Od rozwiązań mikroekonomicznych zależy kondycja gospodarki w długim terminie

24.05.2013
W czasach dekoniunktury często zapominamy, że nauka ekonomii zajmuje się nie tylko bezrobociem, polityką fiskalną, czy pieniężną. To także nauka o tym, jak zachowują się firmy oraz jednostki: konsumenci i biznesmeni, co nimi kieruje i jakie warunki są optymalne dla ich ekonomicznego rozwoju – przekonuje prof. Harold Demsetz z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles.

Prof. Harold Demsetz (CC Kat Walsh Attribution-Share)


Obserwator Finansowy: Muszę od tego zacząć Panie Profesorze. To Pan opracował teoretyczne podstawy dla utworzonego w Unii Europejskiej rynku praw do emisji CO2. Miał on prowadzić do ograniczenia zanieczyszczenia środowiska, a mówi się, że to niewypał. Jak Pan ocenia działanie tego rynku w praktyce?

Prof. Harold Demsetz: Szczerze mówiąc, ja skonstruowałem teoretyczny mechanizm redukcji zanieczyszczeń, ale z praktycznym jego wdrożeniem nie miałem wiele wspólnego. Co jest nie tak?

Prawa są w wyniku wysokiej podaży tak tanie, że właściwie nie mają wpływu na redukcję emisji CO2.

To już nie mój problem. Ja stworzyłem pewne narzędzie, które można wykorzystać na różny sposób. W teorii rynek powinien dzięki niemu efektywniej decydować, jaki poziom zanieczyszczeń jest najbardziej optymalny dla danej sytuacji gospodarczej. Jeżeli uruchamiamy ten mechanizm, mając nadzieję, że zredukujemy zanieczyszczenia do konkretnego poziomu, to możemy się przeliczyć. Może tak być, ale nie musi.

Ponadto ustalenie tego pożądanego poziomu, to nie jest zadanie ekonomisty, ale naukowców z innych dziedzin. W tym wypadku klimatologów. Mechanizm więc działa. Jeżeli zaś ktoś jest niezadowolony z wyników, to znaczy, że ocenia jego działanie z punktu widzenia innego niż ekonomiczny.

A to już Pana nie interesuje?

Jako ekonomistę? Nie.

Jednak politycy często zasięgają rad ekonomistów w sprawach wybiegających poza czysto ekonomiczne kwestie. Trudno zwolnić ekonomistów z odpowiedzialności za to, co się potem w wyniku ich rad dzieje.

Sprawa jest bardziej skomplikowana niż Pan to przedstawia. Po pierwsze ekonomiści nie podejmują decyzji, co zrobić. Oni przedstawiają jedynie możliwe skutki danej decyzji w polityce gospodarczej. Mogą zbadać – z ekonomicznego punktu widzenia – wynikające z niej korzyści i koszty. Mogą wskazać też jej beneficjentów i tych, którzy będą z niej niezadowoleni.

Natomiast podejmowanie decyzji należy już do polityków. Ci mają zaś to do siebie, że nie kierują się wyłącznie kryterium ekonomicznej wydajności danego rozwiązania. Dla polityka dane rozwiązanie jest tym atrakcyjniejsze im większą liczbę potencjalnych wyborców może mu zapewnić. Stąd bierze się populizm.

Dziwi mnie to, co Pan mówi. Większość działań po kryzysie 2008 r., podjętych przede wszystkim przez rząd USA i banki centralne, godzi w potencjalnych wyborców. Mówię choćby o wspieraniu pieniędzmi podatników systemu bankowego. To się nie podoba nikomu i świadczy o tym, że politycy nie myślą tylko w kategoriach zdobycia poparcia, że czasami działają bez względu na zadowolenie wyborców. Czy nie mam racji?

Nie. Popularność zyskuje ten polityk, który potrafi zademonstrować wyborcom swoją siłę. W obliczu recesji wyborcy muszą czuć, że polityk umie sobie z tą recesją radzić, że ma plan i środki do ratowania gospodarki. Ludzie wybiorą raczej takiego polityka, niż tego, który mówi, że nic się nie da zrobić, a sytuacja sama się naprawi. Nawet jeżeli zapewni, że ich pieniądze zostawi w spokoju.

Z tym, że ja badam raczej problemy mikroekonomiczne. Zagadnienia makroekonomiczne mnie nie zajmują – a w czasie kryzysu to raczej makroekonomiści są doradcami polityków. Mikroekonomiści pracują w zaciszu uczelnianych gabinetów. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: makroekonomia zajmuje się inflacją i bezrobociem oraz wymyślaniem sposobów na radzenie sobie z tymi problemami. Sposobów doraźnych, czyli właśnie takich, jakich potrzebują politycy, żeby się pochwalić swoją władzą nad gospodarką przed wyborcami.

Rozumiem, że mikroekonomia z kolei ma swój czas w okresie prosperity?

Tak. Wtedy mikroekonomiści są rozchwytywani przez polityków, ale… proszę spojrzeć na ostatnie kilkadziesiąt lat. Bez przerwy wybuchają kryzysy, więc summa summarum te okresy popularności mikroekonomii są bardzo krótkie. Niewiele można wtedy doradzić co będzie zrealizowane. To nie jest korzystna sytuacja, bo mikroekonomia w przeciwieństwie do makroekonomii zajmuje się kwestiami dotyczącymi zagadnień bardziej fundamentalnych. To od rozwiązań mikroekonomicznych zależy tak naprawdę kondycja gospodarki w długim terminie.

Wobec makroekonomistów wysuwa się często zarzuty, że przeceniają znaczenie matematyki i modeli, których użyteczność jest ograniczona, robiąc z ekonomii naukę przyrodniczą.

Mikroekonomiści także używają matematyki i metod ilościowych. Ja akurat robię to rzadko. Matematyka to jednak tylko język do wyrażenia pewnych myśli i koncepcji. Czasami wygodniejszy niż zwyczajny język. Krytycy stosowania matematyki w ekonomii mają rację w jednym: że często używa się jej tam, gdzie nie jest to konieczne, a także – że modele ekonometryczne nie są przekładalne na zwykły język, a jeśli nie są, to znaczy, że coś z nimi nie tak. Należy walczyć z sytuacją, w której formalne podejście bierze górę nad meritum problemu.

Co do robienia z ekonomii nauki przyrodniczej, to czy można z tego czynić zarzut? W pewnym szerokim sensie np. fizyka i ekonomia są podobne, mają tylko inny przedmiot badań. Ale i tu i tu mamy pewne prawa. Prawo grawitacji w fizyce i prawo popytu i podaży w ekonomii. Są to prawa uniwersalne, empirycznie sprawdzalne. które można jakoś sformalizować. Co innego zagadnienia spekulatywne w tych naukach…

Skoro rozmawiamy o makroekonomii kontrastując ją z mikroekonomią, proszę powiedzieć: czy i jak polityka makro, a więc np. pakiety stymulacyjne czy stopy procentowe, wpływa na mikrozachowania konsumentów, biznesmenów?

Oczywiście, że wpływa i to w dużym stopniu. Obserwujemy to np. w bankowości. Amerykański Fed utrzymuje stopy procentowe na bardzo niskim poziomie, co sprawia, że banki mogą pozyskać wyjątkowo tanio nowy wykreowany pieniądz, jednocześnie rzeczywiste depozyty trzymając w rezerwie. Relacja między oszczędnościami a pożyczkami staje się znacznie luźniejsza. Z drugiej strony inwestorzy i konsumenci mają łatwiejszy dostęp do kredytów, co czyni ich mniej roztropnymi, skłonnymi ryzykować znacznie więcej niż zwykle.

Czyli fakt, że mogę dostać tani kredyt na kupno mieszkania mnie psuje?

W pewnym sensie.

Na trwałe? Jeżeli w wyniku makroekonomicznych zdarzeń nauczę się, jako konsument, brać ryzykowne kredyty, to już zawsze będę lekkomyślny?

To jest pytanie empiryczne, trudno na nie odpowiedzieć. Zależy jak długo dana polityka jest prowadzona, a także np. od kręgu kulturowego. W USA, kraju o wielkich indywidualistycznych tradycjach, polityka makro będzie wpływać na ludzi w innym stopniu niż w krajach o innej kulturze – azjatyckich na przykład.

Ciekawym momentem zderzenia perspektywy mikro i makroekonomicznej była dyskusja o klifie fiskalnym w zeszłym roku, którego koniec końców Stany Zjednoczone uniknęły. Chodziło o ustawowo zaplanowane obcięcie wydatków publicznych. Makroekonomiści przekonywali, że klif fiskalny to tak naprawdę przepaść i jeżeli się wydarzy, to gospodarka USA wpadnie w recesję. Argument był taki: spadną publiczne wydatki, spadnie popyt, a że popyt napędza gospodarkę…

Zapomniano jednak, że jeżeli państwo wydaje, to wydaje pieniądze podatników. W sytuacji, gdy państwo wydaje mniej, w kieszeni podatników zostaje więcej i to oni wydają te pieniądze. Klif fiskalny mógłby być wręcz stymulatorem wydatków prywatnych.

Dużą część swojej akademickiej aktywności poświęcił pan zagadnieniom praw własności, regulacji, procesowi konkurencji. Przypisuje się Pana do grona wielkich liberałów ery postfriedmanowskiej. Pan rzeczywiście tak o sobie mówi: liberał?

Cóż, nie lubię takich ideologicznych klasyfikacji. W pytaniu o bycie liberałem chodzi tak naprawdę o sąd wartościujący. Czy lepiej, żeby ludzie decydowali o ich pieniądzach, czy lepiej, żeby robił to rząd? Gdyby w gospodarce nie było „efektu gapowicza” (ang. free ride), gdyby nie było efektów zewnętrznych, odpowiedź byłaby prosta: niech ludzie decydują. Niestety, tak nie jest.

Prosty przykład. Załóżmy, że państwo A idzie na wojnę z państwem B i to ludzie prywatnie decydują, w jakim stopniu zrzucą się na swoją armię. Mielibyśmy sytuację, w której każdy chciałby przerzucać koszty na sąsiada. Czyli efekt gapowicza. Z kolei, jeśli idzie o efekty zewnętrzne, załóżmy, że produkuję towar Y, a w trakcie jego wytwarzania z fabryki wydostaje się pył, który opada na okoliczne tereny. I np. na suszące się pranie Jana Kowalskiego. Ja mu nie płacę za tę szkodę, więc siłą rzeczy nie pokrywam wszystkich kosztów produkcji swojego towaru.

W przypadkach poważniejszych niż zabrudzona bielizna powinno wkraczać państwo i mądre regulacje. Zaproponowany przeze mnie mechanizm handlu emisjami był przykładem takiej regulacji.

Czyli pragmatyzm, a nie ideologia?

Nie do końca pragmatyzm. Doświadczenie. Moja opinia o tym, co jest lepsze dla ludzi: więcej, czy mniej wolności gospodarczej, jest czysto empiryczna. Wszędzie tam, gdzie uwalniano gospodarkę działo się lepiej. Wszędzie tam, gdzie ją krępowano, działo się gorzej. Rosja, Chiny… Zauważyłem, że okresy wolności i interwencjonizmu oraz regulacji występują naprzemiennie. To ruch wahadłowy.

Wynika to z faktu, że wolność zapewnia prosperitę, ale nie zapewnia stabilności, nie eliminuje cykli koniunkturalnych. W sytuacjach kryzysowych jest tendencja do porzucania wolności na rzecz regulacji. W USA zaczęła się w po Wielkim Kryzysie, potem była delikatna odwilż, a teraz znów przechodzimy fazę nadregulacji. Zapominamy tylko, że regulacje także mają efekty zewnętrzne! Czasami ich koszty są wyższe niż korzyści z nich płynące.

Co zatem?

Uważam, że lepiej mieć mniej regulacji, ale efektywnych, niż więcej, ale nieefektywnych. A duża liczba regulacji wyklucza ich efektywność. W kwestiach walki z monopolem widać jak na dłoni, że państwo posuwa się za daleko. Przypadki trwałej dominacji branży przez jeden podmiot są niezwykle rzadkie, a tylko wtedy uzasadniona jest interwencja państwa.

Tymczasem obecnie kontroluje ono, reguluje i wpływa się na proces konkurencji tam, gdzie nie ma takiej konieczności. Rząd jest potrzebny wyłącznie w sytuacjach ekstremalnych. Właściwie ostatnio doszedłem do wniosku, że rząd jest w ogóle o wiele mniej potrzebny, niż się to wielu wydaje, ale może to zbyt nieortodoksyjna opinia, żeby ją rozwijać tutaj publicznie…

Proszę śmiało kontynuować. To ciekawe….

Czyją winą jest kryzys z 2008 r.? Z jednej strony rządu, który umożliwił ludziom branie tanich kredytów, a z drugiej ludzi, którzy je brali. Nikt im nie kazał się zadłużać. Kogo można zmienić: rząd, czy ludzi? Historia mówi, że ludzi nie da się zmienić. Od starożytności jest tak, że wykorzystują dostęp do pieniądza, aby poprawiać radykalnie swój byt. Jeżeli widzą pieniądze, to nie zastanawiają się, tylko je biorą. Takie są zasady gry, tak tysiąclecia ewolucji nas ukształtowały.

Rząd zaś można zmienić w ten sposób, żeby zakazać mu wodzenia nas na pokuszenie. Jak? Należy wyeliminować rząd z systemu bankowego, z tej „gry kredytowej”. Wolna bankowość, w którą nie ingerowałyby władze i banki centralne, miałaby szansę sprawić, że szoki i kryzysy gospodarcze byłby jeśli nie wyeliminowane, to przynajmniej łagodniejsze. Jak powiedziałem na początku, rządy są z natury populistyczne. Gdy więc mają potężne narzędzie kreowania polityki kredytowej, wykorzystują je bez umiaru, a to gwarantuje bankructwo. Prędzej, czy później.

Rozmawiał: Sebastian Stodolak

Prof. Harold Demsetz – ur. 1930 r. Syn rosyjskich emigrantów. Mikroekonomista, teoretyk ekonomii instytucjonalnej. Zajmował się kwestią kosztów egzekwowania praw własności, teorią działania firmy, prawem antymonopolowym, efektami regulacji w biznesie. Jeden z najczęściej cytowanych amerykańskich ekonomistów.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test