• Marek Chądzyński

Mocny frank zaszkodzi konsumpcji, ale niewiele

09.08.2011
Wyższy koszt obsługi kredytów we frankach zmniejszy środki w dyspozycji kilkuset tysięcy zadłużonych gospodarstw domowych. Nie musi to jednak oznaczać dużego spadku dynamiki konsumpcji prywatnej i ostrzejszego, niż się to obecnie przewiduje, hamowania tempa wzrostu PKB. Chyba, że wydarzenia na rynkach tak wystraszą konsumentów, że będą oni woleli oszczędzać, niż wydawać.

Drożejący frank, to problem kilkuset tysięcy kredytobiorców w Polsce. (CC BY-NC-SA artemuestra)


Silny frank to dziś problem około pół miliona kredytobiorców. W sumie wartość kredytów w CHF wynosiła na koniec czerwca 151,8 mld zł i stanowiła większość z udzielonych przez banki kredytów mieszkaniowych (łącznie były one warte 286,4 mld zł). Dziś z oczywistych powodów obsługa tego zadłużenia jest droższa niż jeszcze kilka miesięcy temu. Od początku roku frank umocnił się względem złotego o ponad 20 proc. Najgorzej wypada jednak porównanie dzisiejszego kursu do poziomu z sierpnia 2008 roku, gdy frank kosztował ponizej 2 zł – od tamtego czasu umocnił się o ponad 90 proc.

Według wyliczeń Open Finance rata standardowego kredytu (czyli o wartości około 300 tys. zł) udzielonego w połowie 2008 roku dziś powinna wynosić niespełna 2100 zł.

– Jest to już o 35 proc. więcej niż na samym początku, a także o ponad 300 zł więcej niż jeszcze miesiąc temu, kiedy to 8 lipca kurs franka wynosił 3,24 zł – pisze Halina Kochalska w komentarzu opublikowanym na stronie Open Finance.

Wzrost kosztów obsługi długu musi przełożyć się na spadek tzw. dochodów rozporządzalnych zadłużonych gospodarstw domowych. A skoro pula pieniędzy na inne wydatki skurczy się, powinno to wywołać spadek konsumpcji prywatnej.

Drogi frank to problem zamożnych

Rzecz w tym, że problem z drożejącym frankiem dotyczy tylko niewielkiego procenta gospodarstw domowych. W Polsce mamy ich wszystkich ponad 13 mln. Zakładając, że kredyt we frankach zaciągnęło około pół miliona rodzin problem większych wydatków na jego obsługę dotyczy zaledwie 3,8 proc. gospodarstw domowych. W skali całej gospodarki spadek wydatków na cele konsumpcyjne z tego powodu nie powinien być więc istotny. Tym bardziej, że kredyty w CHF cechuje się wysoką jakością ich obsługi, co oznacza, że osoby które je zaciągnęły uzyskują wysokie dochody. Świadczy o tym ciągle niski odsetek kredytów zagrożonych w tej kategorii – na koniec czerwca wynosił on zaledwie 1,5 proc. wartości portfela.

– Biorąc pod uwagę, że kredyty te zaciągały osoby dobrze uposażone, ograniczenie konsumpcji wynikające z wyższych rat kredytowych nie powinno być znaczące. Raczej będą rosły ich oszczędności – uważa Piotr Bujak, ekonomista Raiffeisen Banku. Urszula Kryńska, ekonomistka Banku Millennium dodaje, że potwierdzeniem tezy o niewielkim wpływie na konsumpcję mogą być doświadczenia przy pierwszym uderzeniu kryzysu i osłabieniu złotego.

– Wtedy też spodziewano się osłabienia tempa spożycia indywidualnego, a nic takiego się nie stało. To prawda, że na przełomie 2008 i 2009 roku frank nie osłabił się aż tak bardzo jak dziś, ale wtedy stopy procentowe były wyższe. Dziś Bank Szwajcarii dąży do tego, by trzymiesięczny Libor wynosił zero – mówi. I przypomina, że konsumpcja z co najmniej kilkumiesięcznym opóźnieniem reaguje na tzw. szoki i ze wszystkich składowych PKB jest na nie najmniej podatna.

