Marks wiecznie żywy?

10.04.2012
Karol Marx miał rację – oznajmił w sierpniu zeszłego roku wybitny ekonomista prof. Nouriel Roubini. Wkrótce po tym powoływanie się na idee myśliciela, który był ikoną komunizmu i socjalizmu przestało uchodzić za kompromitację. Marks wraca do łask?

Karol Marks (Muzeum Madame Tussauds w Berlinie/CC BY-NC-SA Sebastian Niedlich Grabthar)


Na półkach polskich księgarni w marcu pojawiła się mała czarna książeczka. Z okładki Kapitału zerka brodata twarz Karola Marksa. Nie jest to jednak TEN Kapitał, dzieło, które za czasów PRL-u zalało uniwersyteckie biblioteki, by w końcu po transformacji 1989 r. wstydliwie wycofać się do piwnic, magazynów i składów makulatury.

To tylko bardzo specyficzna interpretacja Marksowego opus magnum. Jej autorem jest Steve Shipside, amerykański dziennikarz biznesowy. Próbuje on przełożyć refleksję Marksa na realia współczesnego biznesu i przekonuje, że Kapitał może służyć jako świetny podręcznik… społecznej odpowiedzialności biznesu. W szczegóły wynurzeń Shipside wchodzić nie warto, sprowadzają się do serwowania czytelnikowi banałów w stylu: „Dbaj o pracowników!”

Warto jednak zadać sobie pytanie, dlaczego Shipside i jego wydawcy stwierdzili, że kapitaliści, a więc właściciele, menedżerowie i prezesi wielkich korporacji (bo do nich głównie ma dotrzeć ta książka) zechcą traktować poważnie rady podpierane autorytetem filozofa i ekonomisty słynącego z otwartej wobec nich niechęci? Dlaczego uznali, że będzie to zachęta, a nie antyreklama?

Doktor Zagłada przemówił

Podobne zagranie marketingowe przed wybuchem kryzysu finansowego w 2008 r. byłoby skazane na porażkę. Powoływanie się na Marksa, gdy gospodarka rośnie? Kpina. Tabuny ekonomistów, głównie z Uniwersytetu w Chicago (Alma Mater Miltona Friedmana) udowadniały, że wszystko zmierza w dobrym kierunku i że „sky is the limit.”

Po wybuchu kryzysu, euforia przerodziła się jednak w panikę. Rozpoczęło się polowanie na winnych. Co poszło nie tak? Który element systemu zawiódł? Już w 2009 r. ukazało się na ten temat kilkanaście książek. W większości z nich stawiano diagnozę: zawinił zderegulowany rynek, zawinił neoliberalizm i jego prorocy ze wspomnianym Friedmanem na czele. Te wnioski podzielały osoby znane w świecie ekonomii – m.in. nobliści Paul Krugman, Joseph Stiglitz, czy wielki wolnorynkowy reformator Jeffrey Sachs. A także biznesmeni – choćby spekulant George Soros, czy Mohamed El-Erian, zarządzający Pimco, jednego z najbardziej znanych funduszy obligacji na świecie.

Zwolennicy wolnego rynku próbowali bronić swoich racji, ale nikt nie chciał ich słuchać. Ostatecznie wytworzyła się atmosfera, w której za rzecz „w dobrym guście” zaczęło uchodzić psioczenie na kapitalizm. Do łask wrócił XX-wieczny ekonomista lord John Maynard Keynes, który choć nie był przeciwnikiem kapitalizmu, z całą pewnością był jednym z jego największych krytyków.

Na Amazon.com kilkunastokrotnie wzrósł popyt na książki Marksa. Kupowali je „zwykli ludzie”. Nikt jednak ze światowej intelektualnej elity nie ośmielał się jeszcze wypowiedzieć na głos nazwiska największego krytyka tego systemu w historii. O ile powołanie się na Keynesa świadczyło o byciu na czasie, o tyle powołanie się na Marksa mogłoby zostać uznane za kompromitację. W „mainstreamie” Marks pojawił się co prawda już w 2009 r. na okładce tygodnika Time, ale tylko jako symbol utraty zaufania do elit.

