Niebezpieczna pokusa osłabiania własnej waluty

25.01.2013
Niezbyt wiele krajów dąży dziś do silnego kursu walutowego: kilka natomiast, w tym te systemowo istotne, aktywnie osłabia swoje waluty. Wszystkie waluty nie mogą jednak słabnąć równocześnie. To, jak świat rozwiąże tę sprzeczność, będzie miało ogromny wpływ na perspektywy wzrostu, zatrudnienia, podziału dochodów oraz na funkcjonowanie gospodarki globalnej.

Mohamed El-Erian


Japonia to ostatni kraj, który powiedział: dość już tego. Zobaczywszy, jak w ostatnich latach jen się drastycznie umocnił, nowy rząd premiera Shinzo Abe podejmuje kroki w celu zmiany dynamiki kursu krajowej waluty – i to mu się udaje. W ciągu zaledwie dwóch miesięcy jen osłabł wobec dolara o ponad 10 proc., a wobec euro – o prawie 20 proc.

Przywódcy europejscy wyrazili już zastrzeżenia wobec posunięć Japonii. W amerykańskim przemyśle samochodowym wszyscy są wściekli. A parę dni temu Jens Weidmann, prezes Bundesbanku, publicznie ostrzegł, iż światu grozi szkodliwa i w ostatecznym rozrachunku bezużyteczna runda konkurencyjnych deprecjacji kursu wymiany – czyli, mówiąc bez ogródek, „wojna walutowa” (to termin używany poprzednio przez Brazylię do wyrażenie podobnych obaw).

Japonia nie jest oczywiście pierwszym krajem, który podąża tą ścieżką. Poprzedziło ją kilka krajów rozwiniętych i wschodzących, a następne, jak podejrzewam, licznie pójdą w ich ślady.

Minął już ponad rok od czasu, gdy Szwajcaria zaskoczyła wielu obserwatorów ustanawiając próg – ściśle potem wprowadzony w życie – którego jej wzmacniająca się wobec euro waluta nie może przekraczać. Przy czym, co trzeba pamiętać, przez całe wieki model działania tego kraju opierał się za zapewnianiu zagranicznemu kapitałowi bezpiecznego schronienia.

Nie trzeba być ekonomistą, żeby zdać sobie sprawę, że gdy wszystkie waluty mogą słabnąć (i słabną) wobec czegoś innego (jak złoto, ziemia i inne aktywa realne), to – z definicji – nie mogą się wszystkie osłabić wobec siebie wzajemnie. Żeby jedne waluty traciły na wartości, inne muszą na wartości zyskiwać. I tu właśnie sprawa staje się interesująca, złożona i potencjalnie niebezpieczna.

W dzisiejszym świecie żadna znacząca grupa krajów nie zabiega o siłę waluty. Niektóre aktywnie i otwarcie opierają się jej aprecjacji; inne robią to w sposób mniej widoczny. Wygląda na to, że jedynie strefa euro akceptuje swoją pozycję jako adresata działań innych krajów.

To, co dziś się dzieje, nie jest bynajmniej sytuacją bezprecedensową, a w nauce można znaleźć mnóstwo dowodów na to, że postawy typu „zubożyć swojego sąsiada” prowadzą do koniec końców do efektów szkodliwych dla wszystkich zainteresowanych. Istnieją nawet wielostronne umowy, które mają minimalizować takie ryzyko, a wśród nich instytucje – Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Światowa Organizacja Handlu.

Kiedy zachodzi taka konieczność kolejne kraje zaczynają jednak stosować działania, które dla gospodarki globalnej jako całości są potencjalnie szkodliwe. Co gorsze, w międzynarodowym „spisie” spraw do załatwienia ten proces nie jest jeszcze traktowany poważnie.

Są liczne przyczyny dlaczego tak jest: od trudności uzgadniania decyzji na poziomie międzynarodowym po niecierpiące zwłoki sprawy wewnętrzne, które zajmują obecnie uwagę polityków poszczególnych krajów. Ale chodzi także o coś innego: przyczyny dzisiejszych kłopotów są trudne do zrozumienia, trudno też skutecznie im się przeciwstawić.

