Mamy czas na normalizację polityki pieniężnej

30.10.2017
Dziś narzędzia banku centralnego Czech są dość ograniczone, ale wierzę, że następny kryzys nie wydarzy się jutro, będzie czas na podniesienie stóp procentowych i tych narzędzi przybędzie – mówi Zdeněk Tůma, były prezes Narodowego Banku Czech.

(Fot. Marek Pielach)


ObserwatorFinansowy.pl: Cykl zacieśniania polityki pieniężnej w USA rozpoczął się dużo wcześniej niż w innych rozwiniętych gospodarkach. Kiedy stopy procentowe zaczną podnosić także kraje Europy Środkowej i Wschodniej?

Zdeněk Tůma: To dobre, ale trudne pytanie. Dziś jest oczywiste, że wiele krajów wraca do przyzwoitego wzrostu gospodarczego, bezrobocie jest stosunkowo niskie nie tylko w krajach Europy Zachodniej, ale i w naszym regionie. Naturalne jest więc pytanie o czas osiągnięcia normalnego poziomu stóp procentowych i o tempo tego zacieśniania. Narodowy Bank Czech już rozpoczął ten proces, podnosząc stopy o 25 punktów bazowych, a rynki spodziewają się jeszcze jednej podwyżki do końca roku.

To początek cyklu podwyżek w Czechach?

Na to wygląda. Ostatnio członek zarządu czeskiego banku centralnego udzielił wywiadu, z którego wynika, że chciałby szybkiego podnoszenia stóp po wielu latach, gdy stopy były nisko nie tylko w Czechach, ale i w strefie euro. Zgadzam się, że ta sytuacja była daleka od równowagi. Nie chcę mówić, że np. na rynku nieruchomości mamy bańkę, ale niewątpliwie obserwowaliśmy relatywnie duży wzrost cen.

Oczywiście mamy w Czechach niezależną politykę monetarną i nie musimy patrzeć na decyzje Europejskiego Banku Centralnego, ale z drugiej strony nasze powiązania gospodarcze są na tyle silne, że nie możemy całkowicie ich ignorować. Niewątpliwie to jest wyzwanie nie tylko dla Czech, ale i dla większości krajów naszego regionu: znaleźć odpowiednie tempo podnoszenia stóp.

Co się stanie, jeśli wzrosną za szybko?

W Czechach nie możemy być dużo szybsi niż Europejski Bank Centralny. Jeśli będziemy, może to oznaczać zbyt szybką aprecjację korony i zacieśnienie warunków monetarnych, które może być szkodliwe dla gospodarki.

Może powolnemu zaostrzaniu polityki monetarnej w krajach naszego regionu powinna towarzyszyć łagodniejsza polityka fiskalna?

Nie widzę takiej potrzeby, przynajmniej w Czechach. Nasza gospodarka znajduje się w fazie boomu, prawdopodobnie powyżej swojego potencjału, a w takich warunkach nie ma sensu luzować polityki fiskalnej. To jest raczej czas, w którym powinniśmy dążyć do zbilansowanego budżetu, a nawet antycyklicznej nadwyżki. Zatem polityka zarówno monetarna, jak i fiskalna powinny być teraz zaostrzane.

Kolejnym wyzwaniem, o którym mówi się w naszym regionie, jest „pułapka średniego dochodu”. Czy pańskim zdaniem ona istnieje, a jeśli tak czy Czechy już z niej wyszły?

Na pewno nie wyszły. Wciąż tkwimy na poziomie około 60 proc. potencjału gospodarki niemieckiej. I widzimy, że nie jesteśmy jedyni. W takiej sytuacji były Hiszpania i Portugalia, więc niewątpliwie jest tak, że łatwa konwergencja następuje tylko do jakiegoś poziomu, a potem na ogół się zatrzymuje. Myślę, że potrzebujmy nowego modelu wzrostu gospodarczego.

Moje wyjaśnienie jest takie, że w ostatnich latach, gdy czeska gospodarka rosła bardzo szybko, nawet po 5-6 proc. rocznie, było to wynikiem wzrostu produktywności przez napływ zagranicznego kapitału i know-how. I wydaje mi się, że to źródło wzrostu produktywności się wyczerpało, więc musimy przełączyć się na wzrost innego rodzaju, oparty już na innowacjach.

Jak to osiągnąć?

O tym problemie politycy mówią od lat, ale na razie nie widać przełomu. Mamy problem z dopasowaniem siły roboczej, z infrastrukturą, z e-państwem. Do tego widać, że spowolnił napływ kapitału zagranicznego. Wydaje mi się, że na to wszystko nie ma prostych recept i wzrost w przyszłości w Czechach będzie niższy niż dotychczas, pewnie poniżej 4 proc., a nie powyżej 5 proc. jak w minionych latach.

Czy będziemy mieli problem z kosztami pracy? Wynagrodzenia na przykład na Węgrzech rosną w dwucyfrowym tempie, a na razie presji płacowej nie widać. Jak to można wytłumaczyć?

Nie znam sytuacji na Węgrzech, więc trudno mi to komentować. W Czechach pewną presję płacową widać, ale od niedawna. Pamiętajmy, że mieliśmy w 2008 roku do czynienia z prawdziwym kryzysem gospodarczym. Po takim kryzysie nawet jeśli następują jakieś podwyżki płac, to są one ze strony pracodawców bardzo ostrożne. Presja płacowa w Czechach wynika zaś z tego, że solidne tempo wzrostu gospodarczego zaczęło się u nas w 2013-2014 roku, a w tym roku notujemy najniższą stopę bezrobocia w historii i brak rąk do pracy, na co odpowiedzią są właśnie podwyżki płac.

Zastanawiam się, czy przy kolejnej światowej recesji czeskiemu bankowi centralnemu wystarczy instrumentów i czy poza ponownym powiązaniem kursu korony z euro trzeba będzie dalej idących działań, np. luzowania ilościowego?

Argument przeciwko luzowaniu ilościowemu w Czechach był taki, że nie mieliśmy problemów z płynnością. I tak jak w strefie euro tego rodzaju politykę prowadzono, by wprowadzić płynność do systemu, to u nas mogłoby mieć to skutki odwrotne. Dlatego właśnie w tych kryzysowych latach czeski bank centralny nie zdecydował się na luzowanie ilościowe. Także z powodu szacunku do otwartego charakteru naszej gospodarki była to prawdopodobnie prawidłowa decyzja.

Jeśli będzie następny kryzys, to prawdopodobnie nie wydarzy się jutro, więc wierzę, że będzie czas na znormalizowanie polityki monetarnej, podniesienie stóp procentowych, tak aby uzyskać przestrzeń do ich obniżek, gdy będzie to konieczne. Teraz faktycznie narzędzia banku centralnego są dość ograniczone, ale powtarzam: bazowy scenariusz zakłada, że będzie czas na normalizację polityki monetarnej i tych narzędzi przybędzie.

Rozmawiał Marek Pielach

Zdeněk Tůma – partner w KPMG w Pradze, były prezes Narodowego Banku Czech (2000-2010), a przedtem jego wiceprezes (1999-2000). Przed pracą w CNB pracował w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju.

Zdeněk Tůma był panelistą podczas siódmej dorocznej konferencji NBP z cyklu Future of the European Economy.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test