• Reuven Brenner, David Goldman

Łamigłówka Keynesa

23.11.2010

Co dzieje się, gdy rządy stosują starą teorię ekonomiczną do nowej recesji? –  Nic dobrego – odpowiadają Reuven Brenner i David P. Goldman. W latach 30. postulaty Keynesa były słuszne, ale politykom za bardzo spodobał się pomysł, że wszelkie problemy można rozwiązać za pomocą podatków, wydatków i manipulowania stopami procentowymi.

John Maynard Keynes (fot. z domeny publicznej)


John Maynard Keynes stwierdził siedemdziesiąt pięć lat temu, że nawet najbardziej pragmatyczny człowiek jest zwykle niewolnikiem jakichś przestarzałych teorii ekonomicznych. Odnosił się do w ten sposób do koncepcji, które sam chciał wówczas obalić. Ta opinia jest nadal niezwykle aktualna. Dziś dotyczy to Keynesa, którego idee do tej pory kształtują myślenie polityków i ekonomistów na całym świecie. Debata publiczna dotycząca obecnego kryzysu gospodarczego jest ograniczana przez terminologię brytyjskiego ekonomisty. G20 tkwi w keynesowskiej ortodoksji, zastanawiając się, czy rządy państw powinny realizować strategię „zaciskania pasa” ograniczając wydatki i równocześnie obniżając deficyt i zadłużenie, czy też strategię „pobudzania” przez „stymulacyjną” politykę pieniężną i powiększanie wydatków. Żaden z liderów najpotężniejszych gospodarek światowych nie napomknął nawet o tym jak motywować ludzi do odbudowy kapitału i tchnięciu w obywateli ducha przedsiębiorczości, co stanowi jedyny sposób na powstrzymanie spirali długów instytucji publicznych i podmiotów prywatnych. Po 1936 r. kiedy ukazała się Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza Keynes przyznał, że stosowany przez niego nowy język był niejasny i często mylący, a jego analizy bezwzględnie wymagały ponownego przemyślenia. Nazywał nawet swoich następców głupcami. Jego przedwczesna śmierć w 1946 r.  sprawiła, że niejasności uległy petryfikacji i stały się akademicką ortodoksją, która po dziś dzień wpływa na debatę publiczną.

Dlaczego jego wpływ przetrwał tak długo? Jak mogło dojść to tego, że tylu mądrych ludzi stało się niewolnikami jego przestarzałych teorii ekono­micznych? Język i analizy Keynesa były kompletnie nieprawdziwe, ale podczas Wielkiego Kryzysu w latach trzydziestych XX w. jego postulaty, by rządy szybko przejęły funkcje pośrednika w obrocie gospodarczym, w sytuacji gdy podmioty prywatne przestają to robić, były słuszne. Słusznie również sprzeciwiał się popularnej wtedy opinii, że odpowiedzią na kryzys mają być zrównoważone budżety. Na skutek krachu na giełdach i załamania systemu bankowego wyparowała większość majątku Amerykanów. Przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe nie miały środków, aby inwestować i ożywić gospodarkę, zanim rząd wyasygnował środki w postaci wydatków wojennych po roku 1939. Gdy osoby fizyczne i korporacje nie są w stanie zaciągać długów, rząd nie ma innego wyjścia i musi pełnić funkcję pośrednika finansowego. Wzrost zadłużenia sektora publicznego w tak wyjątkowych okolicznościach oznacza wzrost majątku i może wytyczyć drogę powrotu do zdrowia dla rynków kapitałowych.

Alexander Hamilton dokonał tego w 1790 r., gdy przekonał powstające wówczas Stany Zjednoczone do złożenia obietnicy spłaty w całości długów, jakie pozostały po wojnie o niepodległość. Przywrócił zaufanie do waluty państwa oraz dyscyplinę fiskalną i pieniężną. W późniejszym czasie przyszły laureat nagrody Nobla Robert Mundell wykazał, że wzrost zadłużenia sektora publicznego może w pewnych okolicznościach stanowić bogactwo. Dzieje się tak, gdy dług ma zapewnione źródła spłaty, gdy wspiera koniunkturę w przyszłości, która zarówno przyspiesza kreację aktywów i jak i zwiększa przychody podatkowe. Obniżenie podatków pobudza wzrost gospodarczy i powoduje zwiększenie majątku, wtedy gdy wzrost przychodów podatkowych jest większy niż odsetki płacone przez Skarb Państwa od obligacji wyemitowanych na pokrycie początkowych strat w przychodach. Ta myśl stanowiła fundament „ekonomii podażowej” administracji Reagana, która została niestety sprowadzona do nazbyt uproszczonej karykatury nawet przez część jej zwolenników.