Inaczej niż było za dawnych czasów, groźba wojny walutowej nie jest bezpośrednio związana z nierównowagą w handlu i kryzysami bilansu płatniczego. Istotnym czynnikiem sprawczym jest tu raczej to, że najważniejsze banki centralne stosują niekonwencjonalne posunięcia, które mają zrekompensować niedociągnięcia polityki pieniężnej oraz wadliwe funkcjonowanie polityki w różnych dziedzinach.

Jeśli świat ma uniknąć poważnych szkód, trzeba zrozumieć, jak się to wszystko dzieje. Uproszczony opis wygląda następująco: gdy tempo wzrostu jest niskie, bezrobocie – wysokie, a politycy skupiają się na innych sprawach, bank centralny – taki jak Rezerwa Federalna w USA – dochodzi do wniosku, że nie ma innego wyboru, lecz musi zastosować bardzo łagodną politykę pieniężną. Ponieważ podstawowe stopy procentowe są już bliskie zera, bank centralny musi sięgnąć głębiej, do nieznanej dziedziny „niekonwencjonalnych metod polityki pieniężnej”.

Celem tego – jak ponownie powiedział w grudniu przewodniczący Fed, Ben Bernanke – jest „szturchnięcie” inwestorów, żeby podejmowali większe ryzyko. Oczekuje się zwłaszcza, iż sztuczna zwyżka cen aktywów skłoni ludzi, by poczuli się bogatsi i nastawieni bardziej optymistycznie, co z kolei wyzwoli „efekty bogactwa” oraz „zwierzęce instynkty”, które stymulują wzrost wydatków konsumpcyjnych oraz inwestycyjnych, pobudzają tworzenie miejsc pracy i w trakcie tego procesu „uwiarygodniają” sztuczną wycenę aktywów.

W praktyce strategia ta okazuje się nie taka prosta. Co więcej, część wstrzykiwanej przez Fed w gospodarkę płynności znajduje drogę na rynki finansowe innych krajów. Widać to w nagłym wzroście napływu kapitału na rynki wschodzące, wynikającym z poszukiwania przez inwestorów wyższej stopy zwrotu. Te przepływy – co skomplikuje sprawę jeszcze bardziej – mają coraz mniejszy związek z gospodarczymi i finansowymi fundamentami kraju, do którego się kierują.

Wielu inwestorów odczuwa także potrzebę zrównoważenia tych coraz bardziej spekulacyjnych inwestycji (zwanych „satellite positioning”) inwestycjami o wiele bezpieczniejszymi („core positioning”). Żeby realizować ten drugi cel, inwestorzy kierują się do krajów rozważnie zarządzanych, powodując zwyżkową presję na ich waluty. Również i w tym przypadku nie ma ona żadnego uzasadnienia w przyczynach wewnętrznych.

Nie ma się więc co dziwić, że coraz więcej rządów niepokoi aprecjacja kursu ich waluty. Silniejsza waluta powoduje bowiem nie tylko krótkoterminowe kłopoty w polityce pieniężnej, ale oznacza też zagrożenie znacznymi kosztami wskutek „drenażu” sektora przemysłowego i sektora usług. Tak więc po wypróbowaniu rozmaitych mieszanin tolerancyjnych i „heterodoksyjnych” reakcji na tę sytuację władze zmuszone są do poluzowania własnej polityki pieniężnej w celu osłabienia krajowej waluty – albo co najmniej ograniczenia tempa jej aprecjacji.

Ten okres niejednoznaczności ekspansjonistycznej polityki pieniężnej mógłby się okazać przejściowy, a jego skutki – odwracalne, gdyby bankom centralnym udało się wyprowadzić gospodarkę z choroby i gdyby same państwa doszły do wniosku, że transgraniczna koordynacja polityki gospodarczej jest pilnie potrzebna.

Istnieje jednak ryzyko, że zjawisko to doprowadzi do powszechnych zaburzeń, gdyż coraz trudniejsze wyzwania wewnętrzne w poszczególnych państwach podsycają napięcia regionalne, a okazuje się, że system międzynarodowy jest niezdolny do spokojnego ich rozwiązania. Jeśli więc politycy nie będą ostrożni – i jeśli nie będzie sprzyjać im szczęście – wielkość tego ryzyka w nadchodzących latach znacząco wzrośnie.

© Project Syndicate, 2013.

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test