Liberalizacja i rynek mogą uratować Chiny

16.06.2019
Praca Nicholasa Lardy'ego jest zimnym prysznicem dla wszystkich tych analityków, którzy przewidują w Chinach gospodarczą katastrofę.  Autor pisze, iż "Chiny mają realną szansę dogonienia państw rozwiniętych w dochodach per capita".


Gdyby szukać symbolu zmian zachodzących w ostatnich latach w chińskiej gospodarce, ten chyba byłby najlepszy. Poprzednia książka Nicholasa R. Lardy’ego, wydana w 2014 r., nosiła tytuł „Rynki ponad Mao”, pisałem o niej w OF blisko pięć lat temu. Najnowsza, wydana w styczniu tego roku, jest zatytułowana „Państwo uderza ponownie” (The State Strikes Back). Wydawało się, że w Chinach już dominuje rynek, który w 2013 r. dawał nawet 70 proc. PKB, ale pod rządami kumulującego władze w swoich rękach Xi Jinpinga interwencjonizm państwowy wraca w każdym możliwym wymiarze.

Kiedy ekipa Xi Jinpinga dochodziła do władzy na przełomie 2012/13, zwróciła uwagę tezą, zawartą w najważniejszych dokumentach partyjnych i państwowych, a forsowaną otwarcie przez otoczonego gospodarczymi liberałami premiera Li Keqianga, zgodnie z którą to „rynek ma odgrywać decydującą rolę w alokacji kapitałów”.

Państwo w ofensywie

Wydawało się, że pójdzie w kierunku dalszej liberalizacji, a poszło w kierunku dokładnie odwrotnym. Li Keqiang, jako pierwszy premier epoki reform prowadzonych od grudnia 1978 r. w istocie stracił kontrolę nad gospodarką, a przejął ją skupiający coraz więcej władzy i kontroli w swoich rękach Xi Jinping, złośliwie nazywany już „przewodniczącym od wszystkiego”.

Natomiast Xi ma zupełnie inne podejście do gospodarki niż liberalny premier. Jak mówił na ostatnim, XIX zjeździe Komunistycznej Partii Chin (KPCh) w październiku 2017 r.: „Będziemy wspierać państwowy kapitał, by stał się silniejszy, wydajniejszy i większy”. Z jego woli znowu postawiono na państwo, a nie rynek. Centralizacja i monopol władzy to synonim obecnych rządów.

Częściowo zostały one wywołane trzema krachami na chińskich giełdach w lecie 2015 r.  i w styczniu roku następnego. Chiny straciły wtedy w niespełna rok około biliona dolarów rezerw walutowych, a liczba osób poszkodowanych jest szacowana na 80-90 mln. Po raz pierwszy popełniono wyraźny błąd, zbyt szybko forsując budowę klasy średniej, a gra na giełdzie skończyła się fiaskiem – i osłabieniem społecznego zaufania do rządzącej KPCh. Ta natomiast, miast liberalizować, powróciła do dawnych odruchów: nacisków, presji, twardej ręki i interwencji w każdą dziedzinę życia.

Ten powrót klasycznego autorytaryzmu łączy się teraz w światowych mediach, a nawet literaturze fachowej z wyraźnym spowolnieniem gospodarczym, notowanym w ChRL. Bowiem w latach 2005-2008 wzrost PKB sięgał rocznie 12 proc. a w latach 2009-2016 obniżył się do 8,2 proc., a ostatnio jest zaniżony nawet do 6 – 6,5 proc.

Problemy do rozwiązania

Nicholas Lardy, drugi obok Barry Naughtona, najlepszy amerykański znawca dzisiejszej chińskiej gospodarki też tę tezę negatywnych skutków odwrotu od rynku głęboko podziela, ale jest znawcą zbyt wytrawnym, by tylko do tego się ograniczyć. Owszem, odwołuje się do niedawnej pracy George’a Magnusa, który wymienił cztery podstawowe przyczyny obecnych chińskich kłopotów gospodarczych: dług publiczny, kurs waluty, starzenie się społeczeństwa oraz pułapkę średniego dochodu, o czym na tych łamach niedawno pisałem.

