Nieudana ucieczka od Keynesa

11.01.2011
Reuven Brenner i David Goldman omówili zarówno doktrynalny, jak i historyczny wymiar obecnego kryzysu. W wielu miejscach nie sposób odmówić im racji, ich analizy są wnikliwe i wskazują rzeczywiste przyczyny załamania. Niemniej jednak całemu artykułowi brak spójności: słuszne tezy giną w gąszczu nie całkiem powiązanych z nimi zaleceń.

Mateusz Machaj fot. arch. autora


Keynes i jego wizja gospodarki

Najważniejszą zaletą artykułu Brennera i Goldmana jest precyzyjne przedstawienie tez Keynesa. Co prawda celem autorów nie było wcale odnalezienie źródeł jego poglądów, czy też stworzenie kolejnego referatu na temat „co Keynes miał na myśli?”. Mimowolnie jednak trafiają w sedno, gdy zwracają uwagę na rolę akumulacji prywatnych oszczędności i kapitału. Bez nich nie może być mowy o trafnych inwestycjach. Te zaś są konieczne dla trwałego wzrostu gospodarczego i zwiększania dobrobytu.

Główne przesłanie doktryny keynesowskiej jest następujące: oszczędności i prywatna akumulacja kapitału nie stanowią godnego zaufania źródła wzrostu gospodarczego, a pozytywny pogląd na ich temat jest zabobonem klasycznej ekonomii, który należy odrzucić. Powstało wiele prac opisujących jak ewoluowały poglądy Keynesa. Wydaje się jednak, że „łamigłówkę Keynesa” rozwiązał najwybitniejszy historyk myśli ekonomicznej Joseph Schumpeter celnie spostrzegając, iż niechęć do tradycyjnych wartości kapitalistycznych stale przewija się we wszystkich pracach Keynesa. Niechęć ta stanowi filozoficzną i psychologiczną przesłankę jego ekonomii i klucz do jego myśli. Dlatego właśnie tak łatwo odnaleźć mnóstwo niespójności i sprzeczności w jego pracach, co nota bene przyznają jego zagorzali zwolennicy. Ekonomia u Keynesa nie ma pierwszoplanowego znaczenia. Jest zasłoną dymną i analityczną hydrauliką służącą jako kamuflaż dla jego filozofii i niechęci do „burżuazyjnych” cnót. Tę hydraulikę można zmieniać, różnie interpretować i przekształcać – najważniejsze, żeby analiza prowadziła do wniosku, że  oszczędności hamują rozwój gospodarczy i należy się skoncentrować na bieżącej konsumpcji, nie troszcząc się o przyszłość.

Schumpeter podkreśla, że kapitałofobia Keynesa widoczna jest już we wstępie jego wczesnej pracy Economic Consequences of Peace. Brytyjski ekonomista przedstawia tam  pogląd, że wydawanie pieniędzy bez oszczędzania to pomysł na nowe czasy, które wkrótce nadejdą. Tę tezę powtarza w Treatise on Money dodając do niej skomplikowany aparat teoretyczny. Uczciwa i druzgocąca krytyka tej książki sprawiła, że tezy Keynesa nie mogły się obronić. W związku z tym parę lat później napisał słynną Ogólną teorię zatrudnienia, procentu i pieniądza, która była prostsza i odarta z systematycznego wywodu teoretycznego. Zawierała jednak przede wszystkim pogląd, że o aktywności gospodarczej i poziomie dobrobytu nie decydują oszczędzający kapitaliści, lecz nierozważne decyzje o  wydatkach, globalny popyt, strumień pieniądza przepływający przez gospodarkę niczym krew w organizmie.

