Mediacje odciążają sądy i oliwią gospodarkę

27.10.2017
Jeśli chcemy sprawnych sądów, mediujmy zamiast spierać się na wokandzie. Włoskie państwo i obywatele oszczędzają dzięki temu setki milionów euro rocznie - przekonuje Leonardo D'Urso, szef rzymskiego ADR Center, firmy zajmującej się mediacjami, ekonomista i wykładowca technik mediacyjnych.  

D'Urso Leonardo (fot. archiwum)


ObserwatorFinansowy.pl: Szefuje pan firmie zajmującej się mediacjami, wykłada techniki mediacji, a czy jest pan praktykującym mediatorem? Znajduje pan na to czas?

Leonardo D’Urso: Nieustannie od niemal 20 lat. Jako ekonomista z wykształcenia zajmuję się głównie sporami w bankowości. Czas pracy dzielę między mediacje, zarządzanie centrum mediacji, które założyłem, i propagowanie za granicą tego sposobu rozwiązywania sporów.

Właśnie. Załóżmy, że mój kontrahent nie wywiązuje się ze zobowiązań, łamie zapisy umów, słowem, jest nierzetelny, a ja tracę na tym realne pieniądze. Dlaczego miałbym chcieć z nim negocjować czy też mediować? Widać przecież jak na dłoni, że nie ma dobrej woli i jedynym rozwiązaniem jest sąd.

To błędne rozumowanie. Spory w biznesie to często wynik zwykłych nieporozumień. Mogą one brać się chociażby z tego, że umowy wiążące strony sporu zdezaktualizowały się, przestały odpowiadać rozwojowi wydarzeń na rynku lub czegoś nie przewidziały. W zeszłym tygodniu nawet miałem tego typu sprawę – chodziło o spór między producentami a dystrybutorami o minimalną wielkość dostaw towaru. Producenci chcieli wysyłać więcej, dystrybutorzy twierdzili, że to zbędne. Okazało się, że kontrakty podpisali ze sobą trzy lata temu w zupełnie innych warunkach rynkowych. Wystarczyło podpisać nową zrestrukturyzowaną umowę, by sytuacja wróciła do normy, do czego też ich skłoniłem.

„Wystarczyło podpisać nową umowę” – brzmi, jakby to była bułka z masłem.

Bo w tym wypadku była. Obie strony sporu miały interes wciąż ze sobą współpracować, w końcu na tym zarabiały. Ja zaś jako mediator nie zajmuję się tym, co dokładnie było w starych umowach – tym zresztą mediator różni się od prawnika – ale tym, żeby uświadomić obu stronom, co leży w ich prawdziwym żywotnym interesie. A właściwie, żeby same do tego doszły. W mediacjach chodzi o przyszłość, a nie o przeszłość. Nie chodzi o znalezienie winnego, ale o pokonanie przeszkód.

Jak mediacje między firmami wyglądają w praktyce?

Proces nowoczesnych mediacji ma cztery etapy. Pierwszy to spotkanie poszczególnych stron z mediatorem i czas, w którym zapoznaje się on ze stanem prawnym. Drugi to spotkanie obu stron i mediatora w jednym pomieszczeniu, w czasie którego każdy może przedstawić swój punkt widzenia. Zabawa zaczyna się, gdy strony sporu udają się do osobnych pokoi, a mediator kursuje między jednym a drugim, próbując wypracować razem z nimi optymalne rozwiązania. Wówczas poznaje np. poufne informacje, którymi strony nie chcą się wzajemnie dzielić, ale dzięki którym on lepiej rozumie ich interes i może podpowiedzieć kreatywne rozwiązania. W czwartej fazie opracowywane jest finałowe porozumienie. Całość procesu mediacji trwa średnio 2-3 miesiące i obejmuje 3-4 całodniowe spotkania.

To bardzo niewiele.

Dodam jeszcze, że średnio aż 70 proc. wszystkich mediacji kończy się porozumieniem! W tym tkwi jedna z głównych przewag mediacji nad procesem sądowym – spory kończą się po trzech miesiącach zamiast po 4-5 latach procesu. To oznacza także, że ich uczestnicy ponoszą znacznie mniejsze koszty. I mowa nie tylko o kosztach finansowych, lecz także np. o kosztach związanych z reputacją. Każdy spór na wokandzie sądu może przecież stać się publiczny, może obnażyć słabości danej firmy i sprawić, że ludzie stracą do niej zaufanie. Mediacje to załatwienie sprawy za zamkniętymi drzwami i bez rozgłosu. Spójrzmy też na mediacje z punktu widzenia działania państwa – im częściej są wybierane, tym mniejsze koszty ponosi system sądownictwa i tym sprawniej działa. A gdy sądy działają sprawniej, lepiej naoliwiona jest cała gospodarka, szybciej rośnie PKB….

