Kto embargiem wojuje, sam na nim traci

11.03.2014

W Internecie i mediach w związku z faktycznym zajęciem przez Rosję Krymu pojawiły się nawoływania do bojkotu rosyjskich towarów, przede wszystkim paliw. Nie ma żadnych historycznych dowodów, że embarga mogą zmienić politykę na pożądaną – uważa prof. Robert Aumann, laureat Nagrody Nobla z ekonomii. Dotykają także tych, którzy nawołują do bojkotu.

 

Prof. Robert Aumann (CC BY-NC-SA St. Gallen Symposium)


Wezwania do bojkotu na pewno pozwalają poczuć się lepiej tym, którzy do niego nawołują, ale skala reakcji nigdy nie będzie taka, żeby faktycznie ugodzić tych, w których akcje takie są wymierzane. Zamiast potężnego użądlenia poczują oni – w tym wypadku Rosjanie – jedynie delikatne ukłucie. I to w najlepszym razie. Powodem, dla którego akcje takie są skazane na porażkę jest natura ludzka. Większość ludzi jest albo zbyt leniwa, by je podjąć, ma ważniejsze sprawy albo po prostu nie jest przekonana do tej idei.

Co innego, rządy. Te dysponują narzędziami gospodarczymi, które pozwalają „użądlić” wybrane podmioty gospodarcze, czy nawet państwa. Jeśli jedno państwo chce wymusić coś na drugim, często ucieka się do sankcji natury gospodarczej. Mogą polegać one np. na zablokowaniu zagranicznych kont władz danych państw. Najdalej idącą reakcją jest embargo, czyli zakaz importu bądź eksportu towarów (wszystkich bądź tylko niektórych) do danego kraju. Czy jednak sankcje nakładane przez rządy – w przeciwieństwie do tych oddolnych bojkotów – są skuteczne?

Zabójcze sankcje

Jeśli skuteczność bojkotu mierzymy tym, czy zmieniają one w pożądanym kierunku politykę obłożonych nimi państw, to doświadczenie wskazuje, że niestety nie są one skuteczne. Jest to temat dosyć dobrze zbadany przez ekonomistów. Konkluzje badań streszcza wymownie prof. Robert Aumann, laureat Nagrody Nobla z ekonomii. Zaprzągł on teorię gier w wyjaśnianie natury ludzkiej kooperacji i konfliktów między państwami

W wywiadzie udzielonym mi przed kilkoma laty Aumann powiedział tak: „Nie powinniśmy używać ekonomii jako broni dyplomatycznej, bo nie jest ona dobrym narzędziem zastraszania. Nie ma żadnych historycznych dowodów, że embarga mogą zmienić politykę na pożądaną. Embarga mogłyby być skuteczne wyłącznie w wypadku małych i słabych krajów.”

Szybki przegląd historii najnowszej potwierdza jego słowa. Sankcjami handlowymi obłożony był przez społeczność międzynarodową na przykład Irak – od 1990 r. po inwazji na Kuwejt aż do 2003 r., czyli do momentu odsunięcia Saddama Husajna od władzy. Sankcje nie zmusiły Husajna do zliberalizowania swojego reżimu. „Pomogła” dopiero zbrojna interwencja Amerykanów. Ci, którzy sankcje wprowadzili bądź popierali, np. amerykański polityk Douglas J.Feith, twierdzą teraz, że osłabiły one irackie wojsko, a więc były skuteczne. Problem w tym, że jednocześnie wyniszczyły kraj gospodarczo i – pośrednio – doprowadziły np. do śmierci co najmniej 200 tysięcy dzieci poniżej 5 roku życia (bezpośrednie przyczyny: niedożywienie, brak lekarstw, wysoka śmiertelność noworodków). To wysoka cena za taką „skuteczność”.

Katastrofalne skutki sankcji gospodarczych pokazuje także przypadek amerykańskiego embargo nałożonego w 1962 r. na Kubę przez USA. Prezydent John F. Kennedy stracił wtedy cierpliwość do Fidela Castro, gdy ten coraz mocniej zacieśniał współpracę ze Związkiem Radzieckim. Był to okres zimnej wojny, USA nie mogły pozwolić sobie na tolerowanie takiej sytuacji, więc nałożyły na Kubę embargo, który potem ONZ określiło jako „najbardziej kompleksowy zestaw sankcji gospodarczych ze wszystkich nałożonych przez USA na inne kraje, nawet te uznawane przez rząd Stanów Zjednoczonych za sponsorujące terroryzm.”

