Gdy wzrost gospodarki słabnie inflacja mniej straszy

25.08.2011
Inflacja powinna szybko spadać do celu NBP, a presja inflacyjna będzie coraz mniejsza ze względu na spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego. To sprawia, że dziś zapał do podnoszenia stóp procentowych jest znacznie niższy, niż w pierwszej połowie roku – mówi w rozmowie z Obserwatorem Finansowym Marek Belka, prezes Narodowego Banku Polskiego.

Prezes NBP Marek Belka (J. Deluga-Góra)


Obserwator Finansowy: Czy szczyt inflacji mamy już za sobą?

Marek Belka: Ekspercka prognoza NBP mówi, że w sierpniu inflacja może być nieco wyższa, niż w lipcu, ale później z różnych powodów, także statystycznych, inflacja będzie schodzić dosyć szybko do celu, czyli do 2,5 proc. Myślę, że w celu powinnyśmy być już za rok. Obawy o wzrost gospodarczy powodują, że presja na wzrost cen surowców trochę zelżała. W Polsce ryzyko wystąpienia efektów drugiej rundy też jest chyba mniejsze, bo dziś bardziej prawdopodobny niż kilka miesięcy temu jest scenariusz spowolnienia gospodarczego.

Taki scenariusz to argument dla przeciwników restrykcyjnej polityki pieniężnej. Czy to oznacza, że nie ma już potrzeby podwyżek stóp?

Widzimy, że inflacja nieco odpuszcza, a gospodarka zwalnia. Myślę, że za wcześnie jest by ogłosić jakąś zasadniczą zmianę w nastawieniu polityki pieniężnej, ale osobiście uważam, że dzisiaj zapał do podnoszenia stóp procentowych jest znacznie niższy, niż w pierwszej połowie roku.

Kiedy początek cyklu obniżek?

Na takie dywagacje jest stanowczo zbyt wcześnie. Być może spowolnienie wcale nie będzie głębokie, a presja inflacyjna powróci. Jednak sam fakt, że na rynku pojawiają się dzisiaj spekulacje o możliwości rozpoczęcia obniżek stóp procentowych mówi coś o atmosferze, która na nim panuje. Rada przecież to też obserwuje, natomiast oczywiście kształtuje swój pogląd samodzielnie.

Czy dla poziomu inflacji zagrożeniem jest osłabienie kursu złotego i duża jego zmienność jaka jest w tej chwili?

To zależy, czy to osłabienie będzie trwałe, czy też jest to zjawisko przejściowe. Rzeczywiście, złoty osłabił się wobec euro o około 5 proc. w ostatnim czasie. Ale sądzę, że stopniowo będzie ten proces odwrócony. Jeżeli to nastąpi, to właściwie żadnego wpływu na inflację nie będzie. Z tego punktu widzenia ważny jest też kurs dolara, w którym wyrażone są ceny surowców – a ten istotnie się nie zmienił. Na razie więc nie ma powodów do niepokoju.

Jakie powinno być tzw. nieformalne nastawienie w polityce pieniężnej?

Zamiast o nastawieniu wolałbym mówić o bilansie ryzyk. Z pewnością oznaki zdecydowanego spowolnienia gospodarczego ten bilans ryzyk inflacyjnych zmieniają. On się zmienia na korzyść niższej inflacji, czy niższej presji inflacyjnej.

Co do samej skali spowolnienia – jaki może być wzrost gospodarczy w przyszłym roku? Rząd na razie oficjalnie utrzymuje swoja prognozę 4 proc.

Instytut Ekonomiczny NBP w lipcowej projekcji przedstawił ścieżkę PKB, z której wynika, że w przyszłym roku będziemy mieli 3,2-proc. wzrost. Wtedy wszyscy mówili, że to jest zbyt pesymistyczne, nierealistyczne. Sam spoglądałem na tę prognozę z pewną rezerwą. Dzisiaj konsensus rynkowy jest bliski tej wielkości. Trzeba jednak podkreślić, że wzrost PKB o 3,2 proc. to nie jest jakieś dramatycznie silnie spowolnienie i nie obawiałbym się jakiejś katastrofy z tym związanej.

Czy to co się dzieje w strefie euro jest jakimś zagrożeniem dla Polski?

