Lampa naftowa w portfolio nie wystarczy za przepustkę do przyszłości

02.03.2017
Sensacja, lecz jednocześnie zawód – Adidas otwiera kolejną fabrykę nie w Azji, ale w Niemczech. Miejsc pracy nad Renem przybędzie jednak tyle, co kot napłakał, bo buty wychodziły będą nie spod igły, ale z drukarek.

W niemieckiej speedfactory adidasy powstawać będą w drukarkach 3D (fot. Adidas Group)


Za wcześnie na prorokowanie początków końca „globalnej fabryki” w Chinach i w ogóle w Azji, ale coś zaczyna być na rzeczy. Ulokowanie nowej wytwórni Adidasa w Ansbach dziwić może tym bardziej, że miasteczko jest bawarskie, a jeśli wyłączyć miasto-kraj Hamburg, to Bawaria jest zdecydowanie najbogatszym krajem związkowym Niemiec, z najwyższymi tam zarobkami na jednego mieszkańca.

Fabryka będzie miała w nazwie „szybkość”(Speedfactory) i ruszyć ma już w następnym roku. Taka sama powstaje w okolicach Atlanty w Stanach Zjednoczonych, gdzie w sprawie przenoszenia miejsc pracy za Rio Grande i za Pacyfik jest wręcz wrzawa. Adidasy powstawać będą w drukarkach 3D, a docelowa moc wytwórcza jednej fabryki wyniesie pół miliona par na rok. To mało jak na giganta wytwarzającego takich par ok. 300 mln rocznie. Przełom technologiczny będzie wielki, lecz o ilościowym nie ma mowy.

Motyw sięgnięcia przez szewców po high tech jest dwojaki, lecz koszty pracy (choć istotne) są na drugim miejscu. To prawda, że wzrost zarobków w Azji, rosnąca zamożność i nowe spojrzenie na sens życia zaczynają źle odbijać się na rachunkach zysków i strat zachodnich właścicieli azjatyckich fabryk. Faktem jest także pojawiający się tam deficyt ludzi na tyle zdolnych, żeby poradzić sobie z coraz bardziej wyrafinowanym produktem, a jednocześnie wytrzymujących bezustanność takich samych ruchów i czynności. Duża azjatycka fabryka „adidasów” zatrudnia ciągle w granicach tysiąca ludzi.

W jednej speedfactory pracowało będzie natomiast ok. 160 osób niezbędnych do ostatecznego modelowania pantofli sportowych, w czym maszyny nie są jeszcze tak dobre jak ręce i oczy kierowane rozumem. Podstawowym celem sięgnięcia po „wytwarzanie po plasterku”, czyli w oryginale – „additive manufacturing” (nazwa jest celniejsza po angielsku, bo additive to dodawalny, ale także domieszka lub dodatek) jest jednak szybsze reagowanie na zmiany na rynku wynikające z konkurencji kształtującej kaprysy klientów.

Obecnie wdrożenie masowej produkcji nowego modelu butów sportowych zajmuje „od pomysłu do przemysłu” prawie rok, a czasem i 18 miesięcy. Z zastosowaniem drukarek 3D nowe hity trafią na półki po dwóch, góra trzech miesiącach, więc tłusta śmietana z grubych marży od supernowości popłynie do akcjonariuszy Adidasa znacznie szerszym strumieniem.

Zgodnie z założeniami speedfactories w Niemczech i USA mają jedynie uzupełniać centrum wytwórcze w Azji, gdyby jednak technologia okazała się OK lub jeszcze bardziej, to za jakiś czas koncept ten może przecież się zmienic. Ile wtedy zniknie miejsc pracy?

Chińczycy szklą na miejscu w Stanach

Warto też przetrzeć co jakiś czas oczy i spojrzeć uważniejszym okiem na Chiny. Pan Cao Dewang – za przewodniczącego Mao uliczny sprzedawca papierosów, a obecnie największy chiński fabrykant szkła samochodowego i z tej racji miliarder – narzeka (podobnie jak narzekają nad Wisłą) na nadmierne regulacje i przyciężkie podatki. Takie są wprawdzie od zawsze, ale dziś rząd w Pekinie uparł się egzekwować pilniej to, co napisane w prawie. Tuż przed końcem minionego roku pan Cao wyszedł więc był co nieco z siebie i ponarzekał na swą dolę publicznie, twierdząc, że robienie interesów w Chinach staje się kosztowniejsze niż w Stanach.