Mimo że wielu kontynuatorów Keynesa nie podpisałoby się dzisiaj pod jego antyoszczędnościowymi tezami, to jednak wielu z nich posługuje się aparatem, który implicite taki pogląd zakłada. Na przykład na Produkt Krajowy Brutto składają się wydatki konsumpcyjne, inwestycje netto i wydatki rządowe (plus wymiana zagraniczna). Stąd wniosek, że wydatki rządowe w zasadzie zawsze są zbawienne i oznaczają korzyści gospodarcze. Rząd może wydawać pieniądze bez jakichkolwiek ograniczeń, kupować materiały, półprodukty, zatrudniać ludzi, kupować  używany, zniszczony sprzęt – wszystko wliczymy do PKB i pokażemy przez to „dobrobyt”. Im więcej marnotrawimy środków przez budżet państwa, tym lepiej. Prywaciarz szastający tak pieniędzmi nie może liczyć na ten zaszczyt. Nic dziwnego, że keynesowski wynalazek PKB stanowi apologetykę rozpasanego rządu. Dzisiaj po kilkudziesięciu latach praktycznie wszystkie bogate państwa na świecie ponoszą konsekwencje stosowania tej doktryny.

Brenner i Goldman spostrzegli te problemy i celnie powiązali je z doktryną Keynesa. Długotrwały wzrost gospodarczy jest możliwy dzięki akumulacji kapitału i rynkowej wycenie zasobów produkcyjnych. Historia gospodarcza nie zna przypadku trwałego wzrostu gospodarczego bez akumulacji kapitału i oszczędności. Bez tego nie pomogą żadne zwiększania wydatków, obniżki stóp procentowych, programy stymulacyjne, ani zwiększanie długu. Przeciwnie, rozwiązania te przyniosą poważne szkody, gdyż uszczuplają zasób oszczędności, a to oszczędności są źródłem rozwoju. W historii znane są też liczne upadki i głębokie kryzysy cywilizacji, do których doprowadził brak rozwagi polityków zachęcających do konsumpcji kapitału.

Keynesistowski czy monetarystyczny błąd?

Należy jednak zauważyć, że Brenner i Goldman w pewnym momencie posuwają się za daleko w ataku na keynesowską doktrynę. Mam na myśli ich krytykę „ogólnego poziomu cen” jako wskaźnika efektywności polityki pieniężnej, a także wiary w to, że ilość pieniądza w gospodarce da się zmierzyć w miarę prostym agregatem. Nie chodzi o to, że zachowawczość autorów wobec tych miar jest nieuzasadniona. W zasadzie można by się z tą zachowawczością zgodzić. Problem polega na tym, że ich oponentami nie są w tym wypadku keynesiści, lecz monetaryści.

W końcu dla Keynesa, ani dla większości jego kontynuatorów, wcale nie był ważny średni poziom cen, czy ilość agregatów monetarnych. Można by powiedzieć, że Keynes i jego kontynuatorzy przyklasnęliby z radością Brennerowi i Goldmanowi – tak, zgadzamy się, że nie powinno się przywiązywać zbytniej uwagi do tych wielkości, gdyż dużo ważniejszy jest popyt globalny, poziom konsumpcyjnych wydatków i polityka zmierzająca do pełnego zatrudnienia.

Autorzy tekstu atakują w istocie inną grupę ekonomistów, która wierzy w zbawczą moc indeksów i łatwego pomiaru ilości pieniądza – monetarystów. Właśnie Milton Friedman głęboko wierzył w to, że stabilność makroekonomiczną można osiągnąć przez kontrolowanie uważnie obserwowanych agregatów pieniądza i pilnowanie stabilności ogólnego wskaźnika cen. Tymczasem w obecnej sytuacji rozkwitu rynku bankowego i innowacji finansowych pomiar „właściwych” agregatów pieniądza wydaje się zadaniem karkołomnym. Ważniejsze natomiast jest to, że nadmierne skupienie się na „ogólnym poziomie cen” bywa zgubne. Nauczyciel Friedmana, Irving Fisher, uwierzył, że nie może dojść do poważnego kryzysu,  ponieważ ceny były stabilne w latach 20. XX wieku, to. Za swoją błędną ocenę zapłacił utratą fortuny umieszczonej w akcjach.