Oczywiście, że jest, i to z wielu względów. Jeżeli słabnie wzrost gospodarczy u naszych partnerów handlowych – przede wszystkim w Niemczech – no to wiadomo, że ucierpi na tym nasz eksport. Zawierucha na globalnych rynkach ma zły wpływ na złotego. Jednak najpoważniejszym zagrożeniem jest możliwość kryzysu bankowego w Europie. To oznaczałoby zupełną destabilizację rynków, trudności z pozyskiwaniem finansowania. I nie myślę tutaj o finansowaniu budżetu państwa – bo ten jest akurat w sytuacji komfortowej, ale o płynnym finansowaniu na przykład portfela kredytowego denominowanego w walutach obcych.

A zmiany własnościowe w polskim sektorze bankowym – czy to jest jakiś element ryzyka?

Zmiany właścicieli zawsze niosą ze sobą ryzyko. Na szczęście polskie banki są w tak dobrej sytuacji, że ustawia się do nich kolejka dobrych inwestorów. Tak jak to się stało z BZ WBK, przejętym przecież przez jeden z najznakomitszych banków świata, Santander. Jednak sama niepewność, związana z wystawieniem niektórych naszych banków na sprzedaż jest rzeczą negatywną. Ja mam tylko nadzieję, że władze państwowe – w tym nadzór bankowy – będą w tym procesie aktywne i będą w nim uczestniczyć dla dobra systemu finansowego. Jeżeli jakiś bank musi zmienić właściciela, to niech przejdzie on w ręce stabilnego i dobrego inwestora. Niestety dzisiaj tych inwestorów jest coraz mniej. Bardzo często potencjalna spółka-matka z zagranicy nie jest źródłem stabilności i siły. Raczej odwrotnie. Kiedyś za granicą mogliśmy się wiele nauczyć jeżeli chodzi o zarządzanie bankami, dzisiaj już mniej. Kiedyś banki zagraniczne były stabilniejsze niż nasze, a dzisiaj już tak nie jest. Trzeba mieć nadzieję, że te procesy zmian własnościowych nie będą destabilizować naszego systemu finansowego. Jak dotąd nie destabilizowały.

Wracając do problemów strefy euro – czy jest szansa na emisję euroobligacji? Na razie Niemcy są temu przeciwne.

Widzę ewolucję poglądów w tej sprawie. Jeszcze rok temu sama myśl o emisji euroobligacji gwarantowanych przez kraje strefy euro była kategorycznie przez Niemców odrzucana. Dzisiaj ten sprzeciw jest już mniej kategoryczny. Niemcy nadal boją się, że zostanie rozmyta ich wysoka wiarygodność kredytowa, a inne kraje z gorszą oceną będą mogły „jechać na gapę” dzięki tej niemieckiej wiarygodności. Ale może jest to kwestia taktyki negocjacyjnej, bo Niemcy mówią dziś tak: żeby doszło do emisji euroobligacji trzeba najpierw zdyscyplinować politykę gospodarczą strefy euro.

Według mnie nie można wykluczyć, że do emisji dojdzie. Ważna przy tym jest także konstrukcja euroobligacji. Można np. dać możliwość tańszego finansowania tylko części potrzeb pożyczkowych krajów wysoko zadłużonych. Po przekroczeniu tego poziomu koszt pożyczki rósłby. Konstrukcja taka mogłaby być silnym bodźcem ograniczania deficytu i długu publicznego.

Czy emisja euroobligacji na dużą skalę może być dla Polski niekorzystna?

Wszyscy się boją, że będziemy mieli z tego powodu trudności ze sfinansowaniem naszych potrzeb pożyczkowych. Ja szczerze mówiąc, nie widzę tu problemu. Jeżeli kraje Europejskiej Unii Walutowej przyjmą jednocześnie rozwiązania, które osłabią napięcia na rynku finansowym, będzie to dla nas korzyść. Polska nie ma problemu ze sfinansowaniem swojego długu, dług publiczny jest relatywnie niski, deficyt budżetowy – przynajmniej w tym roku, oby także w przyszłym – obniża się. Obawy są więc przesadzone.

Wśród środków zaradczych mówi się też o potrzebie zwiększenia Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej do 1 biliona euro. To wystarczy?

Nie ma takich pieniędzy, które by wystarczyły dla rozwiązania problemów Włoch, czy Hiszpanii, gdyby refinansować na dłużej cały dług jak w przypadku Grecji. Gdyby kraje te wpadły w większe tarapaty nie wystarczy 1, czy 2 biliony euro. Im większy będzie jednak ten fundusz tym mniejsze ryzyko, że będzie on użyty a pieniądze stracone.