Niemniej jednak, jak zauważył Mundell, do przezwyciężenia stagflacji w latach siedemdziesiątych XX w. potrzeba było zahamować inflację za pomocą restrykcyjnej polityki pieniężnej, przy równoczesnym propagowaniu kreacji aktywów za pomocą zachęt podatkowych. To właśnie zrobiła Rezerwa Federalna kierowana przez Paula Volckera i administra­cja Reagana na początku lat osiemdziesiątych XX w., dając początek trwającemu ćwierć wieku okresowi szybkiego wzrostu gospodarczego bez inflacji. Keynes nauczał, że wszystkie formy zagregowanego popytu są równoważne, a zatem polityka fiskalna i polityka pieniężna prowadzą tylko do zwiększenia lub ograniczenia wydatków w perspektywie krótkoterminowej, ale nie powiedział ani słowa, o tym jak przywrócić warunki do odbudowy aktywów kraju.

Niemniej jednak politykom podobało się twierdzenie zwolenników teorii Keynesa, że rządy państw mogą rozwiązywać wszystkie problemy gospodarki za pomocą podatków, wydatków i manipulowania stopami procentowymi – bez poruszania takich trudnych tematów jak efektywność biurokracji rządowej lub wahania kursów walutowych. Nie ma większego znaczenia, czy politycy wierzyli w te nonsensy: było im wygodnie zachowywać się tak, jakby w nie wierzyli. Natomiast ekono­miści byli zadowoleni, że mają teorię, dzięki której ich rola stała się tak istotna jak funkcja nadwornego astrologa w przeszłości.

Po kryzysie roku 2008 pokoleniu akademików wykształconych drobiazgowo w historii Wielkiego Krzysu lat trzydziestych XX w., wśród których znaleźli się prezes Rezerwy Federalnej Benjamin Ber­nanke i doradca Białego Domu Lawrence Summers, powierzono realizację starych zaleceń Keynesa. Kryzys gospodarczy, który rozpoczął się w roku 2007 i nie ustąpił do tej pory, miał stanowić wielkie zwycięstwo Keynesa – kryzys, podczas którego rządy państw faktycznie zrobiły to, do czego je namawiał podczas Wielkieego Kryzysu, oraz dowód na to, że pociągająca za sznurki elita może sprawić, że liczni aktorzy uczestniczący w życiu gospodarczym podążą tanecznym krokiem w kierunku uzdrowienia gospodarki.

Po dwóch latach największych deficytów w czasach pokoju, jakich doświadczył współczesny świat, oraz najniższego globalnego poziomu stóp procentowych w historii widać wyraźnie, że remedium Keynesa zawiodło. Gospodarka światowa nie wróciła do zdrowia. Zamiast tego kryzys przesunął się do finansów państw, których wydatki miały stanowić lekarstwo na kryzys.

Idea Keynesa jest prosta. W istocie, jest prosta z wyboru, gdyż koncentruje się na perspektywie krótkoterminowej i dotyczy zamkniętej gospodarki. Jeżeli konsumenci nie będą wydawać pieniędzy, państwo będzie wydawać zamiast nich; jeżeli firmy nie będą inwestować, państwo będzie inwestować zamiast nich; oraz jeżeli in­westorzy nie będą podejmować ryzyka, bank centralny ograniczy zwrot z inwestycji obarczonych niskim ryzykiem prawie do zera. Podejmowanie ryzyka przez przedsiębiorców, pomysłowość wynalazców, kwalifikacje i motywacja siły roboczej, konkurencyjność poszczególnych gałęzi gospodarki – cała złożona rzeczywistość dynamicznego społeczeństwa, posuwającego się do przodu metodą prób i błędów – jest zastępowana przez keynesowskie agregaty, takie jak produkt krajowy brutto, wskaźniki cen, produktywność itp. Za całą tą nomenklaturą techniczną stoi założenie, że biurokraci, którzy nie mają żadnego doświadczenia w biznesie, mogą podejmować mądre decyzje dotyczące alokacji kapitału oraz są w stanie robić to szybko. Tego rodzaju grube uproszczenia nabierają aury naukowej teurgii, jeżeli przedstawia się je w postaci pozornie złożonych modeli matematycznych, które czynią ich śmieszne założenia wiedzą tajemną.

Żadne ożywienie nie nastąpi, jeżeli rządy raz na zawsze nie porzucą keynesowskiej koncepcji zarządzania zagregowanym popytem i zamiast tego nie skupią się na tym jak ułatwić odbudowę zasobu kapitału na inwestycje poprzez uruchomienie talentu i przedsiębiorczości w kraju.