Rozumiem, że skoro zawodowo zajmuje się pan popularyzowaniem mediacji, to nie jest to wciąż wystarczająco popularna strategia rozwiązywania konfliktów?

Zależy gdzie. We Włoszech, skąd pochodzę i gdzie działam, w zeszłym roku odbyło się ok. 200 tys. mediacji. Moje centrum i moich stu mediatorów przeprowadziło 5 tys. z nich. Z kolei u was w Polsce w zeszłym roku odbyło może 300, może 400 mediacji. W sumie.

Skąd ta różnica?

Z prawa. We Włoszech wprowadzono kilka lat temu przepis mówiący, że w przypadku niektórych rodzajów spraw – np. w kwestii podziału aktywów, w sprawach spadkowych, przy ocenie błędów w sztuce medycznej, umowach bankowych – zanim pójdziesz do sądu, musisz spotkać się z drugą stroną na krótkie mediacje. Chodzi o jedno spotkanie, które ustawowo wyceniono na 40 euro, czyli prawie tyle co nic. Na tym spotkaniu strony sporu decydują, czy chcą załatwiać sprawę między sobą, czy jednak pozostać na drodze sądowej. Jeśli wybierają ten pierwszy wariant, mogą kontynuować mediacje, tyle że płacą już za nie po normalnych stawkach rynkowych.

Czyli samo propagowanie mediacji nie wystarczy – potrzebny jest prawny nakaz?

To jak z zapinaniem pasów. Trzeba to promować, ale promocja jest skuteczna dopiero, gdy dorzucimy przepis prawny. Włoska regulacja dotycząca mediacji jest dlatego lepsza od twardego nakazu, ponieważ nie czyni mediacji przymusowymi, a skłania strony sporu, by je w ogóle rozważyły i żeby – czasami po raz pierwszy – spotkały się oko w oko. Już samo bezpośrednie spotkanie często łagodzi spór. A jeśli ktoś chce mimo wszystko iść do sądu, droga wolna!

Czy jednak ten przepis nie jest zbędny wobec faktu, że polubowne rozwiązanie sprawy jest i tak pierwszą rzeczą, którą proponują prawnicy swoim klientom?

Nie. Prawnicy nie podpowiadają mediacji swoim klientom. Po pierwsze dlatego, że na kierunkach prawniczych się o nich nie uczy, więc sami o nich niewiele wiedzą, a po drugie dlatego, że to jest po prostu dla prawników mniej opłacalne finansowo. Nie mogą „doić” klienta przez lata. Dla włoskiego sądownictwa ten przepis to jednak piękna rzecz – odkąd działa, nasze sądy są coraz sprawniejsze, a rynek mediacji kwitnie. Mamy już 23 tys. akredytowanych przez ministerstwo sprawiedliwości mediatorów i 650 centrów mediacyjnych.

To dobry biznes?

Jak powiedziałem, prawnicy zarabiają znacznie więcej. Mediatorzy po prostu lubią to, co robią, ale kokosów z tego nie ma.

Dlaczego inne kraje nie wprowadziły podobnych rozwiazań?

No, właśnie – oto jest pytanie! W 2008 roku Komisja Europejska wydała dyrektywę, która miała promować mediacje i – jak zbadaliśmy z kolegami – w większości krajów została ona zignorowana. Nawet w krajach takich, jak Niemcy czy Francja mediacje nie są jakoś szczególnie popularne i brak tam rozwiązań prawnych je promujących. Stąd zazwyczaj w państwach Europy więcej jest mediatorów niż sporów rozwiązywanych drogą mediacji. Średnio tylko jeden na sto sporów rozwiązanych jest w ten sposób. Chociaż np. kraje Skandynawii stanowią wyjątek i odsetek ten jest wyższy.