Wierzy pan, że Unia Europejska poradzi sobie z kryzysem zadłużeniowym?

Trzymajmy kciuki. Trudno sobie wyobrazić, żeby mogło być inaczej.

Wśród pomysłów na walkę z kryzysem wraca idea podatku od transakcji bankowych. To dobry pomysł?

Politycznie jest on bardzo nośny, bo politycy mogą wreszcie powiedzieć, że obłoży się tych „przebiegłych” bankierów podatkiem i obciąży ich kosztami kryzysu, który przecież właśnie banki spowodowały. Wprowadzenie podatku bankowego będzie jednak trudne technicznie. Zaraz też będą pytania – jakie transakcje, jak mocno opodatkować. Poza tym jak podatek wprowadzi sama Europa, to transakcje bankowe przejdą poza Europę.

A z naszego, polskiego punktu widzenia miałoby to sens?

Po co? Polska nie ma dużego systemu finansowego. Nie mamy do czynienia z nadmiarem transakcji bankowych. Podatek od transakcji finansowych wprowadza się po to, by ograniczyć skalę działalności finansowej. Nawet niewysoki podatek od pewnych transakcji likwiduje ich sens ekonomiczny. I oto właśnie chodzi, tych transakcji według wielu na świecie jest po prostu za dużo i nie przynoszą one żadnej wartości dodanej. Ale w Polsce nie ma tego problemu.

Na ponowne zaostrzenie kryzysu finansów w świecie zareagował EBC, FED, a politycy z opóźnieniem. Czy to znaczy, że ciężar walki z kryzysem będzie przechodzić na banki centralne?

Jak trwoga, to do Boga. Żeby odzyskać wiarygodność finansową państwo potrzebuje co najmniej dwa lata. A na sytuację trzeba reagować z dnia na dzień. Banki centralne mogą działać natychmiast, mogą skupywać obligacje, tak jak to robi EBC, mogą drukować pieniądze, jak to robi FED. Odbywa się to jednak znacznym kosztem. Dziś banki centralne w świecie nie za bardzo martwią się inflacją, bo zagrożenie nią zmalało. Tymczasem obecność banków centralnych na pierwszej linii frontu walki z kryzysem stawia pytanie o utrzymanie ich wiarygodności jako instytucji powołanej przede wszystkim do walki z inflacją.

W trakcie lipcowego wystąpienia w Sejmie przedstawił pan ideę powołania rady bezpieczeństwa makroekonomicznego. Czy powstanie takie nowe ciało?

Myślę, że tak. Rada ta miałaby się zająć tropieniem ryzyk makroekonomicznych, identyfikacją niebezpieczeństw dla stabilnego rozwoju gospodarczego. Jest coraz większe zrozumienie potrzeby takiego myślenia międzyinstytucjonalnego, gdzie bank centralny, rząd i nadzór finansowy, mogłyby wspólnie działać na rzecz identyfikacji zagrożeń.

Kto powinien szefować tej nowej instytucji?

Według mnie szef Narodowego Banku Polskiego. Po pierwsze powinniśmy tu korzystać z dobrych europejskich wzorów. W Wielkiej Brytanii szefem takiej rady jest prezes Bank of England. A po drugie bank centralny posiada odpowiednie możliwości analityczne. Podstawowym efektem działania rady powinny być raporty wczesnego ostrzegania przed zagrożeniami. NBP i tak już takie raporty przygotowuje, np. raport o stabilności systemu finansowego. Myślimy o tym aby też w cyklu półrocznym przygotowywać raport o nierównowagach makroekonomicznych. Mógłby on być podstawą do działalności przyszłej rady. Byłyby one raportami nie jednej instytucji, ale wspólne – NBP, rządu, KNF-u, może także Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.

Czy raporty o nierównowagach makroekonomicznych będą powstawały w NBP niezależnie od tego czy powstanie rada?

Przygotowujemy się do tego. Waga takich raportów byłaby jednak o wiele większa gdy będą one wspólnym dziełem kilku instytucji. Stworzenie takiego konsensusu nie pozostawałoby bez wpływu na politykę gospodarczą.

Rozmawiali Krzysztof Bień i Marek Chądzyński


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test