Debata polityczna polega na zrzucaniu winy na innych, lecz jest to gra prowadzona przez ślepych ze słoniem. Niektórzy uważają, że gdyby Rezerwa Federalna nie utrzymywała tak długo stóp procentowych na tak niskim poziomie, ekspansja kredytowa byłaby mniejsza i mniej byłoby niespłaconych kredytów. Inni twierdzą, że gdyby Rezerwa Federalna przywiązywała większą wagę do zewnętrznej wartości dolara niż do wskaźników cenowych lub PKB, stłumiłaby rosnącą bańkę cen nieruchomości. Jeszcze inni uważają, że bez oficjalnego wsparcia dla sekurytyzacji kredytów subprime, ogromnych subsydiów do kredytów hipotecznych oferowanych przez Fannie Mae i Fredzie Mac oraz monopolistycznej pozycji poważnie narażonych na konflikt interesów agencji rat­ingowych, możliwe byłoby ograniczenie bańki sekurytyzowanego zadłużenia. A jeszcze inni uważają, że system płatniczy nie stałby się podatny na panikę, gdyby instytucje depozytowe nie grały na rynkach na własny rachunek.

Wszystkie powyższe spostrzeżenia są prawdziwe i wszystkie są mylące, gdyż kryzys nie wynikał z żadnego z tych błędów jako takich, lecz raczej z keynesowskiego sposobu myślenia decydentów i organów regulacyjnych, które nie pozwoliło im zauważyć tych problemów, zanim ich spiętrzenie nie stworzyła zagrożenie dla systemu finansowego i stabilności gospodarki w perspektywie długoterminowej.

Decydującą kwestią była rola „systemu parabankowego”, czyli ekspansja nieregulowanych derywatów, takich jak credit default swaps (CDS) i collateralized debt obligations (CDO). W okresie od 2004 do 2008 roku wyemitowano CDO o wartości dwóch bilionów dolarów, które przechowują powierzone aktywa i wypłacają dochody inwestorom na różnych poziomach senioralności. Instrumenty te umożliwiły agencjom ratingowym uznanie większości CDO za praktycznie nienarażone na niewypłacalność, co z kolei umożliwiło bankom drastyczne ograniczenie kwoty kapitału niezbędnego do ich utrzymania. Krótko mówiąc, derywaty znacznie zwiększyły lewarowanie w systemie bankowym.

Pojawienie się „systemu parabankowego” położyło kres starej, keynesowskiej definicji „agregatów” pieniężnych. Nie można już było mówić o „zagregowanym” popycie generowanym przez jednorodny pieniądz kontrolowany przez bank centralny za pomocą tradycyjnych operacji otwartego rynku. Nieregulowane derywaty oddzieliły realny świat bankowości od wyimaginowanego świata polityki pieniężnej operującej agregatami. Decydenci nadal posługiwali się takimi terminami jak „agregat”, jednorodny pieniądz i kształtowali politykę przy użyciu tych terminów, podczas gdy powinni byli skupić uwagę na tym, jakie instytucje są niezbędne do zarządzania różnymi rodzajami pieniądza krajowego lub wprowadzić zakaz ich emitowania. „System parabankowy” nie nigdy zyskałby tak istotnej roli, gdyby ludzie nie wierzyli, że Rezerwa Federalna zapewni niezbędną płynność w przypadku wystąpienia runu na system parabankowy oraz gdyby nie wierzyli, że „każdy pieniądz wykreowany jest równym”.

Panika, jaka zapanowała w roku 2008 (w przeciwieństwie do obecnego kryzysu), nastąpiła, gdy ludzie uświadomili sobie, że jest inaczej. Run na system parabankowy zaraził system płatniczy, a żadna gospodarka nie może przetrwać bez sprawnie funkcjonującego systemu płatniczego. Bez rynków kapitałowych finansujących inwestycje długoterminowe, gospodarki mogą przetrwać, ale z problemami. Krajom komunistycznym udawało się to przez większą część ubiegłego stulecia. Gospodarki mogą również przetrwać przez kilka miesięcy, gdy rynki kapitałowe umożliwiające odnawianie zapasów ulegają nagle zamrożeniu. Natomiast po załamaniu się systemu płatniczego, następuje panika i gospodarka przestaje funkcjonować. Zwykle rezultatem tego jest hiper­inflacja, chociaż rok 2008 pokazał, że załamanie się systemu płatniczego może również prowadzić do nagłego wycofania środków z funduszy rynku pieniężnego i innych instytucji depozytowych, a skutki tego mogą być równie groźne.