Podobnie uważał pod koniec życia Milton Friedman, kiedy w 2004 roku twierdził, że polityka pieniężna prowadzona przez Greenspana jest dobra, ponieważ ceny na ogół nie rosną. A to, że stopy zostały obniżone i stymulowały rynek mieszkaniowy, nie stanowiło problemu. Błąd Friedmana wynikał z obsesji na punkcie „ogólnego poziomu cen” i odwrócenia uwagi od aspektów mikroekonomicznych w stronę w tym wypadku niewiele znaczącego agregatu makroekonomicznego. Tymczasem jak pokazują badania teoretyczne i historyczne, stabilność ogólnego poziomu cen może być okupiona ogólną destabilizacją makroekonomiczną.

O ile więc Keynes odpowiada za zepsucie makroekonomii, gdyż odwrócił uwagę od roli mikroekonomicznych źródeł wzrostu, o tyle Friedman odwrócił uwagę od mikroekonomii zdecentralizowanego systemu cenowego – zamiast patrzeć na zależności między poszczególnymi cenami, skupił się na ich średniej wartości. Choć ich teorie bardzo się różnią keynesiści i monetaryści są wobec tego w pewnym sensie „partnerami w zbrodni”.

Diagnoza a recepta

Wydaje się, że ważną słabością tekstu Brennera i Goldmana jest brak systematycznego i spójnego wywodu. Zwróćmy uwagę, że w pewnym momencie przedstawiają przyczyny kryzysu finansowego i starają się wyjaśnić, dlaczego rozszerzył się on na całą gospodarkę. Słusznie podkreślają, że do kryzysu doprowadziły różne czynniki: niskie stopy procentowe, stymulowane przez to błędne inwestycje, derywaty przenoszące tę ekonomiczną chorobę, pośrednie i bezpośrednie subsydia  państwa, lewarowanie na koszt podatnika oraz uzasadniająca to doktryna „zbyt duży by upaść”. Jako receptę Brenner i Goldman trafnie proponują stworzenie warunków dla akumulacji prywatnego kapitału i finansowania produktywnych procesów inwestycyjnych. Z pewnością będzie temu sprzyjać obniżka podatków, a wraz z nią obniżka wydatków. Autorzy nie wskazują jednak związku między diagnozą kryzysu i zaleceniami dotyczącymi naprawy sytuacji.

Oczywiście wyjście z kryzysu to jedna sprawa, a zabezpieczenie się przed następnym to dwie róże sprawy. Czym innym jest zapobieganie, a czym innym leczenie. Mimo to w tym wypadku te dwie rzeczy są ze sobą ściśle powiązane. Zarówno wyjście z kryzysu, jak i przyszły trwały wzrost gospodarczy będą możliwe, gdy pozwoli się na rozwój przedsiębiorstw. To z jednej strony będzie możliwe, jeśli powstrzyma się aktywną politykę fiskalną, politykę zwiększania podatków lub zwiększania długu publicznego na poczet realizacji dużego budżetu państwa, przy użyciu którego obecnie nacjonalizuje się przedsiębiorstwa.

Istnieje jednak druga strona medalu – polityka pieniężna. I tutaj rekomendacja Brennera i Goldmana jest zaskakująca, ponieważ w ogóle nie jest powiązana z przyczynami kryzysu, które podają. Twierdzą bowiem, że dobrym wyjściem będzie zastąpienie tak krytykowanego przez nich agregatowego indeksu ogólnego poziomu cen innym indeksem, to jest sztywnym parytetem kursu dolara do juana, który ma być nowym miernikiem stabilności monetarnej.