Bo kraje te słyną z tego, że ludzie tam lubią się dogadywać…

Dokładnie! Mediacje wykorzystywane są tam często także do rozwiązywania np. sporów rodzinnych o opiekę nad dziećmi, a nawet w mniejszych sprawach kryminalnych. Nawiasem mówiąc, mediacje rozwinęły się najpierw w Stanach Zjednoczonych w połowie lat 70 XX w., a dopiero pod koniec lat 80. zaczęły być wykorzystywane w Europie. Myślę, że ma to sporo wspólnego z rodzajem prawa obowiązującego w krajach anglosaskich. Prawo precedensowe samo z siebie daje bodźce do mediacji z tej prostej przyczyny, że wiesz, czego możesz się po nim spodziewać. Jeśli coś przeskrobałeś, trudniej się wywinąć. W prawie stanowionym zaś zawsze możesz szukać jakiś kruczków, więc jesteś skłonny zaryzykować proces, a mediacje, zawsze oparte na kompromisie, nie wydają się już takie atrakcyjne.

Załóżmy, że jesteś czyimś dłużnikiem we Włoszech i że chodzi o milion euro. Możesz bez większych konsekwencji oddać te pieniądze dopiero po pięciu latach, w międzyczasie obracając nimi i czerpiąc z tego zyski. W USA to by nie przeszło. Tam gros spraw kończy się na polubownych mediacjach, a przed sądem lądują tylko te poważne. Sprawy kryminalne w konsekwencji mają pierwszeństwo przed cywilnymi.

Czy jest szansa, że włoskie rozwiązania prawne promujące mediacje zostaną implementowane w innych krajach Europy?

Wiele rządów się nad tym zastanawia i nie są to tylko rządy Unii Europejskiej. Niedawno spotykałem się jako konsultant w tej sprawie z przedstawicielami Grecji, Serbii, a nawet Pakistanu i Turcji…

A Polski?

Powiem tak – także w Polsce mediacje mogłyby usprawnić sądownictwo. Tyle się u was mówi o reformach. Sądzę, że rządowa strategia promowania mediacji to u was kwestia czasu. Spory to coś, czego przecież nie unikniemy, to nieodłączny element życia.

Filozoficznie powiedziane!

Cóż… (śmiech) Żywiołowe spory to oznaka dynamicznej gospodarki. Pamiętajmy też, że mówiąc o mediacjach, nie rozmawiamy tylko o sprawach makro, że nie mówimy o czymś zarezerwowanym dla dużych firm, o czymś ekskluzywnym. Mediacje służą także zwykłym ludziom. Mogłyby rozwiązać wiele problemów, np. w ich sporach z bankami. Właściwie to czasami już rozwiązują. Banki coraz częściej zamiast wykłócać się o, powiedzmy, kredyty frankowe, wolą usiąść z klientem, wysłuchać go i być może rozłożyć mu kredyt na więc rat albo jakoś inaczej złagodzić spłatę, niż ryzykować jego całkowite bankructwo. Takie mediacje kończą się sukcesem i zadowoleniem obu stron w ok. 60 proc. przypadków. Mediacje mogą także rozwiązywać skutecznie np. spory o podział gruntów czy łagodzić proces konsultowania nowych inwestycji budowlanych albo oliwić ich realizację. Właściwie to w tej ostatniej kwestii czasami nawet pozwalają uniknąć samego wywiązania się sporu, działają prewencyjnie.

Jak to?

Niektórzy planując przedsięwzięcie budowlane, w którym np. mamy wielu udziałowców, zatrudniają mediatorów, żeby ci wybadali potencjalne ogniska zapalne konfliktów między nimi, gdy te jeszcze nie wybuchły. Ja sam prowadziłem podobną sprawę dla amerykańskiej marynarki, która na Sycylii w okolicach swojej bazy budowała bloki mieszkalne dla żołnierzy. Chociaż była to ogromna inwestycja z wieloma inwestorami, to dzięki mediacjom właśnie nie wywiązał się w trakcie jej realizacji żaden konflikt.

Jest pan pewien, że to właśnie z tego powodu?

Tak, ponieważ w zdecydowanej większości analogicznych inwestycji, które odbywają się bez konsultacji mediatora, konflikty prędzej czy później się wywiązują. Mediacje pomagają ci zrozumieć, mówiąc kolokwialnie, w co się pakujesz i jak to naprawdę ma się do twojego interesu.

Rozmawiał Sebastian Stodolak

Leonardo D’Urso – szef rzymskiego ADR Center, jednej z największych firm zajmującej się mediacjami, ekonomista i wykładowca technik mediacyjnych. Rozmowę przeprowadzono dzięki uprzejmości organizatorów Europejskiego Forum Nowych Idei


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test