Panika była częściowo spowodowana tym, że przez dziesięciolecia banki centralne przyjmowały keynesowski pogląd, że „pieniądz” stanowi jednorodny agregat, który kontrolują banki centralne. Podczas gdy banki centralne postępowały tak jakby rzeczywiście tak było, sektor finansowy faktycznie drukował własne pieniądze. Problem ten nie był ani niejasny, ani niemożliwy do rozwiązania. Gdyby Rezerwa Federalna zwracała większą uwagę na dynamiczne zmiany w systemie finansowym, zamiast operować iluzorycznym pojęciem „agregatów”, mogłaby nałożyć ograniczenia na system parabankowy z takim skutkiem, jaki wywierają ograniczenia nałożone na zwykłą bankowość depozytową.

Katastrofa spowodowana przez derywaty jest jednym z przykładów świadczących o tym, jak teorie Keynesa i myślenie w kategoriach agregatów marnie przysłużyły się polityce gospodarczej. Innym przykładem jest myląca miara tzw. wskaźnika inflacji, która pozwala bankowi centralnemu zignorować długoterminowe skutki zerowych stóp procentowych.

Koszty mieszkania stanowią prawie jedną trzecią wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych. Pomiar tego kosztu zawsze przysparzał problemów. Ale błędy narastały, zwłaszcza w minionym dziesięcioleciu, w miarę jak domy przestawały być tylko miejscem zamieszkania, a stawały się w większym stopniu nową, pozornie płynną kategorią aktywów. Miało to miejsce, gdyż przepisy, regulacje i podmioty wspierane przez państwo, takie jak np. federalni ubezpieczyciele kredytów hipotecznych, dofinansowywali bezpośrednio lub pośrednio rynek mieszkaniowy. Dofinansowanie zasadniczo zmieniło charakter tej kategorii aktywów oraz pojęcie „wskaźników inflacji”.

Początkowo naukowcy i politycy uzasadniali te subsydia, utrzymując, że że jeśli ludzie posiadają na własność mieszkania, to zaczynają mieć więcej do stracenia, wzmacniają się więzi społeczne, a kapitał, jaki gromadzą, może stać się zabezpieczeniem dla kredytu na założenie firmy. Powyższe spostrzeżenia były prawdziwe tak długo jak pojęcia „własność” i „kapitał” utrzymywały swoje znaczenie. W rzeczywistości jednak subsydia zachęcały właścicieli domów do ograniczenia wkładu własnego przez zaciąganie maksymalnych kredytów. W 2007 było już tak, że właściciele domów cieszyli się prawem własności tylko na papierze, posiadając mały kapitał [wkład własny i spłaconą części hipoteki]  w stosunku do wielkiego zadłużenia.

Powyższe zaburzenia na rynku mieszkaniowym powodowały zniekształcenie wskaźników inflacji, gdyż Amerykanie kupowali domy, licząc na ich sprzedaż z zykiem. Czynsze pozostawały na stabilnym poziomie, a czynsz jest dla amerykańskiego urzędu statystycznego  miarą kosztów mieszkania. Wskutek tego udział kosztów mieszkania we wskaźnikach cen – 30 proc. wskaźnika – prawie się nie zmienił. Dla wielu obserwatorów, łącznie z przedstawicielami Rezerwy Federalnej, stabilność wskaźnika cen wskazywała, że nie było nadmiernej kreacji kredytu pomimo gwałtownego wzrostu cen domów. Fałszywe odczyty inflacji doprowadziły do grubych błędów w ocenach Rezerwy Federalnej kierowanej przez Greenspana i później przez Bernanke, którzy nie wierzyli, że ich luźna polityka pieniężna spowodowała nadmierną kreację kredytu.

Spadek indeksu odzwierciedlającego wartość dolara względem innych walut o 35% i czterokrotny wzrost cen złota w okresie od 2002 do połowy 2009 r. powinny wyraźnie wskazywać, że dzieje się coś bardzo złego, mimo że wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych nie dawał powodów do niepokoju. Niezależnie od czyjejś opinii na temat cen złota, fakt, że rynek był skłonny płacić czterokrotnie więcej za tradycyjne zabezpieczenie przed inflacją i dewaluacją, nie powinien był ujść uwagi tkwiących w okowach akademickiej ortodoksji szefów Rezerwy Federalnej.