Aż cisną się na usta pytania, jaki to ma związek ze źródłami kryzysu wymienionymi przez Brennera i Goldmana. Jak to się ma do doktryny „zbyt duży aby upaść”? Jak to się ma do pośredniego i bezpośredniego dotowania przez państwo inwestycji? Jak to się ma do rynku derywatów? Jak to się ma do rynku nieruchomości i do cen mieszkań? Jak to się ma do możliwych baniek spekulacyjnych? I wreszcie jak to się ma do ekspansywnej polityki banku centralnego i zaniżania stóp procentowych? Pytania są zbyt ważkie, by odpowiedzieć na nie w jednym artykule, ale możemy powiedzieć jedno: stały parytet dolara do juana nie jest w stanie zapobiec praktycznie żadnemu z wyżej wymienionych problemów. Nie mówiąc już o tym, że w latach 2002-2007 chiński bank centralny utrzymywał w zasadzie sztywny kurs wobec dolara. Szczególnie w pierwszych latach z tego okresu, kiedy to właśnie doszło do powstania „bańki” na amerykańskim rynku. Widać zatem, że taki sztywny kurs nie jest większym gwarantem stabilności makroekonomicznej aniżeli polityka inspirowana nadmiernym przywiązaniem do ogólnego poziomu cen. Sztywny kurs regulowany przez dwa współpracujące banki centralne, nawet jeśli będzie trwale utrzymany, nie zagwarantuje uniknięcia bańki na rynku nieruchomości, ani nadmiernego lewarowania na koszt podatnika. Przeciwnie, może te bańki jeszcze dodatkowo ze sobą zsynchronizować i zachęcić do dalszego ryzykownego inwestowania.

Aby pozostać konsekwentnym w swoim akcencie na prywatne inwestycje i akumulację kapitału, Brenner i Goldman powinni zastosować swoje zalecenie z polityki fiskalnej także do przypadku polityki monetarnej. Politykę fiskalną należy prowadzić tak, żeby umożliwiać oszczędzanie i inwestowanie. Czyli nie ma ona być stabilna, czy przewidywalna, lecz mało aktywna – ma pozostawiać swobodę gospodarowania prywatnym podmiotom. Ta sama zasada odnosi się do polityki pieniężnej. Nie powinna ona być „stabilna” czy „przewidywalna” w sensie małej zmienności jakiegoś agregatowego wskaźnika, ogólnego poziomu cen, czy sztywnego kursu wymiany jednej waluty na inną. Większość prognoz dotyczących decyzji Greenspana i Bernankego była trafna, więc przewidywalność nie uchroniła gospodarki przed kłopotami. Polityka pieniężna powinna raczej być mało aktywa – powinna pozostawiać możliwie najwięcej swobody gospodarczej prywatnym podmiotom. Wiązałaby się z tym konieczność wycofania się banku centralnego z obszaru działalności makroekonomicznej. To by oznaczało, że o stopach procentowych decydowaliby oszczędzający i akumulujący kapitał, a nie światowe banki centralne. Autorzy nie chcieli sformułować takiego wniosku, mimo że wynika on logicznie z ich stwierdzeń dotyczących polityki fiskalnej.

Keynes nie wierzył w to, że prywatna akumulacja kapitału i inwestycji będzie w stanie zapewnić stabilność makroekonomiczną. Na tym braku zaufania zbudowane są różne wersje jego „ekonomii”. Ucieczka od Keynesa powiedzie się, gdy ten nieuzasadniony brak zaufania zostanie zastąpiony solidną i konsekwentną ekonomią, udowadniającą, jak ważną rolę odgrywają oszczędności i inwestycje sektora prywatnego we wzroście gospodarczym. Stosowanie tej solidnej ekonomii wyłącznie do polityki fiskalnej zamiast do całokształtu polityki gospodarczej (z uwzględnieniem polityki monetarnej), oznacza zatrzymanie się wpół drogi, a więc w istocie prowadzi do porzucenia ambitnego pomysłu, by zakwestionować zasadnicze twierdzenia teorii Keynesa.

Mateusz Machaj jest Głównym Ekonomistą Instytutu Misesa w Polsce.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły