Nowe technologie zbijają inflację

26.11.2019
Wskaźniki inflacji przestają być wiarygodną miarą sytuacji w gospodarce. Postęp technologiczny zmienił bowiem uwarunkowania makroekonomiczne. Badania pokazały, że wskaźnik inflacji wykorzystywany przez Fed do wyznaczania celu inflacyjnego jest przeszacowany, głównie z powodu wpływu nowych produktów i ich zmian jakościowych.

fot. Envato


Firma Amazon przywykła już do rozmaitych oskarżeń kierowanych pod jej adresem: że zabiła tradycyjny handel detaliczny, że źle traktuje pracowników swoich magazynów, że nadużywa swojej pozycji jako dominująca platforma w handlu internetowym. W związku z tym nie jest być może zaskoczeniem to, że niektórzy obwiniają ją również o niską inflację.

W 2017 roku Janet Yellen, ówczesna przewodnicząca Rezerwy Federalnej, zastanawiała się głośno, czy zaciekła konkurencja w internecie może sprawiać, że producenci towarów nie podnoszą cen nawet w sytuacji rosnącego popytu na świecie. Alberto Cavallo z Harvard Business School stwierdził, że ceny w sklepie internetowym Amazon są o 6 proc. niższe niż w ośmiu wielkich sieciach sprzedaży detalicznej oraz o 5 proc. niższe niż na stronach internetowych tych sklepów.

Internet generalnie nie jest miejscem, w którym łatwo znaleźć inflację: w Stanach Zjednoczonych ceny internetowe spadają dość systematycznie od około 2012 roku i są obecnie niższe niż były na przełomie tysiącleci.

Uparcie niski wzrost cen

Jednak tzw. „efekt Amazona” nie jest w rzeczywistości niczym nowym. Tendencje dezinflacyjne są obecne w amerykańskim handlu detalicznym od wielu dziesięcioleci. W latach 90. XX wieku i pierwszej dekadzie XXI wieku wielkopowierzchniowe sieci detaliczne takie jak Walmart i Target agresywnie obniżały ceny produktów w miarę optymalizacji swoich łańcuchów dostaw.

Tanie produkty importowane z Chin i innych gospodarek rynków wschodzących zwiększały presję cenową odczuwaną przez krajowych producentów. W jednym z badań naukowych z 2008 roku stwierdzono, że jednoprocentowy wzrost udziału w rynku amerykańskim podmiotów z krajów o niskich płacach skutkuje spadkiem cen producentów o 3,1 proc.

Ta nieznośna inflacja poszła sobie

Za wyjątkiem cen żywności i energii w ciągu ostatnich dwóch dekad w Stanach Zjednoczonych nie zanotowano praktycznie żadnego skumulowanego wzrostu cen towarów konsumpcyjnych. Przed kryzysem finansowym ogólne wskaźniki inflacji zachowywały się normalnie, ponieważ utrzymywała się inflacja cen usług.

Obecnie na niskim poziomie utrzymuje się zarówno inflacja cen towarów, jak i inflacja cen usług. Rozwój internetowej sprzedaży detalicznej nie jest wystarczającym wytłumaczeniem dla tej szerszej zmiany.

Winny postęp

Niemniej jednak warto zastanowić się nad dezinflacyjnym efektem postępu technologicznego. Na podstawowym poziomie pozwala on gospodarce produkować więcej w ramach jej ograniczonych zasobów. Jeżeli zagregowany popyt nie będzie nadążać za wzrostem produkcji, ceny spadną, a przynajmniej nie będą tak szybko rosnąć.

Stwierdzenie, że inflacja jest w ostatnim okresie niska z powodu silnego wzrostu produktywności, wydaje się śmieszny wszędzie za wyjątkiem Doliny Krzemowej. Statystyki gospodarcze wskazują bowiem na globalne spowolnienie tempa wzrostu produktywności. Jest jednak możliwe, że statystycy nie wychwytują w całości postępu technologicznego, przez co produktywność wydaje się być niższa, a inflacja wyższa niż są w rzeczywistości.

Podstawowa obawa z tym związana znana jest od dawna. Ponieważ statystykom zawsze zajmuje trochę czasu zanim zauważą, że konsumenci kupują nowe produkty, zdarza im się przegapić gwałtowne spadki cen na początku cyklu życia danego produktu. Trudno jest również określić, o ile lepsze są nowe produkty od tych oferowanych wcześniej.

Pominięta wartość spadku cen dotyczy m.in. smartfonów, mediów społecznościowych, streamingu.