Załamanie się ekspansji kredytowej zwiększa prawdopodobieństwo deflacji, a keynesowskie elity proponują teraz, aby powstrzymać tego zagrożenia przez powrót do polityki inflacyjnej, która wywołała kryzys. Olivier Blanchard, główny ekonomista Międzynarodowego Funduszu Walutowego, przedstawił w lutym 2010 r. coś, co nazwał „śmiałą innowacją”, proponując utrzymanie przez banki centralne inflacji na poziomie 4%. Najwyraźniej Blanchard uważa, że ludzie przyklasną temu, aby obniżyć swoje płace o 22 proc. w okresie pięciu lat i o 48 proc. w ciągu dziesięciu lat. Wypaczenie standardów zawodu ekonomisty na taką skalę jest najlepszym dowodem tryumfu Keynesa nad zdrowym rozsądkiem. Orędownicy takiej polityki – Paul Krugman jest zwolennikiem jeszcze wyższych stóp inflacji – twierdzą, że obawa przed inflacją skłoniłaby ludzi do wydawania pieniędzy zanim one stracą na wartości. Keynesiści nie pytają, jak Amerykanie mogliby wpaść w szał zakupów, po tym jak ich majętek bardzo się zmniejszył w ciągu ostatnich lat i tuż przed największą falą odejść na emeryturę w historii USA.

Być może największe ze wszystkich zniekształcenie następuje przy pomiarze głównego agregatu w modelu keynesowskim, jakim jest produkt krajowy brutto.

Na początku tego roku świat doznał szoku, dowiedziawszy się, że kolejne rządy Grecji w żywe oczy kłamały na temat wielkości PKB tego kraju, jego poziomu zadłużenia i innych agregatów. Tymczasem, już na początku 2006 r. europejski urząd statystyczny, Eurostat, groził wniesieniem pozwu przeciwko Grecji z powodu sfabrykowanych danych statystycznych. Węgry borykają się obecnie z podobnym prob­lemem, a nowowybrany rząd przyznał, że oficjalne dane stanowią niewiele więcej niż statystyczną iluzję. Jakie wynikają z tego wnioski co do wartości zagregowanych danych publikowanych z taką powagą przez krajowe urzędy statystyczne?

Nie jest to nic nowego. W roku 1987 Włochy ogłosiły rok il sorpasso, dosłownie „rok, w którym was przeskoczyliśmy”. Włoski Krajowy Instytut Statystyczny (ISTAT), tj. państwowy urząd statystyczny, arbitralnie dodał 18 proc. do szacunku „realnego dochodu narodowego” Włoch. Korekta była niezbędna, aby wykazać, że Włochy spełniły rosnące wymogi Wspólnoty Europejskiej dotyczące wskaźników zadłużenia i defi­cytu do dochodu narodowego. ISTAT po prostu założył, że we Włoszech działa szara strefa stanowiąca od 20 proc. do 30 proc. ich gospodarki i zaproponował zwiększenie realnego dochodu narodowego o „konserwatywne” 18%. Greccy politycy złożyli podobne zapewnienia podczas konfrontacji z Euro­statem, szacując wielkość swojej szarej strefy na ponad 25%.

Powyższe stwierdzenia nie wzbudziły oburzenia. Wręcz przeciwnie, statystycy wrócili do pracy, produkując zagregowane wskaźniki, a keynesowscy ekonomiści wprowadzili je do jeszcze bardziej niezrozumiałych modeli. Uzasadnionym mogło wydawać pytanie, czy to prawdą, że w niektórych krajach funkcjonuje szara strefa obejmujący jedną czwartą lub jedną trzecią gospodarki oraz, jeżeli tak, to dlaczego tak jest. Ale nikt nie zadał takiego pytania, bo doszacowanie PKB dostarczyło danych potrzebnych by dalej opierać się na keynesowskich założeniach.. Ekonomiści byli zadowoleni z danych fabrykowanych przez rządy do początku 2010 r., gdy okazało się, że Grecja i inne kraje Europy Południowej mogą nie udźwignąć obsługi zadłużenia, jakie zaciągnięły opierając się na zag­regowanych wskaźnikach ekonomicznych. W polityce, podobnie jak w biznesie, tylko groźba upadłości zmusza do ujawnienia kłamstw.

Jako zwolennik nadzwyczajnych działań przeciwkryzysowych w latach trzydziestych XX wieku, Keynes, jak zauważyliśmy wcześniej, zasługuje na pewne uznanie. Jego spuścizna w teorii ekonomii okazała się niestety szkodliwa. Łatwo wyjaśnić, dlaczego zyskał poparcie w latach trzydziestych. Trudniej wyjaśnić, dlaczego model keynesowski, z jego nieuchronną tendencją do gubienia istotnych zależności, przetrwał tak długo.