Tak było aż do sierpnia zeszłego roku.

Wtedy profesor Nouriel Roubini z Uniwersytetu Nowojorskiego powiedział w wywiadzie dla Wall Street Journal: „Marks – gdy twierdził, że kapitalizm to system dążący do autodestrukcji – miał rację.”

Roubini uchodzi za jednego z najwybitniejszych ekonomistów naszych czasów, a odkąd trafnie przewidział wybuch kryzysu 2008 r., zyskał sobie przydomek: „Doktor Zagłada.”

Na wypadek więc, gdyby świat myślał, że się przesłyszał, Doktor Zagłada już miesiąc później precyzował i rozszerzał swoją myśl w oficjalnej publikacji dla agencji Reutersa.

W efekcie intelektualna prowokacja ponownie usankcjonowała obecność Marksa w publicznym dyskursie. Roubini sprawił, że slogany z odkurzonych kopii Kapitału wykrzykiwane przez „Occupy Wall Street” uzyskały mainstreamowy imprimatur. Przestały być tylko i wyłącznie wyrazem gniewu i oburzenia, a stały się elementem racjonalnej krytyki obecnego systemu gospodarczego. Nic dziwnego, że ukryci gdzieś marksiści zaczęli znów pojawiać się w mediach.

Wiatr w żaglach poczuli też zawodowi antykapitaliści tacy, jak Naomi Klein autorka wymierzonej w korporacje książki No Logo, Micheal Moore, reżyser pamfletu Capitalism: A Love Story, czy prokomunistyczny filozof Sławoj Żiżek.

Antykapitalistyczną koniunkturę wyczuł nawet prestiżowy dziennik Financial Times i w styczniu 2012 r. uruchomił serię artykułów i publikacji wideo, którą zatytułował wymownie: Kapitalizm w kryzysie. W ramach cyklu pozwolił wypowiedzieć się liderom skrajnej lewicy – m.in. brytyjskiemu historykowi, socjaliście Robinowi Blackburnowi (byłemu redaktorowi naczelnemu londyńskiego czasopisma New Left Review), czy Jasonowi Bakerowi, który wyreżyserował podkreślający aktualność marksowskich idei film dokumentalny Marx: Reloaded. Odcinek cyklu z ich udziałem nosił prowokacyjny tytuł: Czy Marks może ocalić kapitalizm?

Kapitalizm w kryzysie

Co jednak dokładnie jest takiego w ideach Marksa, że się do nich tak chętnie ostatnio wraca? Cóż, gdy przyjrzeć się im bliżej, okazuje się, że już od dawna większość argumentów, które rozmaite środowiska wysuwają przeciwko kapitalizmowi można mniej lub bardziej wprost powiązać z argumentami samego Marksa.

Oddajmy głos profesorowi Roubiniemu:

„Karol Marks miał rację twierdząc, że globalizacja, nieskrępowany kapitalizm oraz redystrybucja zysków i dóbr z rynku pracy do posiadaczy kapitału może doprowadzić kapitalizm do samozniszczenia. Jak twierdził Marks, nieuregulowany kapitalizm może doprowadzić regularnych zamieszek w związku z nadwyżką zdolności produkcyjnych, niewystarczającą konsumpcją oraz powracającymi destrukcyjnymi kryzysami finansowymi, zasilanymi bańkami kredytowymi oraz boomami na różnego rodzaju aktywa.”

Roubini w tekście dla Reutersa wyłuszcza, jak widać, trzy najważniejsze pachnące retoryką Marksa argumenty przeciwko kapitalizmowi. Prześledźmy dokładniej te podobieństwa.

1. Kapitalizm dąży do samozniszczenia.

We współczesnej „popkulturowej” wersji tego argumentu kapitalizm zniszczy się sam najczęściej dlatego, że w wyniku niepohamowanej chciwości wykorzysta do końca nieodnawialne surowce i straci w ten sposób energię, która go napędza. Owa chciwość doprowadzi też do wyeksploatowania „matki natury” i katastrofalnych zmian klimatu.