W wywiadzie dla China Business Network Cao Dewang powiedział, że ciężar podatkowy w przemyśle jest w Chinach o 35 proc. większy niż w USA. Dzięki taniej ziemi, rozsądnym cenom energii i różnym innym bodźcom (ulgi dla inwestorów) mimo wyższych kosztów produkcji bardziej opłaca mu się wytapiać szkło i giąć je w szyby w Stanach, niż przywozić gotowe okna z Chin, ponieważ rosną tam koszty pracy i transportu. W porównaniu z tym, co było cztery lata temu, robocizna podrożała aż trzykrotnie. Koszty przewozu w Stanach wynoszą w przeliczeniu mniej niż jeden juan za kilometr, więcej niż opłata drogowa w Chinach. Z tych powodów niektóre średnie i małe chińskie firmy w poszukiwaniu tańszej siły roboczej i materiałów zaczynają przenosić się do Wietnamu, Kambodży i innych krajów Azji Południowo-Wschodniej.

On sam też nie poprzestał na słowach. Należąca do niego grupa przemysłowa Fuyao Glass to jeden z dwóch największych wytwórców okien samochodowych na świecie z przychodem w 2015 r. w wysokości 13,6 mld juanów (ok. 2,2 mld dol.) i zyskiem netto 2,6 mld juanów, czyli mniej więcej 400 mln dol. Koncern ten ma już w Stanach kilka fabryk, a pół roku temu otworzył z wielką pompą zakład w Moraine w Ohio, który powstał za 450 mln dolarów, stając się od razu największą hutą szkła samochodowego na świecie. W latach świetności w halach dawnej montowni General Motors zwijało się 6 tys. ludzi, teraz na tym samym miejscu pracuje ich 2 tys., lecz do końca tego roku zatrudnienie ma wzrosnąć do 2,5 tys., a potem do 3 tys. osób.

Mamy zatem dość spektakularny przypadek chińskiej firmy, która nie inwestuje w Ameryce w tamtejsze biznesy wyłącznie dlatego, że „produkują” one dużo gotówki i są przyszłościowe, ale w celach operacyjnych, tj. dla zmniejszenia kosztów produkcji i codziennej mitręgi u siebie w domu z władzą. Jednocześnie, o tempora o mores, Chińczycy bez gróźb ze strony Donalda Trumpa spieszą tworzyć w Ameryce miejsca pracy niemal tak wartościowe jak za PRL niedostępne były tzw. cenne dewizy.

Z taniej pracy tandetny zarobek

Dla zagęszczenia obu tych przyczynków połączonych słowem praca konieczny jest rys ogólny.

Na swój sposób Polska też jest krajem, gdzie produkt krajowy powstaje przede wszystkim z taniej pracy. Z tego względu udział dochodów z pracy jest w Polsce relatywnie niski. Jeden z najistotniejszych powodów to mała liczba pracowników przemysłowych z wysokimi i bardzo wysokimi płacami będącymi pochodną doskonałości i oryginalności wytwarzanych przez nich produktów.

Staliśmy się – raz drobnym, raz istotniejszym – podwykonawcą finalnych wytwórców z Niemiec i Europy. To dobrze, bo nabieramy kwalifikacji i doświadczenia, byle na tym nie poprzestać. Mówi się, że stajemy się potęgą w autobusach i pojazdach szynowych, ale silniki i skrzynie biegów do nich nie są i bardzo długo nie będą polskie. Sprzedajemy więc przede wszystkim blachę oraz jej spawanie i gięcie. Można na tym zarobić, ale nie na rarytasy i najsłodsze frukta, ale raczej na chleb i margarynę, na szczęście już bez ograniczeń.