Częściową odpowiedzią na to pytanie może być fakt, że kraje, które stosowały keynesowskie rozwiązania miały dużo szczęścia. Dobra passa łagodziła skutki błędów systemowych w polityce gospodarczej. Wspomnienia o tym okresie nadal zwodzą polityków i ich doradców, którzy wciąż mają nadzieję, że łatwe czasy powrócą.

Dobra passa wynikała w znacznej mierze z migra­cji kapitału i talentu, wywołanej sytuacją w innych krajach. Do roku 1989 większość świata cierpiała pod rządami komunistów lub innych dyktatorów, gdzie cały czas występowało ryzyko gwałtownych wstrząsów politycznych. Talent i kapitał, który mógł wymknąć się spod rządów dyktatury, pojawiał się u granic kilku krajów zachodnich, głównie Stanów Zjednoczonych. Eksport kapitału ludzkiego i finansowego do Stanów Zjednoczonych i kilku innych krajów umożliwił zamaskowanie narastających błędów. W polityce, podobnie jak w biznesie, niektórym udaje się przetrwać nie dlatego, że są mądrzy, ale dlatego, że ich konkurenci są głupsi.

Masowy napływ talentu i kapitału do krajów zachodnich do roku 1989 miał konsekwencje, których ekonomiści nie dostrzegli, ani tym bardziej nie zmierzyli. Weźmy na przykład obecną debatę na temat opodatkowania. Paul Krug­man ogłosił w wywiadzie udzielonym niedawno New Yorkererowi: „Nie jestem zwolennikiem 70 proc. krańcowej stopy podatkowej, ale warto zauważyć, że stopy na tym poziomie obowiązywały przez całe lata sześćdziesiąte i przez większość lat siedemdziesiątych XX w. i nie ma wielu dowodów wskazujących, aby zniechęcały do pracy najlepiej zarabiających. A zatem jest to wykonalne.”

Nie, to nie jest wykonalne, chyba że reszta świata stosowałaby jeszcze wyższe krańcowe stopy podatkowe, co z pewnością nie nastąpi. Stany Zjednoczone były w stanie utrzymać taką krańcową stopę podatkową w latach siedemdziesiątych, gdyż w porównaniu z resztą świata były rajem podatkowym. Po wprowadzeniu przez Wielką Brytanię 90-procentowej krańcowej stopy podatkowej najbardziej utalentowani ludzie uciekli do Stanów Zjednoczonych i Kanady, Beatlesów nie wyłączając. Napływ talentu i kapitału zatuszował wiele błędów popełnianych w Stanach Zjednoczonych. Podczas gdy Ameryka zajmowała pozycję monopolisty jako miejsce napływu talentu i kapitału, rząd mógł nałożyć wysokie stopy podatkowe, gdyż kapitał miał niewiele innych punktów docelowych.

Tacy obserwatorzy jak Paul Krugman są przekonani, że można powtórzyć przeszłość, gdyż nie rozumieją tej przeszłości, a zwłaszcza źródeł dobrej passy krajów zachodnich. Prezentują keynesowski sposób myślenia: zamknięta gospodarka w perspektywie krótkoterminowej. Niemniej jednak amer­ykański monopol nie utrzymał się. W 1989 r. upadł komunizm, a kraje azjatyckie, które były przedtem niestabilne i pogrążone w chaosie, przekształciły się w tygrysy gospodarcze w ciągu jednego dziesięciolecia. Inne obszary tego, co nazywaliśmy w owym czasie trzecim światem – termin brzmiący dzisiaj dość staroświecko – osiągnęły stabilność polityczną i sukces gospodarczy.

Kraje zachodnie, w których pracownicy przyzwyczaili się do życia na znacznie wyższym poziomie niż ludzie z podobnymi kwalifikacjami w innych częściach świata, znalazły się w tarapatach. Mają pokolenie pracowników w sektorze publicznym i prywatnym, którzy zostali rozpieszczeni przez wyjątkowe i niemożliwe do powtórzenia warunki panujące w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat.