W o wiele bardziej subtelnej teorii Marksa ludzkość przechodzi z dziejowej konieczności pewne etapy historyczne. Mieliśmy ustrój niewolniczy, mieliśmy feudalizm, mamy kapitalizm. Upadek każdego z nich powodowała walka klas – Marks pisał w Manifeście Komunistycznym, że „historia wszystkich dotychczasowych społeczeństw jest historią walk klasowych.” Klasy wyzyskiwaczy i klasy wyzyskiwanych.

Według Marksa na kapitalizmie historia świata się oczywiście nie kończy. W kapitalizmie walka klas przybiera swoją najostrzejszą formę, ma w końcu doprowadzić do rewolucji, która otworzy przed światem bramy socjalistycznego raju. Jednak zanim to nastąpi kapitalizmem wstrząsać będą coraz częstsze i coraz mocniejsze kryzysy.

Nawiasem mówiąc, to, co Marks mówi o kapitalizmie było elementem jego refleksji filozoficzno-społecznej, a nie ekonomicznej. Poglądy ekonomiczne Marksa w dużej mierze opierały się na ekonomii klasycznej, która w odświeżonej wersji, nazywanej popularnie „neoliberalizmem”, zdominowała również XX wiek. Marks w żadnym wypadku nie był więc ekonomicznym rewolucjonistą swoich czasów, forsującym kontrowersyjne tezy. Wiele poglądów na podstawowe zagadnienia dzielił z… Adamem Smithem. Dla przykładu: i Marks i Smith byli zwolennikami tzw. laborystycznej teorii wartości, zgodnie z którą (w dużym uproszczeniu) prawdziwa wartość danego dobra jest określana przez włożoną w nią pracę.

2. Nierówność w dystrybucji dochodów

„Bogaci się bogacą, a biedni biednieją” – różne wariacje tego hasła można znaleźć na transparentach okupujących Wall Street. Przekonanie, że nierówność pomiędzy zarobkami najbogatszych, a tych najbiedniejszych stale się powiększa, jest coraz silniejsze. Tę obserwacje zdają się potwierdzać niektóre badania ekonomiczne. Twierdzi się, że w USA na przykład realne zarobki klasy średniej od lat ’70 w zasadzie stoją w miejscu, podczas gdy zarobki i premier menedżerów finansowych i bankierów regularnie rosną. Stąd przeciwstawienie sobie 1 proc. najbogatszych pozostałych 99 proc. społeczeństwa.

Roubini, a także wielu innych intelektualistów (zdecydowanie zbyt wielu, by ich tutaj wymieniać) przekonuje, że właśnie ta nierównowaga prowadzi do napięć społecznych, a w efekcie  do zniszczenia kapitalizmu w jego obecnym kształcie. Ludzie nie są w stanie rzekomo zaakceptować tak dużych różnic majątkowych.

Wspólny mianownik z Marksem jest oczywisty. Według Marksa kryzysy, które w końcu mają zniszczyć kapitalizm wynikają z miotających nim sprzeczności. Najważniejsza sprzeczność występuje pomiędzy prywatną formą własności kapitału (do „burżuazji” należą materialne środki produkcji takie, jak maszyny fabryczne), a uspołecznionym sposobem tworzenia i mnożenia tego kapitału. Kolokwialnie rzecz ujmując, Marks uważa, że nieliczna klasa kapitalistów niemal całe zyski zgarnia dla siebie, a pozostała część społeczeństwa dostaje w ramach wynagrodzenia tylko tyle, ile potrzeba jej na biologiczne przetrwanie.