Ten przykry wniosek nie jest gołosłowny. Przez godzinę pracy Polak tworzy ponad dwa razy mniej PKB niż statystyczny Amerykanin, a pociechę dawać może jedynie to, że wśród państw zamożnych i aspirujących jesteśmy jednak o parę dolarów na głowę lepsi od Rosjan, choć ropy mamy u siebie naparstek, a na polskie łupki trzeba będzie sposobu jeszcze sprytniejszego od stosowanych dzisiaj.

Przypadki krajów najwydajniejszych, tj. Norwegii, Luksemburga i Irlandii, są szczególne, ponieważ w Norwegii wydajność wytwarzania PKB „pompuje” ropa, w drugim kraju – usługi finansowe, a w trzecim – sztuczki korporacji globalnych osiadłych na Zielonej Wyspie z powodu nadzwyczajnych tamże korzyści podatkowych.

Polska starzeje się, ogół rodaków traktowanych statystycznie nie wyróżnia się zdolnościami technicznymi. Z takiego punktu widzenia upowszechnienie automatów nie byłoby zatem dla nas tak groźne, jak dla bardzo ludnych państw Azji, o Afryce już nie wspominając. Jest wszakże jedno potężne „ale”. Ostatnim globalnym wynalazkiem Polaka była lampa naftowa, więc innowacyjność gości u nas głównie w przemówieniach i strategiach odkładanych po prezentacji na półki w pakamerze.

Warunki brzegowe powodzenia w przyszłości

Na powszechnej i powszedniej (hipotetycznie) automatyzacji wygrają najmądrzejsi, najzdolniejsi i najzamożniejsi. Gros korzyści zgarną te państwa i korporacje, które wymyślać i projektować będą produkty do wytwarzania przez automaty, i te, które umiały będą budować coraz wszechstronniejsze, wydajniejsze i efektywniejsze linie produkcyjne zastępujące ludzi, jak również pisać oprogramowanie dla tych maszyn.

Czy mamy szanse nie spóźnić się na ten pociąg? Przede wszystkim trzeba wiedzieć, że próbne jeżdżą już od dawna, a Adidas to tylko jeden z przykładów. Ten „rozkładowy” odjedzie zapewne już niebawem i trzeba bardzo chcieć na niego zdążyć. Wszystko wskazuje, że chcemy, tyle tylko że wychodzi nam tak jak palaczom, którzy mieli rzucać nałóg od 1 stycznia, ale jest luty, a nawet marzec i znowu im nie wyszło.

Skład szykowany do podróży w niedaleką już przyszłość ma wiele wagonów, ale dla nas najważniejsze (na tę chwilę) są dwa: ten z kapitałem finansowym i drugi, w którym pojadą nauczyciele szkolni i akademiccy. Za obcy kapitał trzeba słono płacić. Własny akumuluje głównie krajowa gospodarka prywatna – tym więcej, im mniej przeszkód i kłód na jej drodze. Zdarza się, że nieźle radzą sobie firmy państwowe lub pod pełną kontrolą państwa, ale doświadczenie uczy, że ewentualne zyski z ich działalności idą z reguły na słuszne lub niesłuszne cele społeczne lub na rozwój infrastruktury technicznej państwa, co rzecz jasna szkodliwe nie jest.

W edukacji wciąż podajemy tyły, ale wszystkie szanse nam jeszcze nie uciekły. W bogatej literaturze przedmiotu piszą, że korzyści z przedłużenia nauki o jeden rok mogą przekładać się na wzrost indywidualnych zarobków godzinowych o 8 do 13 proc. Ponadto wskaźnik bezrobocia w USA spada wraz z pokonaniem każdego następnego szczebla edukacji formalnej. Zgodnie z wynikami badań nowojorskiego oddziału Fed w okresie 1982-2001 płace Amerykanów z dyplomami licencjata (bakałarza) wzrosły średnio o 31 proc., podczas gdy w tym samym czasie zarobki absolwentów szkół średnich ani drgnęły.