Pierwszą ofiarą ze z kręgu krajów rozwiniętych jest Grecja, a za nią znajdują się takie kraje jak Portugalia, Włochy, Hiszpania i być może nawet Francja. Podobny kryzys przeżywają niektóre stany w Ameryce, zwłaszcza Kalifornia. Wszystkie kraje będące ofiarami kryzysu są krajami o ustroju demokratycznym. Jednakże partie polityczne nie śpieszą się, aby naprawiać błędy minionych dziesięcioleci. Rynki kapitałowe są zmuszone do znacznie szybszej naprawy błędów. Rynki sygnalizują, że rządom grozi niewypłacalność, jeżeli nie zareagują szybko. Zamiast wyciągnąć odpowiednie wnioski i odejść od Keynesa, rządy krajów europejskich zareagowały poprzez odwrócenie jego teorii, wprowadzając oszczędności fiskalne, które osłabiają wzrost gospodarczy i zwiększają realny ciężar długu publicznego. Tymczasem w tych krajach należy uwolnić przedsiębiorczość i umożliwić ludziom akumulację majątku.

Jeżeli ten warunek nie zostanie spełniony, gospodarka światowa pozostanie w stagnacji przerywanej okresowymi kryzysami. Trwały dobrobyt wynika z innowacji i przedsiębiorczości. Łatwo o tym teraz mówić, ale trudniej wprowadzić takie teorie w życie.

Aby dopasować talent i kapitał oraz odróżnić trafne pomysły od pomyłek, społeczeństwa muszą gromadzić inwestycyjny kapitał i utrzymywać całą sieć instytucji, które zapewniają odpowiedzialność inwestorów, przedsiębiorców i pośredników. Aby zapewnić odpowiedzialność, przedsięwzięcia muszą być stale oceniane. Konieczna jest też możliwości dokonania interwencji tj. przerwania przedsięwzięcia poprzez upadłość, aby zapobiec kosztownemu narastaniu błędów.

Nikt gorzej niż biurokracja rządowa nie odróżnia sukcesów od niepowodzeń, gdyż biurokraci nie są nagradzani za sukces przedsięwzięcia, lecz przez stronników politycznych, którzy mają często powody, aby uniknąć konsekwencji porażek. Tak zwani spekulanci odgrywają nieodzowną rolę, gdyż zapewniają płynność niezbędną w długich latach, które upływają od zapoczątkowania pomysłu do jego pomyślnej realizacji.

Dopasowanie talentu i kapitału oraz odróżnienie trafnych idei od porażek na papierze nie wydaje się trudne. Niemniej jednak kultura polityczna propagująca ducha przedsiębiorczości, tolerująca posuwanie się do przodu metodą prób i błędów oraz dająca outsiderowi z pomysłem szansę na zrobienie kariery wbrew establishmentowi należy do rzadkości, nawet w krajach zachodnich. Zachodnie społeczeństwa stworzyły instytucje wspierające przedsiębiorczość wyłącznie w drodze długiego i przerywanego procesu prób i błędów. Giełdy papierów wartościowych i giełdy towarowe, banki inwestycyjne, fundusze powiernicze, bankowość depozytowa, sekurytyzacja i inne rynki mają korzenie w holenderskich innowacjach z XVII w., lecz osiągnęły w wielu przypadkach dojrzałość dopiero w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Najbardziej przyjaznym miejscem dla przedsiębiorczości wśród krajów zachodnich były Stany Zjednoczone, chociaż kurs obrany przez obecną administra­cję – która zwiększyła kontrolę państwa nad rynkami finansowymi do zakresu nie widzianego wcześniej w czasach pokoju – poprowadzi kraj w innym, budzącym obawy kierunku.

Waszyngton przekształcił sektor finansowy w odpowiednik quasi-rządowego przedsiębiorstwa użyteczności publicznej. Rząd federalny zapewnia kapitał na pokrycie kryzysowych strat i tani pieniądz dla banków, a sys­tem bankowy finansuje w zamian za to deficyt budżetowy. Obecna administracja przekształciła amerykańskie rynki kapitałowe w oligopol pozostający pod kontrolą państwa, stanowiący zaprzeczenie innowacji i przedsiębiorczości. Nic dziwnego, że kapitał wysokiego ryzyka, ilość start-upów i inne wskaźniki przedsiębiorczości kształtują się na niskim poziomie, a gospodarka wykazuje niewiele oznak ożywienia.

W tej sytuacji, nic dobrego nie wróży fakt, że znaki sami ludzie, którzy doprowadzili system finansowy do katastrofy – łącznie z prezesem Rezerwy Federalnej Ber­nanke i byłym prezesem nowojorskiego Banku Rezerwy Federalnej (obecnie Sekretarzem Skarbu) Timothym Geith­nerem, posiadający wyłącznie doświadczenie biurokratyczne i akademickie – nadal kierują polityką gospodarczą. Urzędnicy państwowi i szefowie instytucji finansowych, którzy doprowadzili do kryzysu, nie są skłonni do zadawania trudnych pytań dotyczących przyczyn porażki, a tym bardziej do zmiany istniejącej sytuacji.