Analitycy mają jeszcze jeden problem z oszacowaniem skutków ostatniego umocnienia franka.

– Żeby móc cokolwiek wyliczyć kurs franka musiałby się ustabilizować przynajmniej na jakiś czas. A na razie zmienia się bardzo szybko – mówi Piotr Bujak. Według jego szacunków nie ma mowy o tym, aby w odpowiedzi na wyższe raty kredytów konsumpcja prywatna zaczęła spadać. Raczej będzie wolniej rosnąć.

– Jej roczna dynamika może być mniejsza o 0,1-0,2 pkt proc. przy założeniu, że obecna skala osłabienia złotego wobec franka utrzyma się przez dłuższy czas, czyli przynajmniej przez kilka miesięcy – uważa ekonomista.

Kiedy to może być widoczne? Na pewno nie w danych o PKB za II kwartał, które poznamy pod koniec sierpnia. Większość ekonomistów uważa, że konsumpcja utrzymała swoje tempo i wzrosła o około 4 proc. rdr. Jeśli zobaczymy jakiś wpływ drogiego franka to najpierw uwidoczni się to w danych o sprzedaży detalicznej, a w drugiej kolejności w informacji o spożyciu w trzecim kwartale.

Nastroje mogą się pogorszyć

Bezpośredni wpływ drożejącej szwajcarskiej waluty na poziom konsumpcji będzie raczej niewielki. Ostatnie zaburzenie równowagi na rynku finansowym może jednak pośrednio odbić się na stanie gospodarki, w tym na skłonności konsumentów do wydawania pieniędzy.

– Niestety biorąc pod uwagę skalę tego co się dzieje, zawirowania mogą potrwać nawet kilka miesięcy. W konsekwencji mogą pogorszyć się nastroje konsumentów i przedsiębiorstw. Firmy mogą ograniczać plany inwestycyjne i rezygnować ze zwiększania zatrudnienia, a to rykoszetem uderzyłoby w konsumpcję – mówi Piotr Bujak.

– Największym zagrożeniem dla konsumpcji są złe nastroje. Jeśli pogarszać się będzie sytuacja na rynku pracy i dołoży się do tego mocny frank, wtedy ludzie zaczną oszczędzać, a mniej wydawać – dodaje Urszula Kryńska.

Na razie nie ma sygnałów, które wskazywałyby na szybkie uspokojenie sytuacji. Według Marka Rogalskiego, analityka DM BOŚ władze monetarne największych gospodarek świata nie mają praktycznie instrumentów, którymi mogłyby stymulować wartość pieniądza na rynku.

– Stopy procentowe są tak niskie, że nie da się ich już bardziej obniżyć. Wyjściem byłoby skoordynowane luzowanie ilościowe – czyli np. skup obligacji przez największe banki centralne. Ale nie chce mi się wierzyć, żeby udało się szybko osiągnąć porozumienie w tej sprawie. Poza tym jest pytanie o skuteczność tego typu działań. Amerykański Fed prowadził dwa etapy takiego luzowania – tzw. quantitive easing. Trudno powiedzieć, żeby wspomogło to sferę realną gospodarki, za to kapitał spekulacyjny nieźle zarobił na tanim dolarze – mówi. I dodaje, że trudno liczyć też na jakiś program pomocowy ze strony administracji państw. Europa przechodzi największy w dziejach kryzys zadłużenia publicznego, podobnie jak USA, które są zmuszone wprowadzać plan oszczędnościowy.

– W pierwszej fazie kryzysu, w 2008 roku, mieliśmy przynajmniej plan Paulsona i pakiety stymulacji fiskalnych. Teraz wiadomo, że na wprowadzanie podobnych rozwiązań nie ma zbyt dużych szans – mówi.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test