3. Konsumpcjonizm

Często za wadę współczesnego kapitalizmu uznaje się jednocześnie różnorodność i wielość towarów, jakie oferowane są na rynku. Czy nie lepiej, żeby zamiast wielu różnej jakości komórek, sprzedawano jedną ale najlepsza? Twierdzi się także, że – aby produkowane w nadmiarze dobra sprzedać – kapitaliści „kreują sztuczne potrzeby.” Niestety, jako że pensje są zbyt niskie, ludzi nie stać na kupno. Konsumenci muszą więc podpierać się kredytami bankowymi, na udzielaniu których zarabiają również kapitaliści. W efekcie mamy do czynienia ze zjawiskiem konsumpcjonizmu, czyli postawy życiowej polegającej na pragnieniu posiadania coraz większej ilości dóbr bez względu na koszty.

Marks twierdził zaś, że ze sprzeczności pomiędzy właścicielami kapitału, a jego wytwórcami wynika zjawisko nadprodukcji. Chciwi większych zysków kapitaliści produkują coraz więcej, jednocześnie ograniczając płacę robotników. W efekcie robotników nie stać na zakup produkowanych przez siebie towarów. Wyjściem z sytuacji staje się walka o nowe rynki zbytu. Gdy te rynki się jednak skończą, a także wyczerpią się możliwości respirowania popytu na rynkach wewnętrznych, kapitalizm upadnie.

Podobne rozumowanie, prawda?

Dlatego głośne wyartykułowanie faktu, że konsumpcjonizm to zmodulowana wersja argumentu Marksa było więc kwestią czasu.

Wolny rynek? Wolne żarty

Ale czy warto w ogóle sięgać do idei Marksa? Czy mają one jakiekolwiek umocowanie w rzeczywistości? I czy fakt, że – jak pokazaliśmy – w różnych formach żyją do dzisiaj nie jest raczej świadectwem tego, że ludzie uczą się bardzo powoli, a nie tego, że są prawdziwe?

Cóż, Marksowi można przyznać rację w jednym – opisywane przez niego zjawiska rzeczywiście w mniejszym lub większym stopniu występują. Tyle, że ich przyczyną nie jest kapitalizm, czy raczej wolny rynek (słowo „kapitalizm” w ustach Marksa było inwektywą). Ich przyczyną jest brak kapitalizmu. Z całą pewnością nawet Marks byłby zaskoczony aktualnym stopniem państwowego interwencjonizmu, ilością rynkowych regulacji i zakresem przymusu, jaki państwo narzuca swoim obywatelom.

Ekonomiści z tzw. szkoły austriackiej (wywodzi się ona od Ludwiga von MisesaFriedricha Hayeka) zwracali uwagę, że przyczyną większości problemów gospodarczych, w tym cyklicznych kryzysów, jest przede wszystkim system monetarny, oparty na pustym kreowanym z niczego papierowym pieniądzu.

– Gospodarkę opartą na tanim pieniądzu i napędzaną wydatkami państwowymi trudno nazywać wolnym rynkiem. Zamiast odgrzebywać jakiegoś rozpuszczonego Niemca, czytajmy lepiej amerykańskich myślicieli, Thomasa Jeffersona, czy Andrew Jacksona. Problemy obecnego systemu rozwiązać możemy jedynie redukując rozmiar rządu. Tylko wtedy będziemy dobrze prosperować – przekonuje Christopher Whalen, amerykański bankier, ekonomista i współtwórca Institutional Risk Analytics (instytutu zajmującego się oceną ryzyka finansowego), który zaangażował się w bezpośrednią wymianę zdań z profesorem Roubinim.

Niestety, życzenie Whalena spełnione nie zostanie. Dyskusja o Marksie trwa i – niczym walka klas – będzie się zaostrzać wraz z kryzysem zadłużenia państw. Z prostego powodu – Marks, który winę za całe zło zrzuca na wielki kapitał dla zwykłych ludzi jest o wiele bardziej akceptowalny niż wolnorynkowcy widzący zło w działaniach rządu. Rządy i ich niszczącą politykę sami sobie wprawdzie wybraliśmy, ale wyrzutów sumienia chcielibyśmy przecież uniknąć. A odwołanie się do Marksa na to właśnie pozwala.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test