Lardy jest głębszy i w swej niezwykle cennej i wnikliwej analizie opublikowanej w renomowanym Instytucie Gospodarki Międzynarodowej Petersona w Waszyngtonie podaje aż siedem przyczyn, dlaczego Chiny popadły ostatnio w gospodarcze tarapaty:
• zbyt wysoki wzrost w poprzednim okresie i przegrzanie gospodarki;
• powolne wychodzenie z kryzysu 2008 r. na światowych rynkach;
• nadmierne inwestycje w sferze deweloperskiej;
• zbyt wolne reformy i powrót państwa do gospodarki;
• rosnące obciążenia związane z narastającym długiem publicznym (który sięgnął 234 proc. PKB w 2016 r., a dziś jest jeszcze wyższy);
• koniec dywidendy demograficznej i starzenie się społeczeństwa;
• powrót do uśrednienia, m.in. w związku z tym, że dochody na głowę mieszkańca lokują Chiny na pozycji 74. w świecie. Trzeba więc najbiedniejszych wspierać, a najbogatszych sekować lub ignorować.

Opierając się na chińskich i międzynarodowych opracowaniach (MFW, Bank Światowy), Autor traktuje trzy pierwsze przyczyny jako przejściowe, które albo nie zależą wyłącznie do Chin, albo stosunkowo łatwo im zaradzić, zmieniając priorytety polityki gospodarczej. Uczyniono to już na ostatniej sesji OZPL, chińskiego parlamentu w stosunku do deweloperów.

Z kolei przyczyny trzecia i czwarta są niczym innym, jak efektem zmienionej polityki wewnętrznej i centralizacji w gospodarce. Rozwiązaniem jest tu,  reforma polityki gospodarczej państwa.

Natomiast dwie ostatnie przyczyny są strukturalne – niełatwo będzie im zaradzić. Demografia zaczęła grać na niekorzyść, a dalsze wyciąganie Chin z relatywnej biedy, a zarazem pokonywanie tzw. pułapki średniego dochodu nie będzie wcale łatwe i powiedzie się tylko pod warunkiem dalszej konsekwencji w prowadzeniu prorynkowych, a nie etatystycznych reform.

W przeciwieństwie do kasandrycznych przepowiedni, głównie na Zachodzie, podejście Lardy’ego jest zupełnie inne i w gruncie rzeczy optymistyczne. Nie wchodzi on w szeregi chóru wieszczącego Państwu Środka katastrofę. Wręcz przeciwnie, pisze, iż „Chiny mają realną szansę dogonienia państw rozwiniętych w dochodach per capita”.

Jako dowód wskazuje, że dochody na głowę mieszkańca w Chinach w połowie bieżącej dekady kształtowały się na poziomie jednej czwartej dochodów mieszkańca USA. Taki  mniej więcej poziom miały: Singapur w 1967 r., Tajwan w 1975 r. i Korea Południowa w 1977 roku. We wszystkich tych trzech przypadkach, a wcześniej w Japonii, pozwoliło to im notować wysoki wzrost przez jeszcze dwie dekady. Albowiem niewykorzystane rezerwy i zasoby są jeszcze naprawdę duże.

Kasandra nie zawsze ma rację

Doświadczenia azjatyckich „gospodarczych tygrysów” pokazują, iż po przejściu tego progu były one w stanie nie tylko dalej zagwarantować sobie wysoki wzrost gospodarczy w dwóch następnych dekadach (Korea: 7,7 proc. w okresie 1977-97, Tajwan: 8,4 proc. w okresie 1975-95, a Singapur: 8,7 proc. w latach 1967-87), ale też, co nie mniej ważne, skutecznie pokonać pułapkę średniego dochodu.

Lardy ma świadomość, że Chiny popadły w tarapaty także na scenie międzynarodowej, ale ich nie eksponuje. Wojną handlową z USA w ogóle się nie zajmuje, a kontrowersje wokół forsowanego przez Pekin programu „Made in China 2025” też przeoczył, co jest niewątpliwym mankamentem tej bardzo rzeczowej i znakomicie osadzonej na bogatej literaturze analizy.