W dzisiejszej gospodarce pominięta wartość dotyczy smartfonów, mediów społecznościowych i internetowych usług streamingowych. Pracujący w Goldman Sachs ekonomista Spencer Hill obliczył niedawno, że zmierzony wzrost konsumpcji produktów z obszaru elektroniki osobistej, telekomunikacji i mediów był w drugiej dekadzie XXI wieku niższy niż w którejkolwiek z pięciu poprzednich dekad.

Jest tak pomimo faktu, że w 1990 roku w celu odtworzenia nawet podstawowych funkcji nowoczesnego telefonu musielibyśmy wydać 3000 dolarów i byłoby to możliwe tylko przy pomocy urządzeń o bardzo dużych gabarytach. W ujęciu realnym, konsumpcja w tej kategorii z pewnością gwałtownie rośnie. Oznacza to, że w statystykach musi czegoś brakować.

Nieaktualny koszyk

Statystycy stale zmagają się z tym problemem. Jednak przeprowadzony przez byłego wysokiej rangi urzędnika państwowego Brenta Moulsona przegląd wskaźników inflacji w Stanach Zjednoczonych w 2018 roku pokazuje, że wskaźnik inflacji wykorzystywany przez Fed do wyznaczania celu inflacyjnego jest przeszacowany (tj. wykazuje dodatnie obciążenie, tzw. upward bias) o prawie pół punktu procentowego, głównie z powodu wpływu nowych produktów i zmian jakościowych.

Cicha inflacja

Przejście do handlu internetowego może jeszcze wzmocnić dodatnie obciążenie wskaźnika inflacji, którego źródłem są nowe produkty. W swojej pracy Austan Goolsbee i Peter Klenow z Uniwersytetu Stanforda stwierdzili, że nawet po wykluczeniu produktów odzieżowych, które z powodu dynamicznych zmian trendów modowych cechują się wyjątkowo kapryśnym popytem, aż 44 proc. sprzedaży internetowej uwzględnionej w bazie danych przygotowanej przez firmę Adobe Analytics stanowiły produkty, które nie istniały w poprzednim roku.

Przy tak wysokiej rotacji produktów koszyk dóbr monitorowanych przez oficjalnych statystyków może szybko stać się nieaktualny. Goolsbee i Klenow pomogli firmie Adobe Analytics skonstruować własny „indeks cen cyfrowych” (digital price index) dla niektórych kategorii towarów, który wskazuje znacznie niższą inflację niż oficjalne statystyki.

Na przykład badacze stwierdzili, że internetowe ceny mebli i wyrobów pościelowych spadły w okresie od stycznia 2014 roku do czerwca 2019 roku o prawie 12 proc., podczas gdy oficjalny wskaźnik cen konsumpcyjnych zanotował spadek o jedynie 2,1 proc.

Eksplozja darmowych usług

Większym problemem od spadających cen są ceny, które od samego początku wynoszą zero. Obecnie większość konsumentów nosi w swojej kieszeni urządzenia, dzięki którym mogą wykonać połączenie wideo do dowolnego miejsca na świecie, uzyskać dostęp do informacji na każdy temat i natychmiastowo przetłumaczyć teksty z innych języków, a wszystko to za darmo.

Eksplozja w zakresie dostępności bezpłatnych usług jest zwykle wskazywana jako powód, aby wątpić w wiarygodność oficjalnych danych na temat PKB. Jest ona jednak tak samo ważnym problemem w przypadku inflacji.

Po pierwsze, bezpłatne usługi czasami zastępują takie usługi, które wcześniej były płatne, co skutkuje bardzo silnym dodatnim obciążeniem (przeszacowaniem) wskaźnika inflacji z powodu nieuwzględnienia nowych produktów pojawiających się na rynku (tzw. new product bias). Po drugie, jeśli konsumenci czerpią większą część swojego dobrobytu z rzeczy, które są dostępne za darmo, to inflacja przestaje być dobrą miarą kosztów utrzymania lub siły nabywczej dochodów.

Mierzenie ceny jakiejś rzeczy jest czymś zupełnie innym od mierzenia jej wartości dla konsumentów. Erik Brynjolfsson z MIT wraz z dwoma współautorami przeprowadzili serię eksperymentów celem realizacji tego drugiego zadania. Poprosili oni 3000 użytkowników internetu uczestniczących w badaniu o wskazanie kwoty, w zamian za którą byliby oni skłonni zrezygnować z korzystania z Facebooka przez jeden miesiąc.

Badacze wskazali, że w przypadku kilku losowo wybranych uczestników przestrzeganie umowy byłoby egzekwowane przy pomocy funkcjonalności Facebooka, która pokazuje znajomym danej osoby, kiedy ostatni raz logowała się ona do serwisu. Mediana odpowiedzi uczestników badania wynosiła 42 dolary. Tymczasem około jedna piąta użytkowników podała kwoty zbliżone do 1000 dolarów.