Nadszedł czas, aby pożegnać zwolenników Keynesa i przyjąć zupełnie inne wzorce. Celem polityki gospodarczej powinno być wspieranie osób fizycznych i firm, aby zachowały skłonność do podejmowania ryzyka i przedsiębiorczość przez długi czas. Nie jest trudno określić niezbędne działania i kolejność ich wykonania.

Utrzymanie zaufania do pieniądza i systemu płatniczego jest najistotniejsze: jeżeli ryzyko sys­temowe jest najważniejszym czynnikiem wpływającym na skład portfela, inwestorzy nie podejmą ryzyka związanego z innowacjami. Zaufanie Rezerwy Federalnej do wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych doprowadziło do błędów w polityce pieniężnej. Niektórzy keynesiści chcieliby je teraz powtórzyć. Istnieje lepszy sposób stabilizacji waluty za pomocą polityki pieniężnej. W opublikowanym niedawno eseju przekonywaliśmy, że globalna stabilizacja kursów walut, której początkiem byłoby przyjęcie stałego parytetu dolara amerykańskiego do wymienialnego chińskiego juana, mogłaby dostarczyć nowego miernika stabilności monetarnej.

Rządy państw G20 niewłaściwie wykorzystują politykę podatkową w charakterze instrumentu do zarządzania zagregowanym popytem, oscylując pomiędzy „stymulowaniem” a „zaciskaniem pasa.” Obserwowaliśmy już na przypadku Europy Zachodniej, że przesunięcie długów z bilansów podmiotów prywatnych do publicznych jedynie zaraża finanse publiczne ryzykiem systemowym i ostatecznie prowadzi do tego, że na rynku długu pieniędzy nie mogą pozyskiwać ani rządy ani podmioty prywatne..

Nie jest to wybór pomiędzy stymulowaniem gospodarki wydatkami publicznymi a zaciskaniem pasa, lecz pomiędzy stagna­cją a innowacją. Polityka państwa musi wspierać tworzenie niezależnych źródeł inwestycyjnego. W latach 1790-tych, 1930-tych i 1980-tych rosnące zadłużenie państwa pomogło osiągnąć ten cel, ale bardzo trudno argumentować, że dzieje się to  także w roku 2010. Obecnie najlepiej na podejmowanie ryzyka wpłynie polityka fiskalna. Rządy powinny obniżyć podatki od dochodów kapitałowych i znieść całkowicie podatki od zysków kapitałowych.

Ograniczenie wydatków musi zająć drugie miejsce na liście, po tym jak obniżki podatków wygenerują więcej kapitału na finansowanie nowych pomysłów i powiększą zatrudnienie. Gdyby wydatki zostały ograniczone w pierwszym rzędzie, zatrudnienia zanotuje ostry spadek, bez dodatkowych korzyści ze zwiększonego wykorzystania kapitału inwestycyjnego.

Najgorzej stałoby się, gdyby rząd fed­eralny przypisał sobie rolę prywatnych instytucji powstałych powoli wysiłkiem dziesiątków tysięcy utalentowanych osób. Aby przywrócić warunki do osiągnięcia długotrwałego dobrobytu potrzeba inwestycji, które tworzą aktywa, co z kolei pomaga tworzyć kapitał zalążkowy dla nowych przedsiębiorców, i tak gospodarka wchodzi na „spiralę sukcesu”. Jeśli miejsca pracy tworzy państwo to w najlepszym przypadku na pewien czas daje ludziom dochód, nie pozwalając kapitałowi tworzyć aktywów.

Ponadto reforma polityki imigracyjnej powinna ułatwiać przypływ wykwalifikowanych i przedsiębiorczych imigrantów. Bez przyciągnięcia talentu, który przez długi czas miał tak istotny wpływ na dobrobyt kraju, Ameryka nie jest w stanie odzyskać dawnej świetności.

Stany Zjednoczone stoją przed bardzo ważnym wyborem. Gospodarka nie zareagowała na cudowny, keynesowski lek zaaplikowany przez obecną admin­istrację. Waszyngton może teraz wejść na „spiralę sukcesu” i odpowiednio dostosować podatki, regulacje i działanie rynków kapitałowych, albo pogrążyć w stagnacji się na dziesięciolecia.

Reuven Brenner jest profesorem McGill University a David P. Goldman był głównym ekonomistą Bank of America odpowiedzialnym za rynek długu.

Artykuł po raz pierwszy ukazał się w First Things.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test