Główne przesłanie książki jest jednak dość jasne: Chiny w minionych czterech dekadach odnotowały niebywałe sukcesy gospodarcze, unikatowe w skali globalnej i historii powszechnej. Nie były on dziełem przypadku, lecz konsekwentnie wprowadzanej w życie strategii oraz ciężkiej pracy. Teraz, za administracji Xi Jinpinga, władze narobiły sobie kłopotów na scenie wewnętrznej i zewnętrznej, a krachy na giełdach sprawiły, że wzrósł poziom społecznego niezadowolenia.

Chiny winny uporządkować scenę wewnętrzną, a mają do pokonania próg najtrudniejszy z możliwych: od ilości do jakości. Nie poradzą też sobie, co tak wnikliwie i przekonująco wyjaśnia Lardy, z pułapką średniego dochodu, jeśli nadal będą forsowały wsparcie dla wielkich przedsiębiorstw państwowych i nie położą tamy nadmiernym ambicjom deweloperskim i inwestycyjnym, jakże często przynoszącym przedsięwzięcia chybione i straty.

Tegoroczna sesja OZPL dowodzi, że odpowiednie kroki w tym kierunku zostały już poczynione: liberalizacja, przynajmniej ta gospodarcza, wraca. Czas pokaże, czy będziemy mieli do czynienia z szybką adaptacją i dostosowaniem się do nowych wymogów i okoliczności. A dosłownie nikt nie ma wątpliwości co do tego, że takie się w  Chinach i wokół nich ostatnio pojawiły.

Chiny na poważnym zakręcie

Cenna praca Nicholasa Lardy’ego jest potrzebnym zimnym prysznicem dla wszystkich tych analityków i mediów, wieszczących Chinom gospodarczą katastrofę. Dowodzi, że obniżenie wzrostu to nie tylko skutek napotkanych trudności, zbyt wysoka alokacja środków wspierających państwowe i często niedochodowe mastodonty (straty przez nie spowodowane sięgały 2,3 proc. PKB w 2016 r. ), czy radosna twórczość deweloperów. To przede wszystkim skutek dokonywanych, strukturalnych zmian, w tym budowy klasy średniej oraz oparcia dalszego rozwoju nie tyle na eksporcie, jak było dotąd, ale na kwitnącym rynku wewnętrznym oraz silnej klasie średniej.

W istocie rzeczy Autor ma trzy podstawowe przesłania i wnioski:
• Chiny muszą wrócić do liberalizacji i otwartych rynków (co już się poniekąd dzieje, patrząc na ostatnie obrady OZPL);
• wielkie subsydia dla państwowych przedsiębiorstw (aż 1,8 biliona juanów, czyli 3 proc. PKB w 2015 r.) i dalsze ich wspieranie jest bezsensowne i skazane na niepowodzenie, czemu Autor poświęca w tej pracy bodaj najwięcej uwagi, ale czego jednak obecne władze w Pekinie na razie nie uwzględniają, choć o problemie doskonale wiedzą;
• Chiny wcale nie są skazane na klęskę gospodarczą, jak wieszczą niektórzy na Zachodzie, a ich spowolnienie wzrostu wynika bardziej ze zmieniającego się modelu rozwojowego i innych priorytetów, jak budowa klasy średniej, odbudowa siatki świadczeń socjalnych, czy nacisk na najnowsze technologie, aniżeli strukturalnych trudności.

Jeśli więc Chiny umiejętnie podejdą do wymienionych przez Autora siedmiu kwestii, stawiając na odejście od etatyzacji i promowania wielkich przedsiębiorstw państwowych, a przy tym jeszcze bardziej się zliberalizują i otworzą na obce rynki, co właśnie zaczyna się dziać, to ich przyszłość wcale nie rysuje się tak ciemno, jak to malują niektórzy. Podstawowy problem tkwi jednak w przyjętej przez obecną ekipę w Pekinie wizji centralizacji, silnej władzy i silnej kontroli wszystkiego. Nicholas Lardy otwarcie powątpiewa, czy to właściwa droga. Nie on jeden.

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test