Zimna wojna się skończyła, ale embarga nie cofnięto. W rezultacie kraj został gospodarczo odizolowany od reszty świata, musiał być samowystarczalny, a to oznaczało stagnację i wysoki poziom biedy. ONZ wielokrotnie potępiało utrzymywanie embargo, coraz większa liczba amerykańskich polityków przyznaje, że nie ma ono już sensu, ale dotąd nawet Barack Obama – laureat pokojowej Nagrody Nobla – nie zniósł gospodarczych ograniczeń. Może liczy, że w końcu Fidel Castro odwróci się od komunizmu? Jak na razie Fidel, podobnie jak jego brat i obecny przywódca Kuby – Ralf, nie mają takich zamiarów. Raul jest o tyle rozsądniejszy od Fidela, że dopuszcza jakąkolwiek prywatną inicjatywę. Fidel nie był tak wyrozumiały.

Eksperci twierdzą, że zniesienie embarga mogłoby być braciom Castro nie na rękę, bo podkopałoby ich reżim. – Wygląda na to, że Kuba nie jest tym zainteresowana. Za każdym razem, gdy USA mówią o zliberalizowaniu embarga, Kuba robi coś prowokującego. W 1977 r. prezydent Jimmy Carter próbował nawiązać z Kubą relacje dyplomatyczne, na co Castro odpowiedział wysłaniem w łodziach w stronę wybrzeży USA 125 tys. niewygodnych dla siebie Kubańczyków, w tym wielu przestępców, bądź chorych umysłowo. W 2009 r. Obama zliberalizował politykę dotyczącą podróżowania na Kubę, na co Castro odpowiedział aresztując Alana Grossa, działacza organizującego na Kubie pomoc zagraniczną, i za domniemanie wspierane dysydentów skazując go na 15 lat więzienia – mówi Ian Vasquez z wolnorynkowego think-tanku Cato Institute.

Także Kim Dzong-Un, przywódca Korei Północnej oraz jego poprzednicy mieli od zawsze za nic sankcje nakładane na ich państwo przez kraje Zachodu. Głównie ze względu na ich słabą egzekwowalność. Że nie mogą importować broni z Europy? I co z tego: mało to nielegalnych handlarzy bronią w Azji i w Afrycie? Że w Europie nie sprzedadzą im dóbr luksusowych?  Co z tego: wynajmą sobie pośredników, którzy kupią je za nich. Reżim Korei Północnej jest wciąż tak samo totalitarny, jak dawniej.

– Egzekwowalność sankcji gospodarczych, zwłaszcza jeśli dotyczą na przykład handlu bronią, jest niewielka. To, niestety, zbyt intratny biznes, by rządy wyrzekały się go dla idei. USA kontrolują ściśle, kto na boku handluje z dyktaturami, ale zapobiec temu nie potrafią – przekonuje prof. Katarzyna Żukrowska, która w Szkole Głównej Handlowej zajmuje się międzynarodowymi stosunkami gospodarczymi oraz ekonomiczną analizą zbrojenia i przemysłu wojennego.

Państw obłożonych sankcjami gospodarczymi przez różne państwa i z różnych względów jest obecnie znacznie więcej. Znajdują się wśród nich Iran, Strefa Gazy, Indonezja, Gruzja, a nawet Japonia… Sytuacja jest jednak wszędzie taka sama: sankcje nie odnoszą rezultatów zamierzonych przez swoich inicjatorów.

Bolesny rykoszet

Gospodarka nie jest grą o sumie zerowej – nie jest tak, że ktoś zyskuje czyimś kosztem. Takie teorie zostały już dawno obalone. Na handlu zyskują obie strony. Kraj, który nakłada na inny kraj embargo musi się więc liczyć, że może oberwać rykoszetem, czyli że sam coś straci. Rządowi ekonomiści USA szacują na przykład, że amerykańska gospodarka traci rocznie na nałożonym na Kubę embargo ok. 1,2 mld dolarów. Gdyby je zniesiono, w USA powstałoby prawdopodobnie 6 tys. dodatkowych miejsc pracy, głównie w telekomunikacji i rolnictwie.