Prawdą jest również, że w następnych 12 latach zarobki ludzi po college’u zmniejszyły się bardziej niż w przypadku ich mniej kształconych kolegów, ale nie przeczy to indywidualnym i gospodarczym pożytkom z wykształcenia. Ze względu na przywołane przemiany i wcześniejszą rewolucję informatyczno-telekomunikacyjną kurczy się w Stanach liczba miejsc pracy dla białych kołnierzyków poniżej szczebla kierowniczego i eksperckiego. Po utracie miejsca pracy w korporacji mają za każdym kolejnym razem coraz mniejsze szanse znaleźć biurko w innej, więc zajmują w końcu etaty przydzielane jeszcze niedawno ludziom po szkole średniej. Najwięcej tracą więc słabo wykształceni. Proces ten znamy również w Polsce, np. z historii o supermarketach zatrudniających na kasach licencjatów, ale w rodzimej odmianie wiąże się to jeszcze chyba bardziej z jakością tych dyplomów i wiedzą włożoną ich posiadaczom do głów.

Do szkoły kilka razy w życiu

Zostać lekarzem, inżynierem albo księdzem to egzemplifikacja obowiązującego od dawien dawna modelu, w którym duża inwestycja w naukę poczyniona w młodości odpłaca raz mniejszymi raz większymi dochodami aż do końca życia. Dzisiaj ten model zaczyna się być może kończyć. Kursy i szkolenia w znanej sobie dziedzinie nie wystarczą do utrzymania pracy, bo dziedzina ta może po prostu zniknąć. Nowego wymiaru nabywa kształcenie ustawiczne, bo wraz z kolejnym w życiu przekwalifikowaniem przechodzić trzeba będzie naprawdę od Sasa do lasa.

Jest wiele wizji i szacunków wpływu szerokorozumianej automatyzacji na rynki pracy. Nie warto ich przytaczać, bo nie mają jeszcze solidnych podstaw w rzeczywistych procesach. Pewnik lub prawie-pewnik jest jeden – wykluczał będzie brak wiedzy i zdolności do jej poszerzania. W latach 2007-2015 liczba ofert pracy rutynowej dla osób bez kwalifikacji spadła w USA w relacji do pozostałych ofert aż o 55 proc. Pocieszeniem dla pracowników z najkrótszym dziś stażem i dla ambitnej młodzieży szkolnej mogą być oceny, że automatyzacja zmniejszy koszty, otwierając często pole dla nowych miejsc pracy, wcześniej wyrzucanych z biznesplanów, bo za drogich lub nieujmowanych w kalkulacjach, bo jeszcze niewyobrażonych.

Edukacja to w Polsce wyzwanie nie tylko najważniejsze. Co istotne, należy do tych, z którymi jesteśmy w stanie zmierzyć się pomyślnie, bo jest kosztowne, lecz w granicach możliwości i wykonalne, ponieważ mądrych głów mamy ile potrzeba, tyle że ich potencjał jest zazwyczaj uśpiony.

Pośpiech i dezynwoltura w wypisywaniu recept są jednak bardzo niewskazane, bowiem postęp w świecie dokonuje się szybko, a błędy w systemie edukacyjnym odbijają się dławiącą czkawką całymi dekadami. Kuszą rozwiązania logiczne, ale czy na pewno racjonalne i słuszne. Niemal każdy pytany o konieczne zmiany w polskiej edukacji podkreśla potrzebę rozwoju szkół zawodowych. Jednak cytowany przez „The Economist” szef Dyrektoriatu OECD ds. Edukacji Andreas Schleicher mówi: „Szkolnictwo zawodowe ma swoją rolę do wypełnienia, lecz wczesne uczenie kogoś do wykonywania jednej rzeczy przez całe życie to niedobra odpowiedź na wymagania uczenia się przez całe życie”.

W przedświcie ery automatów lepiej pomyśleć zawczasu, jak przygotować dzisiejszych maluchów do ustawicznego zdobywania nowych obszarów wiedzy, kwalifikacji i umiejętności, jak nie zamykać dróg prowadzących do szkół i uniwersytetów, jak nie skupiać się na formalnych modelach szkolnictwa, jak uczyć kojarzyć fakty i samemu rozpoznawać procesy i mechanizmy, jak mieć Polaków z matematyką, fizyką, chemią w jednym palcu, jak sprawić, że programowanie będzie dla ogółu, a tylko jego szczyty dla relatywnie nielicznych? Kolejne pytania zadajcie sobie Państwo samodzielnie.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test