W innym eksperymencie badacze zawarli podobne umowy z uczestnikami studiującymi na holenderskim uniwersytecie. W celu wyegzekwowania przestrzegania umowy użytkownicy mieli zmienić swoje hasła dostępu, co skutkowało utraceniem dostępu do kont, albo pozwolić na monitorowanie swoich urządzeń elektronicznych.

Mediana kwot żądanych przez uczestników za rezygnację z korzystania z serwisów mapowych przez okres miesiąca wyniosła około 59 euro (64 dolarów). Tymczasem w przypadku rezygnacji z komunikatora WhatsApp mediana wyniosła 536 euro.

W innej pracy Erik Brynjolfsson i jego współpracownicy pytali konsumentów, ile musieliby oni otrzymać pieniędzy w zamian za rezygnację na okres jednego roku z darmowych wyszukiwarek internetowych: mediana odpowiedzi wyniosła ponad 17 500 dolarów.

Żyjemy dostatniej niż nam się wydaje?

Te kwoty mogą być nieco zwodnicze. Ludzie zawsze obawiać się będą izolacji społecznej, której doświadczyliby w wyniku odcięcia od dominującej w danym okresie technologii, niezależnie od tego, czy chodziłoby o telefony, wiadomości SMS czy inne komunikatory.

Wskaźniki inflacji i PKB nigdy nie były przeznaczone do pomiaru dobrobytu konsumentów. Niektóre darmowe usługi wypierają działalność, która nigdy nie była wliczana do PKB, jak choćby nieformalne usługi matrymonialne. Także bezpłatne usługi finansowane dzięki reklamom nie są niczym nowym: radio i telewizja istnieją wszakże od dawna.

Natomiast rynek reklamowy jest niewielki tylko w stosunku do rozmiarów całej gospodarki. John Fernald z Banku Rezerwy Federalnej w San Francisco twierdzi, że znaczna część korzyści, które konsumenci uzyskują z nowych technologii, jest „konceptualnie nierynkowa”.

Granica oddzielająca usługi rynkowe od nierynkowych jest dość mglista.

Jednakże granica oddzielająca usługi rynkowe od nierynkowych jest dość mglista. Tzw. czynsz imputowany, który właściciele domów musieliby zapłacić, aby wynająć dom odpowiadający temu, który posiadają na własność, jest uwzględniany we wskaźnikach inflacji i PKB, mimo że nie reprezentuje żadnej transakcji dokonywanej na rynku.

W innej opublikowanej niedawno pracy David Byrne z Rezerwy Federalnej oraz Carol Corrado z organizacji biznesowej Conference Board twierdzą, że smartfony, szerokopasmowy internet oraz abonamenty Netflixa powinny być traktowane jako inwestycje, które niosą na przestrzeni czasu zmienne korzyści uzależnione od tego, jak intensywnie są używane.

Na podstawie informacji na temat zużycia danych internetowych oraz ankiet odnośnie sposobów wykorzystania czasu, Byrne i Corrado skonstruowali indeks cen skorygowanych o jakość dla usług cyfrowych. Wskazuje on, że między 2007 a 2017 rokiem ceny takich usług spadły o 21 proc. Tymczasem oficjalny indeks cen za dostęp do internetu wskazuje na wzrost cen o 4,5 proc. w tym samym okresie.

Fakt, że prawdziwa inflacja może być nawet niższa od oficjalnych danych jest, pod jednym względem, dobrą wiadomością: oznacza to, że wzrost poziomu życia był niedoszacowany.

Zjawisko to jest zarazem kłopotliwe dla bankierów centralnych, którzy obecnie zmagają się z sytuacją, w której inflacja utrzymuje się poniżej oficjalnych celów.

Ponadto zasadność realizacji strategii bezpośredniego celu inflacyjnego przede wszystkim opiera się na założeniu, że wartość wskaźnika inflacji jest wiarygodnym odzwierciedleniem doświadczeń ekonomicznych obywateli i przedsiębiorstw.

Im bardziej działalność gospodarcza przesuwać się będzie do domeny internetowej, w której cena jest pojęciem śliskim i nieuchwytnym, tym słabszy będzie ten związek. Do tego wszystkiego dochodzi również kolejne źródło załamania sposobu, w jaki ekonomiści postrzegali dotychczas proces kształtowania się cen. To globalizacja.

Niniejszy artykuł ukazał się w sekcji „Raport specjalny” papierowego wydania „The Economist” pod tytułem „Alexa, how much is it?”


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test