Warto też pamiętać, że sankcje gospodarcze stosować mogą nie tylko ci „pokojowi” gracze areny międzynarodowej wobec tych niepokojowych. Może być odwrotnie. Przypomnijmy, co stało się w 1973 r. po tym, gdy wybuchła tzw. wojna Jom Kippur. Izrael został wówczas zaatakowany przez koalicję Egiptu i Syrii, a że otrzymał wsparcie od USA, państwa arabskie zrzeszone w OPEC postanowiły nałożyć na USA i niektóre kraje Europy Zachodniej embargo, odcinając je od dostaw ropy.

Skutkiem tego w USA cena paliwa poszybowała w górę, gospodarka wpadła w recesję, a światowy system finansowy zaczął się chwiać. Same państwa OPEC mogły cieszyć się z sukcesu, bo embargo na trwałe podniosło cenę ropy, którą nie spadłą już nigdy poniżej poziomów z 1973 r. Z drugiej strony, kraje Zachodu zrozumiały, że konieczne są inwestycje we własne złoża ropy i gazu i alternatywne źródła energii. Embargo zapoczątkowało więc także proces uniezależniania się świata od OPEC.

Każdy, kto chce wprowadzić embargo powinien zajrzeć także w podręczniki historii XIX w., gdy to w 1806 r. Napoleon po uzależnieniu od siebie większości wielkich mocarstw kontynentalnej Europy chciał osłabić Wielką Brytanię. Wprowadził w tym celu zakaz importu i eksportu towarów z tej wyspy. Skutek? Brytyjczycy zaczęli szukać innych, nieeuropejskich rynków zbytu i zaopatrzenia. Koniec końców na sankcjach stracili mniej niż kontynentalna Europa. Natomiast zmiany polityczne wywołane przez nałożenie sankcji przyczyniły się w końcu do upadku samego Napoleona.

Skoro sankcje gospodarcze są nieskuteczne, to czy należy je znieść i handlować nawet z dyktaturami łamiącymi prawa człowieka? Jeśli chcemy stopniowo poprawiać sytuację obywateli takich państw – odpowiedź jest jasna. – Niemoralne byłoby z nimi nie handlować. Wtedy karalibyśmy nie władze tych krajów, ale ich obywateli. Nomenklatura w krajach komunistycznych, mimo nakładanych na ich towary ceł, mimo takiego czy innego embarga, zawsze sobie radziła i żyła we względnym dobrobycie. To ludzie cierpieli. Dlatego nawet Iran czy Koreę Północną powinniśmy traktować jako równorzędnych partnerów gospodarczych – przekonuje prof. Aumann i podsumowuje realistycznie: „nie oszukujmy się – pokój zapewnia tylko silna armia, tylko dyplomacja oparta na stosowanej z umiarem i w rozsądnych momentach groźbie użycia siły.”

Groźba użycia siły ze strony państw wspierających Ukrainę w konflikcie z Rosją nie padła. Padły jednak groźby nałożenia na Rosję sankcji. Czy Europa oberwie rykoszetem? Na pewno. W końcu handluje z Rosją, kupując od niej choćby gaz i ropę. Jednak to Rosja będzie cierpieć bardziej. O ile 50 proc. całego handlu zagranicznego Rosji to handel z Unią Europejską, o tyle w bilansie handlowym UE wymiana z Rosją to mniej niż 10 proc.

– W Europie pojawiają się głosy, że jesteśmy w stanie poradzić sobie z ewentualnym odcięciem dostaw rosyjskich paliw. Dla Rosji oznaczałoby to bolesny cios, bo ta gospodarka funkcjonuje niemal wyłącznie dzięki zasobom naturalnym. Nie powstała tam klasa średnia i zwykły biznes, bo całe bogactwo czerpią z surowców – zauważa prof. Żukrowska z SGH.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test