyscy oczekują – inflację. Dodatkowo polityka mieszkaniowa zachęcająca do udzielania kredytów hipotecznych oraz ich ubezpieczania przez państwo dała sytuację, w której do otrzymania kredytu wystarczał silny puls. Niefrasobliwość agencji ratingowych i banków miała niemałą rolę w napędzeniu tego problemu, ale była możliwa jedynie dzięki kierunkowej polityce państwa.

Reszta jest historią – bańka pękła a wraz z nią na krawędzi upadku stanęły banki. Po raz kolejny interwencjonizm państwowy nie dopuścił do ich upadku. Jakie byłyby konsekwencje załamania systemu bankowego trudno oszacować. Pytanie jednak czy cena jaką płacimy do dziś nie jest większa. Za kwoty wpompowane w system bankowy w USA można by zbudować cały system od nowa bez garbu toksycznych aktywów. Jednocześnie banki nauczyłyby się bolesnej lekcji, a ich właściciele wykazaliby większą ostrożność w przyszłości. Jak na razie nauczyli się jedynie, że są zbyt duże i ważne by upaść. Nie muszą się już obawiać własnych błędów, bo wiedzą, że państwo wpompuje w nie dowolną kwotę, a straty zostaną przeniesione na podatników.

Ta świadomość może stać się największym kosztem kryzysu, który ponieść przyjdzie za dekadę lub dwie. Jednocześnie dalsze „stymulowanie” gospodarki przez zwiększone wydatki rządowe nie przynosi rezultatów. Paul Krugman uznał, że pakiet wart prawie 800 mld dolarów nie zadziałał, bo był za mały. Argument nie do obalenia, bo brak efektów zawsze można złożyć na karb niewystarczającej skali – do momentu bankructwa państwa włącznie. Idąc w tym kierunku szef FED Ben Bernanke w przemówieniu z ostatniego piątku w Jackson Hole wystąpił z propozycją trzeciej rundy luzowania ilościowego – co jest nowoczesnym określeniem drukowania pieniędzy.

Tymczasem po naszej stronie oceanu rozgrywa się drugi akt tej tragedii. O ile w USA głównym winnym była polityka monetarna, to w Europie powodem upadku stała się polityka fiskalna. Starzejący się kontynent, który powinien odkładać nadwyżki na nadchodzące trudne dni żył tymczasem w festiwalu wiecznych deficytów. Budżet zrównoważony był niedościgłym wzorem – którego zresztą mało kto chciał ścigać. Nawet Polska uważana za kraj młody i stosunkowo mało zadłużony ma już dziś zadłużenie przekraczające 200 proc. PKB, jeśli uwzględnimy zapisy na kontach ZUS. Zawsze dużo łatwiej było kupić trochę wyborczej kiełbasy niż zatroszczyć się o przyszłość. Ryzyko bankructwo okazało się jednak dużo bliższe.

Zawirowania na rynkach finansowych sprawiły, że kredyt przestał być tak łatwo dostępny i przyszłość dopadła Europę już dzisiaj. Oczywiście problemy uderzyły najpierw w kraje niesławnej grupy PIIGS z Grecją na czele. Sytuacja pozostałych jest jednak daleka od stabilności i widmo ich upadku wciąż krąży nad nami. Co ciekawe za problemy tych państw często winione są agencje ratingowe obniżające ich wiarygodność. To jakby termometr winić za wysoką gorączkę.

I tutaj jednak z niejasnych przyczyn nie ma zgody na to by kraje te po prostu upadły – jak tak wiele przed nimi. Konsensus polityczny jest taki, że bankructwo jest równoznaczne z opuszczeniem strefy euro, a co za tym idzie być może także UE. Za tym ma iść kompletna dezintegracja i regres integracji europejskiej. Nikt jednak nie tłumaczy dlaczego Grecja czy Hiszpania nie może zbankrutować i pozostać w strefie euro. Kraje te uwolnione od długu miałyby dużo lepszą niż obecnie strukturę budżetu, a jednocześnie przymus prowadzenia zrównoważonego budżetu wymusiłby reformy dużo skuteczniej niż kontrole Trojki. Jednocześnie inwestorzy zyskaliby bolesną, ale konieczną lekcję, że należy inwestować w papiery bezpieczne lub żądać premii za podjęte ryzyko.

Tymczasem powstają plany ratunkowe i długi państw członkowskich są stawiane w kontraście do upaństwawiania strat banków w USA. EBC zaczął działać wbrew swojemu statutowi interweniując na rynku, by wspomagać działania „stabilizacyjne”. Zaś kontrola MFW i UE powoduje narastanie niechęci wśród Greków upatrujących w Trojce źródła swoich problemów zamiast winić dekady nieodpowiedzialnej polityki. I tak do worka z napisem „neoliberalizm” trafiła komisja nadzorująca reformy w Grecji.

Milton Friedman musi przewracać się w grobie. Współtworzonej przez niego szkole ekonomii przypisuje się dziś rzeczy będące jej zaprzeczeniem. Upaństwowienie strat i nacjonalizacja banków to czysty interwencjonizm – kwestia absolutnie sprzeczna z duchem neoliberalizmu. Trojka jako zbiór organizacji ponadnarodowych kontrolujących reformy to kolejne zaprzeczenie tego, czym neoliberalizm jest. Efektu wieloletnich deficytów budżetowych oraz polityki niskich stóp procentowych można by uniknąć gdyby nauk Friedmana posłuchać. Cóż z tego skoro logika jedno, a wypowiedzi ekspertów, komentatorów, telewizyjnych celebrytów drugie. W świadomości zakorzeni się to, co popularne i to, co ludzie chcą usłyszeć. I tak rezultatem braku odpowiedzialności polityków jest trend do powierzenia im jeszcze większej odpowiedzialności i zwiększenia państwowego interwencjonizmu.

Szkole neoliberalnej można wiele zarzucić, ale na pewno nie odpowiedzialność za obecny kryzys. Nie przeszkadza to jednak zwolennikom inżynierii społecznej kopać przeciwników po kostkach. To, że nie są to kostki Friedmana, jest drugorzędne tak długo, jak długo widzowie odnoszą wrażenie, że jest inaczej.

Artykuły powiązane


Tagi

Popularne artykuły

test